Indeksująco

Zrobiłam sobie indeks bloga, ponieważ zaczęło mnie już irytować, że z całą pewnością o czymś pisałam, ale pojęcia nie mam kiedy. Z indeksu po pierwsze wynikło, że w ciągu czterech i pół roku pisania napomknęłam o 120 książkach i 90 filmach. Po drugie natomiast… nie spodziewałam się, że przeglądanie własnego bloga od początku będzie takim przeżyciem. Nie mogę uwierzyć, że te pierwsze notki pisałam JA, ale nie mogę też znaleźć żadnej wyraźnej granicy, kiedy TAMTA staje się MNĄ. Bardzo irytujące. Nie mogę uwierzyć, że opisane tam jest moje życie, nawet jeśli notki żywo budzą moje wspomnienia. A to wszystko ze świadomością, że przed blogiem miałam jeszcze co najmniej ze dwa życia, które rozpłynęły się w czasie jak łzy w deszczu. Nadal też nie mam absolutnie żadnego pojęcia, jak mogą mnie postrzegać szanowni czytelnicy na podstawie tych literek (wiem, każdy inaczej). Usiłowałam wyjść z siebie i spojrzeć na tę pisaninę z grubsza obiektywnie, ale to se ne da.

W każdym razie wytrwałości mi nie brakuje, to na pewno. Nagle zaczęłam żywić mieszane uczucia wobec całego tego blogowania, ale summa summarum podoba mi się jednak możliwość spojrzenia wstecz na własne przeżycia oraz sprawdzenia, co się działo i co myślałam kiedyś.

Podobno dziś do Polski powędrował orkan od nas. Proszę uważać na siebie i nie dać się zdmuchnąć.

„Kroniki portowe””

Obejrzałam „Kroniki portowe”, bardzo sympatyczne. Hallström ma dobrą rękę do ekranizacji… przynajmniej prostych jednowątkowych powieści dziejących się z grubsza tu i teraz. Oczywiście, musiał po hollywoodzku wzmocnić niektóre akcenty, żeby widza bardziej wbiło w fotel, ale ogólne przesłanie „wszystko jest możliwe, nawet jeśli z początku w ogóle na to nie wygląda” bardzo trafia mi do przekonania. Judi Dench grająca ciotkę Agnis jest świetna, Kevin Spacey ogranicza się do robienia miny zgubionego w lesie spaniela, ale to taka rola. A najbardziej przeżyłam zniszczenie łódki Nutbeema.
Mamy tu plus 15 stopni i huragany. Zaczynam podejrzewać, że to już początek tego końca świata zapowiedzianego na rok 2012.

Fotą

Tu zainteresowani mogą obejrzeć kilka zdjęć z Chenonceau. W Amboise niestety mój aparat powiedział, że dalej nie będzie współpracował, chociaż przed wyjazdem łobuz twierdził, że naładowany jest do pełna, więcej mu nie zaufam; zdążyłam więc tam zrobić tylko kilka zdjęć pamiątkowych, nieszczególnie powalających.

Chciałam jeszcze w kwestii „Pachnidła” dorzucić, że to był pierwszy film od bardzo dawna, przy którym ogarnął mnie głęboki żal, że Kałużyński nie dożył. A Tykwer mógłby teraz nakręcić „Powrót z gwiazd”. Pozwalam.

