To ja jadę

Zawsze jest tak, że najpierw przez tydzień panikuję „muszę się spakować, muszę się SPAKOWAĆ”, a potem w ciągu kwadransa wrzucam wszystko do walizki, staję nad nią i mówię „jak to, to JUŻ?”. Chyba się już nigdy nie oduczę. Wczoraj w ramach panikowania przed pakowaniem odmówiłam pójścia na szklaneczkę z najlepszym kumplem eMa. Chciał w ten sposób pożegnać nie tyle mnie, co swojego kumpla, który spędza święta na Ukrainie ze swoją tamtejszą dziewczyną. Dowiedziawszy się, pod nosem burknęłam do eMa coś w stylu
– Wiesz, mógł sobie Polkę znaleźć, mam tyle fajnych koleżanek, a Polska przynajmniej jest w Unii… – ale podobno serce nie sługa. W każdym razie, jak widać na załączonym obrazku, jeśli facetowi zależy, to i na Ukrainę będzie jeździł.

sapin.gif

Podchoinkowo życzę wszystkim Czytelnikom oraz sobie mnóstwo świątecznego nastroju, pogody ducha i wyrozumiałości dla bliźnich.

Papierokracji ciąg dalszy

Zbliża się koniec roku, więc człowiek pisze mail do prefektury, że chciałby przedłużyć swoje zezwolenie na pobyt. Prefektura uprzejmie odpisuje mu mailem, że już wysyła niezbędne papiery, które należy wypełnić i odesłać. Za jakiś czas człowiek istotnie odbiera sporą kopertę, którą zwija w celu wsadzenia do plecaka. W domu człowiek kopertę rozwija, otwiera, i czyta następujące pouczenie: nie należy pod żadnym pozorem danych papierów SKŁADAĆ. W następstwie tego człowiek rozważa pomysł wyprasowania papierów żelazkiem, pomysł jednak odrzuca i umieszcza papiery na dwie noce pod eMa skrzynką z narzędziami. Następnie wypełnia papiery jak przykazano – czarnym długopisem (na szczęście nie było mowy o tym, że ma to się odbywać przy świetle księżyca). Ale zupełnie się nie zdziwię, jeśli ich nie przyjmą z powodu pogniecenia.

Francuskie specjały

Dopiero wczoraj wpadłam na pomysł nabycia foie gras celem przywiezienia go do Polski. I to tylko dlatego, że jedliśmy je na kolację. eM nabył w tym celu specjalny chleb (wyraźnie podpisany, że jest to chleb do foie gras). Bezlitośnie się z niego nabijałam pytając, czy na pewno z bagietką się nie da tego zjeść, on zaś z niewytłumaczalną cierpliwością odpowiadał, że się da, ale ze specjalnym chlebem jest lepsze. Miał otóż rację.

Nigdy więcej melancholii

Człowiek nie może jednak pisać melancholijnych notek, zwłaszcza jeśli ten człowiek jest przypadkiem mną, bo zostaje natychmiast ukarany bólem głowy. A nawet BÓLEM – aż wyszłam wczoraj wcześniej z pracy, ponieważ przestałam odróżniać literki na ekranie oraz rozumieć jakiekolwiek języki. Dojechałam jakimś cudem do domu, wymyśliwszy po drodze, że na pewno mam raka mózgu i zaraz umrę (tylko czemu w takich męczarniach?), wzięłam dwa Ibupromy i poszłam do łóżka, co okazało się skutecznym remedium.

Raduje mnie fakt, że mam wszystkie prezenty; niektóre z nich okazały się wprawdzie poniewczasie niepotrzebne, ponieważ część rodziny mimo uprzednich zaproszeń i szczebiotów telefonicznych właśnie stwierdziła, że nie chce nas jednak w święta oglądać (ostatni raz widzieli mnie rok temu, więc nie można obiektywnie stwierdzić, że mają jakiś przesyt, ale cóż). I po co ja stałam w tej kolejce we Fnac? Jakbym jeszcze kiedyś chciała im kupować jakieś prezenty, to bardzo proszę mi to wybić z głowy.

