Paris Paris

O ósmej wieczorem idę rue Montmartre w stronę Châtelet: centrum Paryża, apogeum gorączki przedświątecznej, ale ulica jest prawie pusta. Cisza i spokój, nagle zaczyna mi się wydawać że jestem w jakimś małym miasteczku – to chyba te niskie domy wokół i przytulne kręgi światła z knajpek. Potem wejdę w gwar Les Halles i tłumy spieszących się ludzi, ale na razie Paryż jest małym miastem i tylko dla mnie.
Proszę dzisiaj złapać się za kciuki w intencji pani Zupy i nie puszczać ich do wieczora.

Proszę zgadnąć

co telewizja francuska, program pierwszy (TF1) puszcza wieczorem na dwanaście dni przed Gwiazdką? Czyżby koncert kolęd francuskich w wykonaniu jakiegoś sztandarowego pieśniarza francuskiego? Czyżby jakiś wzruszający francuski film rodzinny z francuskimi aktorami? Otóż nie. Puszcza ona mianowicie film z zaprzyjaźnionego kraju ościennego, „Love actually”. Naturalnie z francuskim dubbingiem. Hugh Grant gadający językiem żabojadów to naprawdę dość dziwne zjawisko, ale i tak zainstalowałam się na kanapie przed tv i przytrzymałam ukochanego przez pierwszy kwadrans, żeby mi z tej kanapy nie uciekł. Potem już sam chciał oglądać. Mam do powiedzenia tylko to, że Curtis jest bezczelny i bardzo go lubię. I jednak żałuję, że nie pojechałam w grudniu do Londynu.

Dom Augusty

W zasadzie dotarłam do momentu, kiedy albo napiszę te notki, które domagają się napisania, a których naprawdę pisać nie mam ochoty, albo przestanę pisać w ogóle (co kusi). W ramach tematu zastępczego więc „Dom Augusty” Majgull Axelsson, na którego lekturę mnie namówiła pani laska. Dawno nie czytałam nic tak przygnębiającego, dochodząc przy okazji do wniosku, że Skandynawia jednak się nie nadaje do życia, za mało słońca tam chyba mają. Axelsson napisała sagę dziejącą się w wieku XX, zaczynając od losów tytułowej Augusty, która przed pierwszą wojną światową zachodzi w ciążę ze swoim pracodawcą i się tuła, jej wnuczka Alicja pół wieku później w jej domu przeżyje nastoletnią ciążę, a kolejne pół wieku później praprawnuczka Andżelika spróbuje tam znaleźć schronienie. Mamy jeszcze parę pobocznych bohaterek, dzięki wydawcy za drzewo genealogiczne na początku, bo niechybnie bym się zgubiła. Mężczyzn tu albo w ogóle nie ma, albo są kompletnie pozbawieni empatii, albo mają sześć lat i downa; ale ostatecznie są prawdopodobnie szczęśliwsi niż te wszystkie pogubione bohaterki, które kompletnie nie wiedzą o co im w życiu chodzi. Jeśli takie postawy życiowe są wśród rodaków Axelsson powszechne, to podziwiam Szwedów za to, że jeszcze nie popełnili zbiorowego samobójstwa.
A jeśli o samobójstwie mowa, to byłam go bliska dziś rano, gdy tv radośnie poinformowała, że znów mamy strajk komunikacji, tym razem w ramach protestu przeciwko wprowadzeniu zimowego rozkładu jazdy. Moja mizantropia we Francji trafiła na podatne środowisko do rozwoju.

PoNIEdziałek

To tylko Francuzi mogli wymyślić brainstorming o 9 rano w poniedziałek. Ja w poniedziałki rano nie dysponuję mózgiem, a w każdym razie nie funkcjonującym. Na szczęście już po.