A w niedzielę

wstaliśmy bardzo rano (ja tradycyjnie BARDZO nie chciałam wstawać, eM tradycyjnie się nie poddał i wyciągnął mnie z łóżka) i pojechaliśmy w stronę wschodzącego słońca, aby po iluś tam kilometrach dotrzeć do château de Chenonceau, w którym natychmiast się zakochałam miłością nagłą jak piorun z błękitnego nieba, ponieważ zamek ten zbudowany jest po prostu centralnie na rzece. Sala balowa długa na 60 metrów kończy się na przeciwnym brzegu rzeki Le Cher, niż zamek ma wejście. Po jej obu stronach przez okna widać głównie wodę, jakby się stało na moście. Ja chcę tam mieszkać. Zamek zbudowany jest na ruinach starego młyna, stąd ta intrygująca konstrukcja. Poza tym mają tam trochę ciekawych wnętrz oraz jeden pokój urządzony całkiem na czarno.
– A to co? Kaplica czy przechowywali tu zmarłych przed pochówkiem? – zainteresowałam się gwałtownie, i prawie zgadłam, cierpiała tu bowiem Louise de Lorraine po śmierci swego małżonka króla Henri III (który zresztą nieco wcześniej był królem Polski, znanym jako Henryk IV Walezy). Ubierała się wyłącznie na biało, co było żałobnym kolorem królów, i spędzała czas na modłach w swoim czarnym pokoju. Podejrzewałam najpierw po cichu, że nie miała po prostu lepszego sposobu na życie, ale wygląda na to, że faktycznie swego królewskiego małżonka bardzo kochała, a poza tym była niesłychanie pobożna. Następnie połaziliśmy po ogrodach Chenonceau, porozkoszowaliśmy się świeżym powietrzem, bezskutecznie spróbowaliśmy się zgubić w obowiązkowym labiryncie i odwiedziliśmy malutkie muzeum figur woskowych przedstawiających słynne dla zamku postaci z tamtego okresu. Muzeum jest bardzo multimedialne, z prezentacją starych pocztówek na wyświetlaczach LCD włącznie, ale mimo to nieszczególnie ciekawe.

Chenonceau zalicza się do zamków nad Loarą, ponieważ Cher jest jej dopływem, ale potem skierowaliśmy się do nieodległego zamku nad prawdziwą Loarą, czyli Amboise. Z zewnątrz wygląda imponująco, jest olbrzymi, od dołu ma takie surowe nieforemne mury, które coraz wyżej się wygładzają, żeby w niektórych miejscach zakończyć się figlarnymi gotyckimi wieżyczkami. W środku mniej interesująco niż Chenonceau, odnawiają go zresztą w tej chwili. Natomiast przeuroczą mają Tour des Minimes, z której dachu można oglądać panoramę okolicy łącznie z Loarą, a w środku jest przedziwna spiralna rampa, która służyła kawalerii. W kaplicy natomiast ku mojemu zaskoczeniu natknęliśmy się na grób Leonarda da Vinci. Niby wiedzialam że umarł we Francji, ale nigdy się nie zastanawiałam, gdzie właściwie jest pochowany. Otóż spędził ostatnie 3 lata życia właśnie w Amboise, na zaproszenie François I, i tam jest jego grób. Ogrody obydwu zamków na pewno w lecie robią większe wrażenie, ale i tak wycieczka była urocza.

Pachnidło

Zobaczyłam na jesieni plakat „Pachnidła”, pomyślałam „no całkiem zwariowali, przecież tego się NIE DA nakręcić, co za banda kompletnych pomyleńców”, dodałam jeszcze garść epitetów i poszłam dalej. Nawet nie przemknęła mi przez głowę myśl o obejrzeniu filmu, i tak by już zostało, gdyby nie Matyldaa. Po jej notce stwierdziłam, że jednak się odważę, i w sobotę załapaliśmy się na jeden z ostatnich seansów.
Tykwer wybrał metodę, która natychmiast wydaje się w tym przypadku jedyną możliwą, i pewnie zresztą jest jedyną możliwą – dużo narracji z offu, to momentami jest po prostu ilustrowana książka. Do tego dość teatralne aktorstwo, co doskonale oddaje specyficzną atmosferę powieści Süskinda. Co ja się zresztą będę rozwodzić: odurzająco piękny film, od pierwszej do ostatniej sceny, przez całe 2,5 godziny, w których upływ wcale nie mogłam uwierzyć. Dawno nie byłam w kinie tak urzeczona, zresztą zostało mi do teraz. Scena, w której Baldini wącha nowe perfumy Grenouille’a, jest absolutnie niezrównana. Dla równowagi: egzekucja odrobinę jednak przegadana (podobno tam jest 5 tysięcy statystów, ja rozumiem, że szkoda mu było nie pokazać rozmachu), finałową scenę można było nakręcić nieco lepiej… ale to dążenie do nieistniejącej perfekcji. Alan Rickman nieco mnie zbił z tropu, bo długą chwilę nie mogłam sobie przypomnieć, skąd ja znam tę twarz, ale to też świetna rola. Aktor odtwarzający głównego bohatera nie ma już żadnych szans w kinie, do końca życia będzie Grenouillem, ale nie jestem pewna, czy powinien tego żałować. Tykwer jest genialny, bez zastrzeżeń. Süskind, który przez 20 lat bronił się przed ekranizacją, dostał ostatecznie za prawa 10 milionów euro, i to są dobrze wydane pieniądze. Powstało arcydzieło.

