„O pięknie”

bardzo dobre i dogłębnie jestem usatysfakcjonowana. W przypadku Zadie sprawdził się stary schemat, że druga książka jest słaba, ale kolejna już zdecydowanie lepsza. Konsekwentnie trzyma się swojego stylu, konstruując bardzo współczesną niby-sagę, wielogłosową, międzypokoleniową, międzyrasową. Najbardziej mi się podobało, że tu naprawdę nie ma głównego bohatera – prawdopodobnie będziemy za niego uważać tę postać, z którą się sami najbardziej utożsamiamy. Gdzieś ktoś stwierdził, że centralną postacią jest oczywiście Howard; dla mnie jednak Zora (chyba że Kiki), a obiektywnej odpowiedzi pewnie nie ma. To niemal jak test psychologiczny, wobec tego zabiegu jestem pełna podziwu. Napięcie kumuluje się pod sam koniec powieści, po czym nie dostajemy rozwiązania – to też jest celowe i służy skupieniu uwagi czytelnika nie na akcji, a na zachowaniach postaci wobec różnych wydarzeń życiowych, na ich nieustannym poszukiwaniu tożsamości i tego co ważne w życiu. To w końcu fragment żyć, a nie bajka z wprowadzeniem, rozwinięciem i morałem.
Jak się bardzo uprę, to się przyczepię do marginalnie potraktowanej rodziny Kippsów. Wyraźnie stanowią tło i nie są tak pełnowymiarowi jak bohaterzy – Belseyowie. Z drugiej strony, gdyby autorka chciała oddać również im sprawiedliwość, to pewnie i na trzech tomach by się nie skończyło. W opisach okładkowych nie powinni twierdzić, że rzecz jest o antagonizmie dwóch rodzin, bo naprawdę nie o to chodzi. Taki współczesny Tołstoj z tej Zadie wyrasta. Następną jej rzecz kupię szybko i bez wahania, to pewne.

Skype mi się popsuł

Bardzo chciałabym zrozumieć, dlaczego za każdym razem, gdy we śnie wracam do domu rodzinnego, nie mogę się dostać do mieszkania z powodu windy. Albo nie przyjeżdża w ogóle, albo nie zatrzymuje się na moim piętrze, albo dzieją się inne dziwne rzeczy. Żadnej traumy z dzieciństwa związanej z tamtą windą zupełnie nie pamiętam. Wczoraj nad ranem winda służyła za transport transatlantycki i jeździła wszędzie, tylko nie na moje czwarte piętro. Odnotować należy pewien postęp, otóż tym razem w końcu schodami dotarłam do miejsca przeznaczenia, gdzie moja podświadomość oczywiście umieściła moją Mamę, lekce sobie ważąc fakt, że już siedem lat minęło, od kiedy zamieniła się w proch. Zazwyczaj budzę się z takich snów i przez pięć minut jestem całkowicie pewna, że już nigdy w życiu nie podniosę się z łóżka, ale na szczęście po pięciu minutach mi przechodzi.

Może to dlatego, że wczoraj były urodziny mej kuzynki, o której pisałam tu już nieraz, i której niejedna z nas pozazdrościć by mogła życia ani przez sekundę nie splamionego pracą zawodową ani użeraniem się z mężem czy innym nieślubnym. A lat skończyła właśnie 51, choć we własnym przekonaniu ma na karku mniej więcej jedną trzecią tej liczby. Tym razem odmówił mi posłuszeństwa Skype. Po trzech godzinach reinstalowania nadal nie działał. Wykorzystałam stacjonarkę eMową, z której połączenie było dla odmiany marne i polegało głównie na wymianie następujących zapytań
– Halo! Halo, słyszysz mnie?
– Ds, słyszysz nas? Tak, my cię słyszymy, ale co drugie słowo!
Do tego mówili do mnie wszyscy troje naraz, więc tym razem nie musiałam się zastanawiać, co mam właściwie powiedzieć. Bardzo praktyczne rozwiązanie. Zdjęłam słuchawki i po raz pierwszy pomyślałam, że być może ona sobie doskonale zdaje sprawę z własnego stanu i codziennie gra komedię dla rodziców. W końcu jest inteligentna. Być może na przykład codziennie rozmyśla o samobójstwie, nieustannie odrzucając tę myśl ze względu na nich. Pewnie się mylę: ona jest całkowicie zanurzona we własnym świecie, w jakiś sposób w nim szczęśliwa, nie przepuszczając przez jego szczelne granice niczego, co nie jest sztuką. Ale może to nie jest takie proste. Wyobraźnia całkowicie odmawia mi posłuszeństwa, kiedy próbuję wymyślić, co będzie, kiedy jedno z nich umrze. W związku z czym odkładam myślenie na ten temat do następnych urodzin.

Indeksująco

Zrobiłam sobie indeks bloga, ponieważ zaczęło mnie już irytować, że z całą pewnością o czymś pisałam, ale pojęcia nie mam kiedy. Z indeksu po pierwsze wynikło, że w ciągu czterech i pół roku pisania napomknęłam o 120 książkach i 90 filmach. Po drugie natomiast… nie spodziewałam się, że przeglądanie własnego bloga od początku będzie takim przeżyciem. Nie mogę uwierzyć, że te pierwsze notki pisałam JA, ale nie mogę też znaleźć żadnej wyraźnej granicy, kiedy TAMTA staje się MNĄ. Bardzo irytujące. Nie mogę uwierzyć, że opisane tam jest moje życie, nawet jeśli notki żywo budzą moje wspomnienia. A to wszystko ze świadomością, że przed blogiem miałam jeszcze co najmniej ze dwa życia, które rozpłynęły się w czasie jak łzy w deszczu. Nadal też nie mam absolutnie żadnego pojęcia, jak mogą mnie postrzegać szanowni czytelnicy na podstawie tych literek (wiem, każdy inaczej). Usiłowałam wyjść z siebie i spojrzeć na tę pisaninę z grubsza obiektywnie, ale to se ne da.

