Jak być ET

Wieczór 29 listopada okazał się doskonałym momentem, żeby mieć łzy w oczach z powodu… budzika. Zaczęłam bowiem opowiadać eMowi, że miałam kiedyś taki czarny budzik, który tak fajnie buczał, po czym uświadomiłam sobie że mam go nadal, stoi w moim domu na parapecie, chociaż już nie buczy, bo się trochę zepsuł, i ostatecznie wyszło mi z tej opowieści „ja chcę do domu, chlip, ja chcę do domuuu”. Słowo daję, ET, a nie kobieta. Ale to tylko listopadowa chandra (kiedyś w końcu musiałam ją odpracować) oraz mgła, która wczoraj w końcu i do nas dotarła. Wcale nie pomógł mi na poprawę nastroju „Upadek imperium amerykańskiego„, który sobie ostatnio nabyłam, ponieważ w Amazonie.fr kosztował jakieś 4 eu. Oczywiście moje przekonanie, że na dvd są angielskie napisy, okazało się całkowicie błędne, a kanadyjska francuszczyzna wymaga naprawdę dużo samozaparcia. Prawdę mówiąc wszelkie jej parodie są zupełnie nieskuteczne, bo to jak oni mówią naprawdę jest znacznie śmieszniejsze. Nie wiem czy ten film mi sie podoba czy mnie irytuje, jest miejscami bardzo prawdziwy i równie przejaskrawiony i chyba będę go musiała obejrzeć jeszcze raz, oraz powtórzyć sobie „Inwazje barbarzyńców”, bo one być może razem mają jakiś sens.

Nóż jest narzędziem niebezpiecznym

lecz jeszcze niebezpieczniejszym jest piekarnik, gdy bowiem zbliżyłam się z ostrym nożem do sporej garści kasztanów i starannie na krzyż ponacinałam im skórki, nie stało się nic. Gdy natomiast całe to towarzystwo wsadziłam do rozgrzanego piekarnika, po pewnym czasie dwa z moich ponacinanych kasztanów wybuchły spektakularnie. Nie radzę wybuchać sobie kasztana w piekarniku, potem jest naprawdę dużo sprzątania. Bardzo dużo. Zanim jednak zabrałam się za czyszczenie piekarnika, pożarłam zdecydowaną większość niewybuchów. Skoro nie mogę mieć bobu na wiosnę, mam przynajmniej kasztany jesienią, chociaż niewątpliwą zaletą bobu jest brak skłonności do wybuchania.

Całkiem zapomniałam

że w piątek od razu po wyjściu z pracy mogłam przetestować Zupy genialną metodę mnemoniczną, zagubiony młodzian bowiem na schodach wiodących do RER zapytał najpierw gdzie tu jest RER, a potem wszedł na wyższy poziom trudności, mianowicie spróbował się dowiedzieć, czy dojedzie stąd do Gare de Lyon. Dzień wcześniej odparłabym zwięźle po prostu „oui”, jednak w piątek potrafiłam już ze swobodą odpowiedzieć „oczywiście, proszę się kierować w stronę Marne-la-Vallée”. I kto by się spodziewał.

Tymczasem kolano umożliwia mi wprawdzie długie spacery po płaskim, ale zdecydowanie odmawia współpracy gdy przed nami schody, lub nawet gdy musimy usiąść. W nieoczekiwanie pożytecznym archiwum niniejszego bloga sprawdziłam, że rozwalone dwa lata temu było to drugie kolano, więc nic już nie rozumiem. Nie pomogło mi nawet pokrojenie w sobotę półtora kilograma cebuli, chociaż podobno taka jest zdrowa. Część przeznaczyłam na zupę cebulową, część na leczo, do którego tym razem dodałam chorizo. Efekt mariażu kuchni węgierskiej, polskiej i hiszpańskiej nadzwyczajnie się udał. Moje sobotnie działania kulinarne można w ogóle podsumować tak.

Przyzwyczajenie do samochodu się mści

W piątek po pracy przyłażę do domu, eM pyta, czy jedziemy do Japończyka.
– A zamówmy pizzę – proponuję, bo to niezdrowe żarcie chodzi za mną od dwóch tygodni, i w końcu raz na jakiś czas można.
– To pojedźmy na pizzę – znajduje salomonowe wyjście osobisty, i jedziemy. RERem, bo blisko.

W zaprzyjaźnionej knajpce włoskiej pochłaniamy pizze, pławimy się w ciepełku oraz rozmawiamy na dziwne tematy.
– Nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi! – bronię się beznadziejnie, ponieważ rzeczywiście to on ma rację, pytanie „a gdybym była w ciąży i cię zdradziła” jest głupie, nie ukrywajmy (dlaczegoś lubię, kiedy się irytuje i mówi „nie wiem co bym zrobił, dlaczego takie rzeczy wymyślasz?”). Potem wychodzimy i włóczymy się nad Sekwaną, jest zadziwiająco ciepło, nie mogę uwierzyć w koniec listopada, miasto oczywiście dalekie jest od spania, „a tu jest najdroższa restauracja w Paryżu”. Po pewnym czasie schodzimy w RERowe podziemia, gdzie uprzejmy głos męski oznajmia, że usługi transportowe już się na dziś skończyły.
– Ale JAK TO?! – protestuję żywo.
– Jest pierwsza rano – uświadamia mnie eM.
– Nie może być pierwsza rano, dopiero co była dziewiąta, ale jak to, ja się nie zgadzam – awanturuję się nadal, rzeczywistość jest jednak nieubłagana.
Idziemy na ostatnie metro, potem łapiemy autobus nocny; po drodze bezdomni już nie w namiotach pod mostem, ale tak o, na środku ulicy, nie potrafię tego zaakceptować.

Żeby to chociaż była trzecia randka, to jeszcze bym zrozumiała, że zagadaliśmy się i przegapiliśmy ostatni pociąg, ale po siedmiu miesiącach wspólnego mieszkania to lekka przesada, nie?

Temat zastępczy

Kolano boli mnie dość fascynująco, tak jeszcze nie było, i to tak o – samo z siebie, nic mu przecież nie zrobiłam. Idę w przerwie na lunch poszukać opaski stabilizującej; założę się, że nie znają tu takich wynalazków, a jak znają, to i tak się nie dogadam. Potrzebna mi głównie wiara w to, że samo przejdzie, dużo wiary.

Przy piątku uczynię krępujące wyznanie: nie potrafię mianowicie w żaden, ale to żaden sposób zapamiętać końcowych stacji linii RER A. Jest ich pięć, wystarczyłaby mi jedna, dalej drogą eliminacji, niestety nic z tego. Jeżdżę tamtędy codziennie od 4 miesięcy i nadal za każdym razem się gubię. Podejrzewam się o jakąś dziurę w mózgu, a nie mam żadnego pomysłu jak ją załatać. Proszę bardzo: na zachodzie są St-Germain-en-Laye, Poissy i Cergy, natomiast na wschodzie Boissy-St-Léger oraz Marne-la-Vallée. Jeśli ktoś z szanownych czytelników wymyśli metodę mnemotechniczną na zapamiętanie chociaż jednej z nich, to będę mu wdzięczna przynajmniej dwa razy dziennie.