Tydzień temu eM zapytał, czy chcę iść na salon nautique (targi związane z wodą – żeglarskie, baseny, i takie tam), na co ja odparłam
– TAK! …NIE! – pierwsza odpowiedź chyba jest jasna, a druga wynikła z obawy, że jak zobaczę jachty, to się rozpłaczę, ewentualnie nie będę chciała stamtąd wyjść. Ale w końcu wczoraj tam poszliśmy, można było wejść do mnóstwa pięknych łódeczek, wszystko dokładnie pozwiedzać, powyobrażać sobie jak te śliczne wypieszczone wnętrza wyglądałyby w przechyle 45 stopni, z sześcioma osobami rzygającymi wszędzie naokoło ze szczególnym uwzględnieniem białych obić… ja wiem, oni nie kupują takich jachtów po to, żeby uprawiać ekstremalne żeglarstwo bałtyckie, ale i tak miło sobie pomarzyć. Chcę na morze. Wstawili też do hali spory basen, po którym pływali na deskach z żaglem, wiatr był robiony sztucznie przez kilka potężnych dmuchaw. Ale szczęka mi opadła przy symulacji nart wodnych: zrobili taki fragment rzeki z wodą wystrzeliwaną pod sporym ciśnieniem i na tym robili pokazy jazdy na nartach wodnych, naprawdę bardzo pomysłowo. Łajby były niestety tylko w jednej hali, reszta to pontony i inne motorówki, które mnie znacznie mniej ekscytowały, dalej silniki, które już wcale. Oczywiście wszędzie porozmieszczane ekrany, na których można było podziwiać, jak kolejne jachty wygrywają jakieś regaty i jak się fajnie żegluje w promieniach słońca… Chcę na morze.

Żeby nie było, że ideał

– Kochanie, czemu nie pozmywałeś rano po śniadaniu? Wychodziłeś półtorej godziny po mnie.
– A bo… nie zauważyłem.
– Wstawiałeś naczynia do zlewu i nie zauważyłeś, że trzeba je pozmywać?
– No nie wiem… zapomniałem.

Dobra, wiem że nie znosi zmywać, a w ogóle czym są naczynia wobec wieczności, ale mógłby chociaż się pokajać albo przyznać, że mu się nie chciało.

Wczoraj spotkałam się z moją koleżanką, która szukała tu pracy nie mając doświadczenia i cudem znalazła. Pracuje od miesiąca. Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś był tak zadowolony ze swojej pracy. To by mnie szczerze cieszyło, gdyby nie pewien zgrzyt, mianowicie na tej fali twierdzić zaczęła, że mąż jej nie rozumie. Rozminęli się nieco z wizją życia: on obecnie pracuje i mieszka 200 km od Paryża, chce mieć dzieci, ona chce koniecznie popracować zawodowo – co ja zresztą doskonale rozumiem i przekonana jestem, że za rok spojrzy na sprawy nieco inaczej. Ona uwierzyć mi nie chce, jak to zwykle w życiu bywa. Zobaczymy.

Cofnąć się w czasie?

Nie dziwi mnie już, że w zatłoczonym metrze stojąc na jednej nodze i trzymając się powietrza oni potrafią czytać książki lub gazety zupełnie nie przejmując się napierającym zewsząd otoczeniem, ale dzisiaj jedna pani przebiła wszystkich. Wciśnięta w tłum i niedbale oparta o ścianę kawałkiem ramienia spokojnie rozwiązywała obrazek logiczny, starannie ołówkiem zamalowując kolejne krateczki. Może to po prostu uzależnienie i nie ma czego podziwiać…
Na firmowym intranecie w tym tygodniu wyjątkowo ciekawa ankieta, mianowicie czy gdybyś miał maszynę czasu, to chciałbyś się cofnąć do swojego dzieciństwa, czasów nastoletnich, studenckich, pierwszego romansu, czy może wybierasz jednak teraźniejszość. I co byście wybrali, szanowni czytelnicy?

Na marginesie

Nie mam siły dzisiaj pisać, jest mokro, ciemno, zimno, deszczowo i śpiąco, więc tylko odnotuję, że wczoraj jechałam RERem zatytułowanym „NAGA”, chyba już nic tego nie przebije. „Cztery wesela i pogrzeb” są nadal bardzo dobre nawet mimo dubbingu francuskiego („holy goat” = „sans esprit”).

W dodatku psychologicznym do którejś z ostatnich Polityk Edyta Gietka przebija melodramatyzmem Pietkiewicz, a nigdy nie sądziłam że to będzie możliwe. Poza tym dość ciekawe artykuły, chociaż jakoś mało odkrywcze. Obstawiam że niedługo ludzkość się znudzi psychologią i zajmie czym innym, tylko jeszcze nie wiem czym.