Melancholia i nostalgia

to dla mnie wyłącznie hasła w słowniku. Nie nadaję się do malowniczego siedzenia na parapecie i zamyślonego patrzenia w dal, nie ja przeglądam stare listy, białe zeszyty ani żółte kalendarze, nie ja popadam nad nimi w sentymentalną zadumę. A jednak i mnie zdarza się, prozaicznie poszukując czegoś na twardym dysku, natrafić znienacka na katalog z wakacyjnymi zdjęciami sprzed lat ponad pięciu. Robiła je moja koleżanka, która chyba inaczej widzi świat niż przeciętni ludzie, bo jeszcze nigdy w życiu nie wyszło jej żadne zdjęcie. Wtedy mogła jeszcze być usprawiedliwiona posiadaniem jakiejś starej radzieckiej smieny, ale gdy jej dać do rączki nowoczesną japońską idiotenkamerę, która fotografuje całkiem samodzielnie, w efekcie również uzyskuje się wyłącznie różnorodne rozmazane plamy i smugi.

Obejrzałam sobie więc kilkadziesiąt zdjęć przedstawiających rozmaite zamglone sylwetki czy krajobrazy o kolorystyce mocno dowolnej, prześwietlone lub niedoświetlone; i dokładnie sobie przypomniałam, jakie to były cudowne wakacje. Moje małżeństwo się właśnie rozpadało, świeżo pozwoliłam sobie w końcu na zdjęcie mentalnej żałoby po Mamie, jak ostatnia idiotka pakowałam się w romans, z którego nie mogło wyniknąć nic dobrego, za cztery miesiące miałam kupić własne mieszkanie, chwilę potem zacząć samotne życie, rok później założyć blog… Na tych okropnych nieostrych zdjęciach nawet przez mgłę nie widać tego wszystkiego. Jest na nich roześmiana dziewczyna, zdumiewająco młoda i zaskakująco jak na mnie szczupła, która oczywiście nie ma pojęcia, jaka przyszłość ją czeka, i zupełnie się tym nie przejmuje. Obok mnie K, który chwilę później wyjedzie do nielegalnej pracy w Stanach, gdzie nikogo nie będą obchodzić jego skończone studia ani liczne talenty i gdzie uparcie będzie walczył o coś nienazwanego, gorzkniejąc jeszcze przed trzydziestką.

Jedno z najpiękniejszych moich zdjęć wakacyjnych przedstawia rozmazane źdźbła niejasno żółtawej trawy na pierwszym planie, kawałek dalej całą naszą niewyraźną czwórkę w kostiumach kąpielowych (domyślam się, że się wszyscy uśmiechamy), białawe niebo nad nami, i niepewny trójkąt, który musi być wodą. Gdyby miało pocztówkową ostrość i kolory, ani w jednej dziesiątej nie przywołałoby tych żywych wspomnień. Patrzyłabym tylko na różne swoje krosty, wałki tłuszczu i krzywą minę, nie widząc tego, co to zdjęcie naprawdę przedstawia.

Socjalizm à la française

Najlepszy kumpel eMa pracuje w tej samej instytucji co ja, gdzieś tak od pół roku, ma umowę na czas określony, zarabia około 2500. Teraz zaproponowali mu przedłużenie umowy na czas nieokreślony, ale on nie jest szczególnie pracowity i nie chce, chociaż jak mi eM o tym opowiadał to nie mogłam uwierzyć (w końcu z Polski jestem). Wczoraj dowiedziałam się dokładnie jak wygląda sytuacja: nie zgodził się na przedłużenie umowy, więc dostanie na odchodne kasę za niewykorzystane urlopy i takie tam, całkiem ładny czek. Następnie będzie na bezrobociu, przez dwa lata będzie mu przysługiwał najwyższy możliwy zasiłek, niecałe 1500 (dla porównania, pensja minimalna jest około 1000). Tu nie wytrzymałam i jęknęłam
– Ale to przecież on sam się nie zgodził na przedłużenie umowy! Dlaczego ma dostawać zasiłek w nagrodę za własne lenistwo?!
Dowiedziałam się że tak już jest, ale na pocieszenie będzie go ścigać tutejszy Urząd Pracy (ANPE) i jeśli trzy razy odmówi podjęcia zaproponowanej roboty, to traci prawo do zasiłku. Odetchnęłam z ulgą że przynajmniej tyle, eM zaś na mnie spojrzał dziwnie i dorzucił
– Ale wiesz, jeśli uzasadni rezygnację z oferty, to może je odrzucać do woli. Na przykład jeśli stwierdzi, że do pracy jest za daleko, albo za niska pensja, albo złe warunki…