Nie da się uciec

przed galette. W ostatni weekend dostaliśmy jedną od znajomej Portugalki, ot tak, spotkawszy ją w sklepie. Wczoraj wybrałam się na poważną konferencję, po której miał być koktajl, więc myślałam, że dadzą pół wiaderka wina i pójdziemy do domu. O ja naiwna, ciągle nie doceniam Francuzów. Zaserwowali cały obiad z trzech dań, a potem wnieśli galette. Ale podobno teraz to już koniec sezonu, nareszcie.
Mój siostrzeniec albo jest niesłychanie wstydliwy, albo jest jednak siostrzenicą. Zdaje się, że mimo tych USG robionych co chwila i tak będziemy mieć w lipcu niespodziankę. I dobrze. Szwagier natomiast przy okazji przedstawił mi wymyśloną przez siebie klasyfikację kobiet. Otóż patrzy się na nos, biust i brzuch. Jeśli nos wyprzedza resztę, to mamy do czynienia z dziewczynką. Jeśli biust jest pierwszy, to jest to kobieta. A jeśli brzuch, to kobieta w ciąży. Podobno moja siostra zalicza się już do tej ostatniej kategorii.

Rzadko bo rzadko

ale czasem zdarza mi się wykazać się całkowitym brakiem rozumu. Tym razem brak rozumu przyjął postać rury od odkurzacza, którą zbliżyłam beztrosko do klawiatury mego ukochanego, bezcennego i ślicznego laptopa, żeby ją starannie odkurzyć. Jak łatwo się domyślić, po chwili laptopowi brakowało jednego klawisza, ja zaś prawie wpadłam w histerię. Swoją drogą, naprawdę myślałam, że te laptopowe klawiatury są solidniejsze, stacjonarny nieraz w ten sposób odkurzałam i jakoś nic mu się nie działo. Ukochany mężczyzna zachował stoicki spokój, popatrzył na mnie jak na blondynkę (ciekawe czemu), otworzył odkurzacz, wyciągnął ze środka klawisz, oddał mi go, zamknął odkurzacz, a następnie zademonstrował mi końcówkę służącą do odkurzania takich przedmiotów, której istnienia byłam wprawdzie świadoma, ale tak jakoś… za daleko była ode mnie.

Prorok czy co

W sobotę wieczorem idę po Ch. Elysées i jest dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam rok temu przed wyjazdem, nie całkiem jeszcze wierząc, że wyjadę i nie chcąc sobie nic na ten temat wyobrażać. Idę więc po Ch. Elysées w oszałamiająco kolorowym tłumie mimo 10 w nocy, z wzrokiem wbitym w chodnik, i przeraźliwie tęsknię za rynkiem wrocławskim. Ale potem myślę, że nie jest jednak całkiem tak, jak sobie wyobrażałam, bo moja dłoń tkwi mocno w ciepłej eMowej.

Mitomania

Trafiłam przypadkiem na wątek zaczynający się od żali, że ukochany okazał się wyjątkowo obrzydliwym patologicznym kłamcą. Przede wszystkim skłamał dziewczynie, że jego żona i dziecko zginęli w wypadku samochodowym cztery lata wcześniej, podczas gdy rzeczeni nieustająco cieszą się życiem. Przypomniało mi to dwóch mitomanów, których znałam. Streszczę dla tych, którym się nie chce czytać odnośnika: mitomania to jednostka chorobowa, oni przynajmniej częściowo wierzą w to, co opowiadają, nie są w stanie odróżnić swoich wyobrażeń od rzeczywistości. Kłamią nie w celu osiągania wymiernych korzyści, tylko z przymusu wewnętrznego.

Jeden „mój mitoman” był ojcem przyjaciółki mojej siostry, nasze matki się lubiły, więc historię znałam dość dobrze. Przy okazji był niezłym dziennikarzem, który skończył karierę raczej gwałtownie po tym, jak sfingował swoje własne porwanie. Wcześniej miewał liczne procesy o to co napisał, bo wprawdzie napisane było ślicznie, ale prawdy w tym była ledwie szczypta. Potrafił również całej rodzinie opowiedzieć, że właśnie leży w szpitalu ze świnką z komplikacjami; bliscy rwali włosy z głowy i jechali go odwiedzić, po czym okazywało się, że takiego pana w szpitalu nie ma. Wtedy nie ogarniałam jeszcze całości, wydawało mi się to dość zabawne, dopiero teraz myślę, że jego żona musiała przejść piekło. Był oczywiście przystojny i elokwentny, więc pewnie na początku sądziła, że pana boga za nogi złapała (ona sama urody nieszczególnej). Potem zapewne stopniowo coraz bardziej ją irytowało, że na małżonku zupełnie polegać nie można; w końcu bolesna prawda zaczęła do niej docierać. W czasie kiedy moja siostra poznała swoją koleżankę (o ile się nie mylę, to było na początku podstawówki), jej rodzice chyba zaczęli się już rozwodzić, ale ta sprawa trwała bardzo długo i była ciężka, jako że pan mąż oczywiście jej nie zamierzał ułatwić. Tuż po osiągnięciu dorosłości córka zmieniła sądownie nazwisko, żeby jej nikt z tatusiem nie kojarzył. To chyba najwymowniejszy komentarz do sprawy.

