PoNIEdziałek

To tylko Francuzi mogli wymyślić brainstorming o 9 rano w poniedziałek. Ja w poniedziałki rano nie dysponuję mózgiem, a w każdym razie nie funkcjonującym. Na szczęście już po.

Tydzień temu eM zapytał, czy chcę iść na salon nautique (targi związane z wodą – żeglarskie, baseny, i takie tam), na co ja odparłam
– TAK! …NIE! – pierwsza odpowiedź chyba jest jasna, a druga wynikła z obawy, że jak zobaczę jachty, to się rozpłaczę, ewentualnie nie będę chciała stamtąd wyjść. Ale w końcu wczoraj tam poszliśmy, można było wejść do mnóstwa pięknych łódeczek, wszystko dokładnie pozwiedzać, powyobrażać sobie jak te śliczne wypieszczone wnętrza wyglądałyby w przechyle 45 stopni, z sześcioma osobami rzygającymi wszędzie naokoło ze szczególnym uwzględnieniem białych obić… ja wiem, oni nie kupują takich jachtów po to, żeby uprawiać ekstremalne żeglarstwo bałtyckie, ale i tak miło sobie pomarzyć. Chcę na morze. Wstawili też do hali spory basen, po którym pływali na deskach z żaglem, wiatr był robiony sztucznie przez kilka potężnych dmuchaw. Ale szczęka mi opadła przy symulacji nart wodnych: zrobili taki fragment rzeki z wodą wystrzeliwaną pod sporym ciśnieniem i na tym robili pokazy jazdy na nartach wodnych, naprawdę bardzo pomysłowo. Łajby były niestety tylko w jednej hali, reszta to pontony i inne motorówki, które mnie znacznie mniej ekscytowały, dalej silniki, które już wcale. Oczywiście wszędzie porozmieszczane ekrany, na których można było podziwiać, jak kolejne jachty wygrywają jakieś regaty i jak się fajnie żegluje w promieniach słońca… Chcę na morze.

Żeby nie było, że ideał

– Kochanie, czemu nie pozmywałeś rano po śniadaniu? Wychodziłeś półtorej godziny po mnie.
– A bo… nie zauważyłem.
– Wstawiałeś naczynia do zlewu i nie zauważyłeś, że trzeba je pozmywać?
– No nie wiem… zapomniałem.

Dobra, wiem że nie znosi zmywać, a w ogóle czym są naczynia wobec wieczności, ale mógłby chociaż się pokajać albo przyznać, że mu się nie chciało.

Wczoraj spotkałam się z moją koleżanką, która szukała tu pracy nie mając doświadczenia i cudem znalazła. Pracuje od miesiąca. Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś był tak zadowolony ze swojej pracy. To by mnie szczerze cieszyło, gdyby nie pewien zgrzyt, mianowicie na tej fali twierdzić zaczęła, że mąż jej nie rozumie. Rozminęli się nieco z wizją życia: on obecnie pracuje i mieszka 200 km od Paryża, chce mieć dzieci, ona chce koniecznie popracować zawodowo – co ja zresztą doskonale rozumiem i przekonana jestem, że za rok spojrzy na sprawy nieco inaczej. Ona uwierzyć mi nie chce, jak to zwykle w życiu bywa. Zobaczymy.

Cofnąć się w czasie?

Nie dziwi mnie już, że w zatłoczonym metrze stojąc na jednej nodze i trzymając się powietrza oni potrafią czytać książki lub gazety zupełnie nie przejmując się napierającym zewsząd otoczeniem, ale dzisiaj jedna pani przebiła wszystkich. Wciśnięta w tłum i niedbale oparta o ścianę kawałkiem ramienia spokojnie rozwiązywała obrazek logiczny, starannie ołówkiem zamalowując kolejne krateczki. Może to po prostu uzależnienie i nie ma czego podziwiać…
Na firmowym intranecie w tym tygodniu wyjątkowo ciekawa ankieta, mianowicie czy gdybyś miał maszynę czasu, to chciałbyś się cofnąć do swojego dzieciństwa, czasów nastoletnich, studenckich, pierwszego romansu, czy może wybierasz jednak teraźniejszość. I co byście wybrali, szanowni czytelnicy?