Lecytynę poproszę

A propos filmu o Gilbercie Grape, urządziłam się sama przecudnie. Oglądaliśmy sobie mianowicie „Catch me if you can”, po czym w trakcie rozmowy o Leonardzie DiCaprio zapytałam eMa, czy widział „Gilberta”, w którym Leonardo zagrał niezapomnianie doskonałą rolę w początkach swej kariery. Ponieważ filmu nie kojarzył, zaczęłam o nim opowiadać i spróbowałam uściślić, kto jeszcze grał w tym filmie; niestety w tym momencie kompletnie, absolutnie, na amen wyleciało mi z głowy nazwisko aktora wcielającego się w tytułową postać. Zamarłam z otwartymi ustami, po czym popatrzyłam w sufit, ale to nic nie pomogło. Jedyne nazwisko, jakie kołatało mi się w pustej mózgownicy, należało do Toma Hanksa, a byłam pewna, że to nie o niego chodzi. Byłam już bliska włączenia laptopa i sprawdzenia w necie, bo stwierdziłam, że w żaden sposób nie zasnę, jeśli sobie nie przypomnę. Leżałam i jęczałam coś w stylu „przecież ja nawet wiem jak on wygląda! Mam jego twarz przed oczami! Nie mogę nie pamiętać jego nazwiska!”. eM próbował mnie uspokoić, ale zupełnie mu się to nie udawało. Po czym wstałam z mglistym zamiarem odpalenia jednak laptopa z internetem, po drodze popatrzyłam na okładkę „Kronik portowych” (które nakręcił ten sam reżyser, co „Gilberta”, ale nie grają w nich ci sami aktorzy) i wtedy w końcu samoczynnie spłynęło na mnie olśnienie.

Proszę mnie nie informować, że to objawy towarzyszące starzeniu się.

Uległam

Wczoraj zaczęły się soldy, co we Francji jest sprawą niemal wagi państwowej: wszystkie media rano informowały tylko o wyprzedażach, w gazetach można było znaleźć poradniki jak szukać najlepszej okazji, i tak dalej. Wydawało mi się do tej pory, że jestem abnegatką przeciwną konsumpcjonizmowi, więc nie zwracałam na to zamieszanie większej uwagi, ale wczoraj PRZYPADKOWO stałam się posiadaczką pięciu nowych bluzek oraz plecaka, więc muszę chyba zrewidować swoje poglądy. W plecaku zakochałam się od pierwszego wejrzenia (jeśli w ogóle może istnieć elegancki plecak, to ten taki właśnie jest), i gratuluję sobie, że nie weszłam do sklepu przed soldami, bo z pewnością wydałabym na niego absolutnie nieprzyzwoitą fortunę, a tak udało mi się pozbyć tylko połowy zawartości portfela. Mam też zamówienie w Amazonie, ale to akurat niezależnie od soldów (chociaż bardzo mnie ucieszyło, że Gilberta Grape’a mi przecenili na 3 euro).
Biedna siostra moja czuje się słabo i bierze jakieś tony pigułek. Pocieszam się, że z nią zawsze tak było: najpierw rozpacz, tragedia i koniec świata, a potem okazywało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, więc właściwie czemu teraz miałoby być inaczej. Zamierzam trwać w tym przekonaniu jak długo się da.