Wiele lat później moja koleżanka opowiedziała mi o swoim facecie, i to zabrzmiało dziwnie znajomo. Mówił jedno, robił zupełnie co innego, w okolicznościach absurdalnych. Powiedziałam jej wtedy co wiem o mitomanii, i ostrzegłam, żeby się raczej trzymała z daleka. Mitomani jednak potrafią być niesłychanie przekonujący (prawdopodobnie dlatego, że święcie wierzą w to, co mówią). Po jakimś czasie wróciła do niego, „bo takie piękne wiersze jej pisał”. Straciłam z nią kontakt, nie wiem, co było dalej; mam nadzieję, że zdążyła się wyzwolić z tego związku, zanim było za późno.

Schizofrenia paranoidalna ma nieco podobne objawy – chory ma urojenia nieraz niezwykle wewnętrznie spójne i rozbudowane, również święcie w nie wierzy. Różnica jednak jest prosta – w przypadku schizofrenika nawet laik zorientuje się natychmiast, że coś jest mocno nie w porządku. Mitomana nie da się wykryć bez pomocy faktów. Strach pomyśleć, ilu ich jest wśród nas… a ilu pisze blogi?

Humidificateur

Tylko Węgier mógłby się nauczyć słowa jak w tytule i nie zwichnąć sobie przy tym języka, ale rozpracowałam już wcześniej numerkowy system stosowany w Dartym, więc poszłam do kasy z cyferkami zanotowanymi na karteczce i nie musiałam wyprawiać łamańców językowych. Przytargałam potem do domu niebieskie ufo, którym eM się najpierw wcale nie zainteresował. Dopiero po pewnym czasie uznał za stosowne mnie poinformować
– To się dymi!
– Wiesz kochanie, to właśnie o to chodzi – wytłumaczyłam mu cierpliwie.
– A jak to działa? – zainteresował się żywo.
– Ultradźwięki – odparłam, mając nadzieję, że nie będzie wnikał w szczegóły. Nie wyglądało jednak na to, że ta zwięzła odpowiedź go usatysfakcjonowała, przyglądał się bowiem urządzeniu wzrokiem każącym mi przypuszczać, że pewnego dnia wrócę z pracy i zastanę moje niebieskie ufo rozmontowane na najdrobniejsze kawałeczki. W każdym razie na razie działa, i powiedzieć że jest ciche, to mało. Jest bezdźwięczne. Nie obudziłam się dzisiaj z gardłem wyschniętym jak na ciężkim kacu, chociaż może to być wyłącznie autosugestia.

Kupię sobie nawilżacz

W labie, gdzie Kaja pracuje, najlepsze jest to, że znajduje się w budynkach dawnego szpitala psychiatrycznego. Bardzo klimatyczne. Wcale nie trzeba dużej wyobraźni, żeby usłyszeć potępieńcze jęki duchów pacjentów. Poza duchami mają tam lasery, mikroskopy oraz słoiki po marmoladzie zamknięte w sterylnym pudle ze śluzą. A życie naukowca bywa fajne, może na przykład nie pojechać na postdoca do Stanów, bo profesor się akurat zakochał w Tajwance młodszej od siebie o lat 40, rozwiódł się z żoną i wyjechał na Tajwan.

W południowej Francji mamy drobny kataklizm z powodu opadów śniegu, na autostradzie A6 stały w nocy auta (bo kto by jeździł po 10 cm śniegu…), a jakieś 85 tysięcy domów jest bez prądu. Naprawa potrwa kilka dni. Tak, nadal mówimy o kraju w Europie Zachodniej, jednym z kilku najbardziej rozwiniętych na świecie, podobno.

Miałam jeszcze nadzieję na Nobla dla Kapuścińskiego, ale właśnie umarła.

