Co się robi jak nie ma bloga

Ponieważ nie było wczoraj bloga, złożyłam wypowiedzenie z pracy – co będę tak siedzieć i się nudzić. Jedna pani powiedziała, że ona nie przyjmie tego wypowiedzenia. Wie że nie ma prawa, ale nie przyjmie, i co ja jej teraz zrobię? Druga pani zaczęła szlochać, że jak ja mogę opuszczać ich wspaniałą firmę, czemu nie powiedziałam wcześniej, a w ogóle to może bym znalazła zastępstwo na moje miejsce. Myślałam, że w kraju teoretycznie kapitalistycznym oczywistym jest, że pracownikami też rządzi prawo podaży i popytu, skoro więc dostałam propozycję ciekawszej pracy za większe pieniądze w lepszych warunkach, to tylko osioł mógłby odmówić. Za dużo myślę.

W ramach niemyślenia dziś o poranku wdrapałam się znienacka na kolana eMowe wiedziona nagłą potrzebą zaznania męskiego ciepełka, i oblałam nas oboje jego mlekiem. (Niby dorosły już jest, ale i tak mleko pije na śniadanie.) Kleopatrze, zdaje się, kąpiele mleczne dobrze robiły na cerę, ale ono mogło być wtedy trochę mniej wzbogacane chemicznie.

Kantem nie jestem

W sobotę wieczorem niekończący się strumień aut na podparyskiej obwodnicy, a ja opieram głowę na zagłówku, oddycham głęboko usiłując powstrzymać łzy, i zastanawiam się, jakim cudem tęsknota powoduje ból fizyczny; bo właśnie teraz nagle oddałabym wszystko, żeby jechać po wieczornej Legnickiej, zaparkować w pobliżu Rynku, przejść się po ośnieżonych kostkach brukowych. Gorsze niż podstępny cios w żołądek, a to mój własny mózg mi funduje. Rozumiem, skąd się wzięło przywiązanie do ludzi i idąca za nim tęsknota: powodowało tworzenie więzi w rodzinie czy grupie, więc ułatwiało przetrwanie. Ale dlaczego człowiek przywiązuje się do miejsca? Czy ja nie mogłam jak Kant nie ruszać się stamtąd przez całe życie, i nigdy nie tęsknić? Czy mój własny mózg mógłby mi już nie podsuwać takich obrazów i nie przekonywać mnie cichcem, że Wrocław, tylko Wrocław, właśnie Wrocław, jest przeznaczonym mi miejscem na Ziemi?
W niedzielę zaliczyliśmy salon tuningu samochodowego, wyobraźnia ludzka w tej materii jest doprawdy nieograniczona. Osobnicy płci męskiej paradowali tłumnie i dumnie ze świeżo nabytymi dywanikami z plastiku wyglądającego jak aluminium, ja zaś skręcałam się ze śmiechu na ten widok. Potem ze mnie nabijał się eM, gdy mój żywy entuzjazm wzbudziły felgi z takim dodatkowym wiatraczkiem, który się jeszcze kręci, gdy auto już staje. Ale wszystko przebijają telewizorki montowane w osłonach przeciwsłonecznych. Nawet niedrogo, 225 € za parkę. Całkiem poważnie, niektóre auta zrobione przepięknie, i ja nawet chciałabym mieć coś takiego… dopóki nie pomyślę, jaki ból musi wtedy sprawiać najdrobniejsza ryska czy draśnięcie. Dziękuję, pozostanę chyba przy użytkowym podejściu do pojazdów mechanicznych.

Męsko-damskie układy

Jedną z odwiecznych kości niezgody w mym związku jest poranny budzik, ponieważ wstajemy wprawdzie mniej więcej o tej samej godzinie, ale ja na budzik podrywam się natychmiast i wyskakuję z łóżka, a eM najchętniej zalegałby tam dobrą godzinkę powoli się dobudzając. On nastawia więc budzik na godzinę wcześniej niż naprawdę potrzeba, co mnie od rana doprowadza do szału, bo ja bym sobie pospała ile się da. Ale po wczorajszym poranku muszę stwierdzić, że jednak warto mu pozwolić nastawić budzik na kwadrans wcześniej i zastosować pewne przyjemne metody przebudzania, bo nie tylko obie osoby mają potem bardzo dobry humor, ale w dodatku z własnej woli on przyjeżdża po mnie do pracy, przychodzi z parasolem pod same drzwi firmy, a w aucie zapewnia podwieczorek. To ja już mogę poświęcić ten kwadrans snu… ale nie częściej niż raz w tygodniu.