Na marginesie

Nie mam siły dzisiaj pisać, jest mokro, ciemno, zimno, deszczowo i śpiąco, więc tylko odnotuję, że wczoraj jechałam RERem zatytułowanym „NAGA”, chyba już nic tego nie przebije. „Cztery wesela i pogrzeb” są nadal bardzo dobre nawet mimo dubbingu francuskiego („holy goat” = „sans esprit”).

W dodatku psychologicznym do którejś z ostatnich Polityk Edyta Gietka przebija melodramatyzmem Pietkiewicz, a nigdy nie sądziłam że to będzie możliwe. Poza tym dość ciekawe artykuły, chociaż jakoś mało odkrywcze. Obstawiam że niedługo ludzkość się znudzi psychologią i zajmie czym innym, tylko jeszcze nie wiem czym.

„…dzieci z rodzin rozbitych

mają kilkakrotnie większe szanse stworzyć następną rozbitą rodzinę”, pisze Ostałowska w tym gorzkim artykule, a ja najpierw w ogóle nie mogę sobie wyobrazić, że mnie to dotyczy; jaki problem, jaki wstyd, rodzice się rozstali, to ich sprawa, ja oczywiście przeszłam swoje małe piekło, nie oszczędzili mnie. Ale przecież dokładnie wiem, że nie muszę powielać ich błędów. Faceci, których spotykam, nie są moim ojcem, i nigdy tak nie sądziłam. Potem myślę o mojej siostrze i jej potwornej niechęci do związania się z Piotrkiem, do wzięcia ślubu; to jest tak bardzo o niej: „ W efekcie zamiast spontanicznie przeżywać zakochanie, czują brzemię. Boją się odrzucenia. Myślą: zakocham się, a on mnie zostawi.” A jeszcze potem myślę o kilku znanych mi osobach, których rodzice nadal są razem, a które jakoś nie ułożyły sobie życia. Wczoraj właśnie gadałam z koleżanką, 36 lat, nigdy nawet nie mieszkała z facetem (orientację seksualną ma zdecydowanie normalną, żeby nie było podejrzeń), jej brat się rozwiódł zostawiając dziecko, a przecież wcale nie są z rozbitej rodziny. A dalej myślę o własnych schizach, o moim „i tak się nie uda, bo czemu miałoby się udać?” o moim podświadomym czekaniu na koniec, o wynajdywaniu problemów tam, gdzie ich nie ma, albo nawet ich prowokowaniu, o mojej niewierze w to, że ten facet się naprawdę stara – bo czemu niby nagle jemu zależy, skoro wszystkim innym nie zależy?

Strasznie dużo tego myślenia.

Może i mogę wiarą wyleczyć własne kolano, ale nie wiem czy kiedykolwiek starczy mi wiary w to, że właśnie, na przekór, będzie dobrze. I że „kilkakrotnie większe szanse” to nadal nie znaczy 100% pewności.

Romantyczna opowieść o papierosach

Dawno dawno temu, gdy siostra moja przyznała w końcu, że określenie kolega uparcie przez nią stosowane względem mojego przyszłego szwagra odrobinę mija się z rzeczywistością, zeznała również, że, o zgrozo, pali on papierosy. Ponieważ z domu obydwie wyniosłyśmy żywą i zdecydowaną niechęć do tego nędznego wynalazku (notabene zupełnie nie wiem czemu, rodzice palili mniej lub bardziej, powinnyśmy być przyzwyczajone, tymczasem zupełnie na odwrót), ja zapytałam
– I ty tak możesz z palaczem?! – nie precyzując CO mianowicie może, jako że w naszej rodzinie nigdy nie było zbyt wylewnie i preferowano raczej eleganckie niedomówienia niż pospolitą prawdę między oczy.
– Ale on rzuci – ze stoickim spokojem odparła siostra ma, ja zaś nie wyraziłam swego powątpiewania. Słusznie, gdyż wkrótce potem istotnie rzucił i nie pali do tej pory, a są już 2,5 roku po ślubie. Zazdrościłam jej wtedy odrobinkę, uznawszy, że dla mnie żaden facet nigdy się tak nie poświęci, jako że wszystkie geny odpowiedzialne za urodę i wdzięk w udziale przypadły jej.