W każdym razie wytrwałości mi nie brakuje, to na pewno. Nagle zaczęłam żywić mieszane uczucia wobec całego tego blogowania, ale summa summarum podoba mi się jednak możliwość spojrzenia wstecz na własne przeżycia oraz sprawdzenia, co się działo i co myślałam kiedyś.

Podobno dziś do Polski powędrował orkan od nas. Proszę uważać na siebie i nie dać się zdmuchnąć.

„Kroniki portowe””

Obejrzałam „Kroniki portowe”, bardzo sympatyczne. Hallström ma dobrą rękę do ekranizacji… przynajmniej prostych jednowątkowych powieści dziejących się z grubsza tu i teraz. Oczywiście, musiał po hollywoodzku wzmocnić niektóre akcenty, żeby widza bardziej wbiło w fotel, ale ogólne przesłanie „wszystko jest możliwe, nawet jeśli z początku w ogóle na to nie wygląda” bardzo trafia mi do przekonania. Judi Dench grająca ciotkę Agnis jest świetna, Kevin Spacey ogranicza się do robienia miny zgubionego w lesie spaniela, ale to taka rola. A najbardziej przeżyłam zniszczenie łódki Nutbeema.
Mamy tu plus 15 stopni i huragany. Zaczynam podejrzewać, że to już początek tego końca świata zapowiedzianego na rok 2012.

Fotą

Tu zainteresowani mogą obejrzeć kilka zdjęć z Chenonceau. W Amboise niestety mój aparat powiedział, że dalej nie będzie współpracował, chociaż przed wyjazdem łobuz twierdził, że naładowany jest do pełna, więcej mu nie zaufam; zdążyłam więc tam zrobić tylko kilka zdjęć pamiątkowych, nieszczególnie powalających.

Chciałam jeszcze w kwestii „Pachnidła” dorzucić, że to był pierwszy film od bardzo dawna, przy którym ogarnął mnie głęboki żal, że Kałużyński nie dożył. A Tykwer mógłby teraz nakręcić „Powrót z gwiazd”. Pozwalam.

A w niedzielę

wstaliśmy bardzo rano (ja tradycyjnie BARDZO nie chciałam wstawać, eM tradycyjnie się nie poddał i wyciągnął mnie z łóżka) i pojechaliśmy w stronę wschodzącego słońca, aby po iluś tam kilometrach dotrzeć do château de Chenonceau, w którym natychmiast się zakochałam miłością nagłą jak piorun z błękitnego nieba, ponieważ zamek ten zbudowany jest po prostu centralnie na rzece. Sala balowa długa na 60 metrów kończy się na przeciwnym brzegu rzeki Le Cher, niż zamek ma wejście. Po jej obu stronach przez okna widać głównie wodę, jakby się stało na moście. Ja chcę tam mieszkać. Zamek zbudowany jest na ruinach starego młyna, stąd ta intrygująca konstrukcja. Poza tym mają tam trochę ciekawych wnętrz oraz jeden pokój urządzony całkiem na czarno.
– A to co? Kaplica czy przechowywali tu zmarłych przed pochówkiem? – zainteresowałam się gwałtownie, i prawie zgadłam, cierpiała tu bowiem Louise de Lorraine po śmierci swego małżonka króla Henri III (który zresztą nieco wcześniej był królem Polski, znanym jako Henryk IV Walezy). Ubierała się wyłącznie na biało, co było żałobnym kolorem królów, i spędzała czas na modłach w swoim czarnym pokoju. Podejrzewałam najpierw po cichu, że nie miała po prostu lepszego sposobu na życie, ale wygląda na to, że faktycznie swego królewskiego małżonka bardzo kochała, a poza tym była niesłychanie pobożna. Następnie połaziliśmy po ogrodach Chenonceau, porozkoszowaliśmy się świeżym powietrzem, bezskutecznie spróbowaliśmy się zgubić w obowiązkowym labiryncie i odwiedziliśmy malutkie muzeum figur woskowych przedstawiających słynne dla zamku postaci z tamtego okresu. Muzeum jest bardzo multimedialne, z prezentacją starych pocztówek na wyświetlaczach LCD włącznie, ale mimo to nieszczególnie ciekawe.

Chenonceau zalicza się do zamków nad Loarą, ponieważ Cher jest jej dopływem, ale potem skierowaliśmy się do nieodległego zamku nad prawdziwą Loarą, czyli Amboise. Z zewnątrz wygląda imponująco, jest olbrzymi, od dołu ma takie surowe nieforemne mury, które coraz wyżej się wygładzają, żeby w niektórych miejscach zakończyć się figlarnymi gotyckimi wieżyczkami. W środku mniej interesująco niż Chenonceau, odnawiają go zresztą w tej chwili. Natomiast przeuroczą mają Tour des Minimes, z której dachu można oglądać panoramę okolicy łącznie z Loarą, a w środku jest przedziwna spiralna rampa, która służyła kawalerii. W kaplicy natomiast ku mojemu zaskoczeniu natknęliśmy się na grób Leonarda da Vinci. Niby wiedzialam że umarł we Francji, ale nigdy się nie zastanawiałam, gdzie właściwie jest pochowany. Otóż spędził ostatnie 3 lata życia właśnie w Amboise, na zaproszenie François I, i tam jest jego grób. Ogrody obydwu zamków na pewno w lecie robią większe wrażenie, ale i tak wycieczka była urocza.