„O pięknie”

bardzo dobre i dogłębnie jestem usatysfakcjonowana. W przypadku Zadie sprawdził się stary schemat, że druga książka jest słaba, ale kolejna już zdecydowanie lepsza. Konsekwentnie trzyma się swojego stylu, konstruując bardzo współczesną niby-sagę, wielogłosową, międzypokoleniową, międzyrasową. Najbardziej mi się podobało, że tu naprawdę nie ma głównego bohatera – prawdopodobnie będziemy za niego uważać tę postać, z którą się sami najbardziej utożsamiamy. Gdzieś ktoś stwierdził, że centralną postacią jest oczywiście Howard; dla mnie jednak Zora (chyba że Kiki), a obiektywnej odpowiedzi pewnie nie ma. To niemal jak test psychologiczny, wobec tego zabiegu jestem pełna podziwu. Napięcie kumuluje się pod sam koniec powieści, po czym nie dostajemy rozwiązania – to też jest celowe i służy skupieniu uwagi czytelnika nie na akcji, a na zachowaniach postaci wobec różnych wydarzeń życiowych, na ich nieustannym poszukiwaniu tożsamości i tego co ważne w życiu. To w końcu fragment żyć, a nie bajka z wprowadzeniem, rozwinięciem i morałem.
Jak się bardzo uprę, to się przyczepię do marginalnie potraktowanej rodziny Kippsów. Wyraźnie stanowią tło i nie są tak pełnowymiarowi jak bohaterzy – Belseyowie. Z drugiej strony, gdyby autorka chciała oddać również im sprawiedliwość, to pewnie i na trzech tomach by się nie skończyło. W opisach okładkowych nie powinni twierdzić, że rzecz jest o antagonizmie dwóch rodzin, bo naprawdę nie o to chodzi. Taki współczesny Tołstoj z tej Zadie wyrasta. Następną jej rzecz kupię szybko i bez wahania, to pewne.

Skype mi się popsuł

Bardzo chciałabym zrozumieć, dlaczego za każdym razem, gdy we śnie wracam do domu rodzinnego, nie mogę się dostać do mieszkania z powodu windy. Albo nie przyjeżdża w ogóle, albo nie zatrzymuje się na moim piętrze, albo dzieją się inne dziwne rzeczy. Żadnej traumy z dzieciństwa związanej z tamtą windą zupełnie nie pamiętam. Wczoraj nad ranem winda służyła za transport transatlantycki i jeździła wszędzie, tylko nie na moje czwarte piętro. Odnotować należy pewien postęp, otóż tym razem w końcu schodami dotarłam do miejsca przeznaczenia, gdzie moja podświadomość oczywiście umieściła moją Mamę, lekce sobie ważąc fakt, że już siedem lat minęło, od kiedy zamieniła się w proch. Zazwyczaj budzę się z takich snów i przez pięć minut jestem całkowicie pewna, że już nigdy w życiu nie podniosę się z łóżka, ale na szczęście po pięciu minutach mi przechodzi.

Może to dlatego, że wczoraj były urodziny mej kuzynki, o której pisałam tu już nieraz, i której niejedna z nas pozazdrościć by mogła życia ani przez sekundę nie splamionego pracą zawodową ani użeraniem się z mężem czy innym nieślubnym. A lat skończyła właśnie 51, choć we własnym przekonaniu ma na karku mniej więcej jedną trzecią tej liczby. Tym razem odmówił mi posłuszeństwa Skype. Po trzech godzinach reinstalowania nadal nie działał. Wykorzystałam stacjonarkę eMową, z której połączenie było dla odmiany marne i polegało głównie na wymianie następujących zapytań
– Halo! Halo, słyszysz mnie?
– Ds, słyszysz nas? Tak, my cię słyszymy, ale co drugie słowo!
Do tego mówili do mnie wszyscy troje naraz, więc tym razem nie musiałam się zastanawiać, co mam właściwie powiedzieć. Bardzo praktyczne rozwiązanie. Zdjęłam słuchawki i po raz pierwszy pomyślałam, że być może ona sobie doskonale zdaje sprawę z własnego stanu i codziennie gra komedię dla rodziców. W końcu jest inteligentna. Być może na przykład codziennie rozmyśla o samobójstwie, nieustannie odrzucając tę myśl ze względu na nich. Pewnie się mylę: ona jest całkowicie zanurzona we własnym świecie, w jakiś sposób w nim szczęśliwa, nie przepuszczając przez jego szczelne granice niczego, co nie jest sztuką. Ale może to nie jest takie proste. Wyobraźnia całkowicie odmawia mi posłuszeństwa, kiedy próbuję wymyślić, co będzie, kiedy jedno z nich umrze. W związku z czym odkładam myślenie na ten temat do następnych urodzin.