Wiele lat później zasugerowałam nieśmiało ukochanemu „kochanie, a może byś tak rzucił… papierosy lub mnie, bo to w parze ze sobą nie idzie”, spodziewając się raczej odpowiedzi „drzwi są tam”. O niespodzianko, minął już miesiąc od kiedy eM nie pali, i nawet jeśli nie wytrzyma dłużej, zawsze będę mogła jako starowinka pisać na sto siedemnastej wersji ds.blog.pl, jak to kiedyś jeden facet nie palił dla mnie przez cały miesiąc.

Jak zaskoczyć kobietę

Jak zwykle, kiedy jestem umówiona na drugim końcu miasta, gdzie jeździ tylko jedna linia, na Concorde beznamiętnie oznajmiają, że wypadek pasażera, moja linia nie pojedzie. Gnam jednak w jej stronę z nadzieją (matką głupich), że zaraz przywrócą komunikację. Trzech smutnych panów nawet nie wpuszcza na peron i udziela wyczerpującej informacji „przerwa może potrwa 45 minut, a może 2 godziny”.
– RRRRrrrrwa…ććć! – klnę soczyście i głośno w ojczystym języku, chyba pierwszy raz publicznie od… a może w ogóle pierwszy raz w życiu, natychmiast się tego wstydzę (ale dlaczego zawsze to się zdarza mnie i zawsze kiedy się spieszę i nic innego tam nie jeździ i dlaczego znowu wszystko się sprzysięgło przeciwko mnie?). Wyciągam jednocześnie telefon i plan metra, robię użytek z tego pierwszego.
– Przyjedź po mnie na Concorde, bo mam tu incident voyageur i w ogóle nie wiem jak dojechać – szansa, że osobisty będzie gdzieś w pobliżu i nie utknie w korkach, jest niewielka. A jednak cud, jest koło Eiffla i niedługo się zjawia.
– Jestem potwornie głodna, zmęczona, strasznie zmarznięta i mam dość – odburkuję, kiedy mnie wita.
– Jesteś bardzo głodna? – pyta za chwilę eM, jakby nie słyszał, co powiedziałam, ogłuchł czy co, na pewno po prostu mnie nie słucha, faceci już tak mają, wiedziałam…
– UMIERAM z głodu i zaraz zemdleję! – emfaza teatralna od czasu do czasu się w życiu przydaje, kiedy trzeba się na kimś wyżyć, najlepiej oczywiście na kimś niewinnym. eM sięga do tyłu, grzebie w plecaku, wręcza mi foliową torebeczkę przewiązaną śliczną kokardką.
– Miałem ci zrobić niespodziankę jutro, ale skoro jesteś taka głodna… – torebeczka zawiera orangettes w czekoladzie, mnie mowę odbiera całkowicie; skąd by tu wziąć popiół, żeby sobie posypać głowę?
Nie muszę chyba dodawać że reszta wieczoru wygląda już zupełnie inaczej, nagle wszystko okazuje się proste, łatwe i przyjemne, jakoś wcale nie trzeba już marudzić. Potem śni mi się jezioro z czystą ciemną wodą, w którym pływam do woli o zmroku, to jeden z moich najprzyjemniejszych snów, a poza tym w tym akurat jeziorze mieszka zwierzę wyposażone w peryskop, które okazuje się podobne do wielkiego królika z bardzo długimi uszami. A powinno przecież śnić mi się posypywanie głowy popiołem, ewentualnie wspinaczka na kolanach na czubek wieży Eiffla, w ramach pokuty…