O dzieciach

Siostra moja spędziła weekend w szpitalu, o czym dowiedziałam się post factum, więc nie zdążyłam się porządnie zdenerwować. Podobno jednak wszystko ok i jest szansa, że młode będzie młodym facetem (aczkolwiek nie zamierzam się przy tym upierać). Jak ją znam, to na pewno się zamartwia na zapas, więc chciałabym bardzo, żeby już nastąpiło pomyślne rozwiązanie. Cierpliwość podobno jest cnotą, a nawet jeśli nie, to innego wyjścia nie ma.

Jeśli o dzieci w ogólności chodzi, to po długich przemyśleniach ostatnio doszłam do wniosku, że najbardziej przerażają mnie nie tyle kupy, pieluchy i choroby oraz kwestia mego całkowitego nienadawania się na matkę, co myśl, że po z grubsza 15 latach potomek zacznie obwiniać rodziców za całe zło tego świata, czytać książki o toksycznym wychowaniu i na przykład chodzić na ustawienia hellingerowskie. Można by wprawdzie filozoficznie założyć, że taka jest kolej rzeczy, ale nie wiem, czy starczy mi stoicyzmu. Last but not least, ja gatunku homo sapiens jako takiego nie lubię i nie widzę żadnego powodu, żeby się osobiście przyczyniać do jego rozmnożenia. W końcu jak kto za kotami nie przepada, to ich nie hoduje. Wszystko to oczywiście nie przeszkadza mi się bardzo cieszyć na przybycie siostrzeńca oraz nie mieć absolutnie nic przeciwko temu, żeby inni się progeniturą cieszyli.

Laicka Francja

Dzisiejsza tv poranna poinformowała, że 51% Francuzów przyznaje się do bycia katolikami, natomiast 52% nigdy nie było na mszy. Koło 80% popiera możliwość zawierania małżeństw przez księży oraz kapłaństwo kobiet.
Myślałam, że okres imprez świątecznych skończy się w grudniu, tymczasem okazało się, że jak zwykle nie doceniłam Francuzów. W styczniu wszyscy robią imprezy z okazji rozpoczęcia nowego roku. Jeszcze na żadnej nie byłam, chociaż mam zaproszenia na jakieś cztery, więc nie wiem, co tam się właściwie odbywa. Na pewno obowiązkowo spożywa się „galette des rois” co dosłownie się tłumaczy jako „naleśnik królów”, jest to okrągłe ciasto o niezbyt zachęcającym wyglądzie, a w środku znajduje się figurka. Kto ją znajdzie, ten jest królem dnia (oraz ma dużą szansę złamać sobie ząb, podejrzewam). Tradycyjnie ciasto powinno służyć celebrowaniu Trzech Króli, ale w dzisiejszych czasach to świętowanie rozciągnęło się na cały styczeń.
Ciasto przypomniało mi o zwyczaju, który jest w naszej rodzinie, a mianowicie do jednego pieroga wigilijnego wkłada się grosz. Kto nań trafi, ten powinien w przyszłym roku opływać w różne bogactwa materialne (oraz też ma szansę złamać sobie ząb, ale moja siostra zawsze wszystkim przypomina 15 razy, aby uważali, więc jeszcze nigdy się takie nieszczęście nie przytrafiło). W tę Wigilię grosz był w trzecim spożytym przez mnie pierogu, ale w zasadzie nie wiem, czy się cieszyć z tego powodu, bo powinien to chyba być eurocent…

Przy poniedziałku

Jako uzupełnienie poprzedniej notki podzielę się dziś z Państwem zdjęciem Mamy mej, gdy wcale nie śniło się Jej jeszcze, że będzie czyjąś mamą. To niestety zdjęcie zdjęcia, bo tylko takie mogę mieć.

W ostatnich dniach Polska zasłużyła na pojawienie się w głównych wydaniach dziennika francuskiego, niestety oczywiście z powodu Wielgusa. Wolałabym, żeby było to przy okazji jakiegoś Nobla lub jeszcze lepiej niewiarygodnie wysokiego wzrostu gospodarczego, lecz cóż.