Moja przyjaciółka ma od niedawna faceta. Była przedtem wielbicielką starszych panów, ze zdumieniem więc podzieliła się ze mną odkryciem, że młodsi są lepsi w łóżku. No ba. Miało nie być z tego nic poza seksem (skąd ja to znam?), facet jednak wcale nie dostosował się do założeń, opiekował się nią ostatnio w chorobie, gotował jej obiadki, i nawet ona sama zeznała, że będzie jej przykro jak sobie w końcu pójdzie. Swoją drogą zagadką dla mnie jest, dlaczego zawsze zakłada, że facet musi sobie pójść – w przeciwieństwie do mnie ona pochodzi z bardzo porządnej nierozbitej rodziny bez ukrytych problemów, więc powinna mieć dobre wzorce. Nie wiem co z tego wyjdzie, ale morał ogólny jest jasny: należy jednak trafić na właściwego faceta, których jest wprawdzie bardzo mało, ale .

Zabrzmi jak skecz kabaretowy

ale to relacja faktów i tylko faktów. Postanowili mnie przeprowadzić z 19 piętra na 15 (z całą ekipą, nie że tylko mnie zdegradowali). Właściwie resztę ludzi przeprowadzili już w zeszłym tygodniu, mnie zostawili na wtorek w południe, jako że mnie nie było. W poniedziałek obejrzałam nowe lokum i mówię do szefa
– Widzę, że biurko już mam, to ja w zasadzie wezmę komputer pod pachę i zaraz się przeniosę?
– Ależ musi być ekipa do przeprowadzek! – szef spojrzał na mnie, jakbym z dzikiej Polski przyjechała. – A oni mają czas dopiero jutro.
Komputer mam wprawdzie wielkości dwóch grubszych książek i do tego płaski monitorek, ale niech będzie, poczekam na ekipę. We wtorek ekipa nie przyszła ani w południe, ani później. Co parę minut wpadał ktoś i się dziwił
– Jak to, jeszcze cię nie przeprowadzili?
– Ano nie i nie wiem kiedy to zrobią – odpowiadałam ja stoicko.
W środę po południu zjawiła się ekipa w postaci jednego facecika mniejszego ode mnie. Poodłączał dość sprawnie wszystkie kable, wziął komputer i monitor pod pachę, poprosił żebym wzięła klawiaturę z myszą i pojechaliśmy na 15 piętro. Tam wszystko popodłączał i chciał sobie pójść.
– Ale na górze został jeszcze mój telefon – powiedziałam ja z niepokojem.
– Aaa, od telefonów to nie ja, proszę dzwonić pod 13 – odparł facecik i poszedł.
Za jakiś czas kolega Yann zadzwonił pod 13 informując, że posiada wprawdzie swój aparat telefoniczny, ale moją linię. Przez 15 minut usiłował wytłumaczyć rzekomemu specjaliście różnicę między linią a telefonem, my zaś podsłuchując turlaliśmy się ze śmiechu po biurkach. Wieczorem przysłali faceta, który w mojej asyscie udał się po mój telefon, zniósł go ceremonialnie na dół i spróbował wyjaśnić skomplikowaną kwestię linii oraz telefonów. W efekcie po godzinie jego ciężkiej pracy obecnie mam telefon podłączony do mojej linii, ale stoi sobie na biurku kolegi Yanna, ponieważ kabel ma za krótki.

Przeczytałabym

Nabokova, „Dzienniki gwiazdowe”, Virginię Woolf, „Sto lat samotności”, czwarty tom „Autostopem przez galaktykę” albo coś Austen. Wszystko niestety mam w domu wrocławskim (jachcędodomu). Musiał mi mocno zaszkodzić ten Murakami, skoro mam takie potrzeby. W desperacji dziś o ósmej rano przypomniałam sobie, że przecież przywiozłam sobie z Londynu „Wielkiego Gatsby’ego”, którego natychmiast wygrzebałam ze stosiku i zabrałam na drogę. Już trochę pomogło.
Kaszlę okrutnie i nieprzerwanie chce mi się spać. Nie wiem czemu ta wstrętna lekarka nie mogła mi jeszcze dać zwolnienia na parę dni, chociaż w sumie to wiem – przyjechałam z własnej woli do słodkiej Francji, to muszę tu ciężko pracować na jej chwałę, a nie się obijać w łóżku, nieprawdaż. Dodatkowo od paru dni robię sobie pranie mózgu na temat „moja siostra nie ma żadnego obowiązku mnie kochać ani nawet lubić, ma własne życie i ja naprawdę nie muszę mieć z nim nic wspólnego” (tak, obraziła się z powodu mojego aktu urodzenia). Jeszcze nie ma efektów, ale spokojnie, przed śmiercią będą.

Murakami

Do połowy „Kroniki ptaka nakręcacza” wydawało mi się, że jest zupełnie niezła i co ja właściwie chciałam od tego biednego Murakamiego. Doszłam nawet do wniosku, że przecież on wyraźnie podejmuje dialog z Kafką, opisując człowieka zagubionego w codzienności, którego fala wydarzeń porywa i unosi bez dawania wyjaśnień; człowieka niezdolnego do porozumienia z istotami swego gatunku. Mniej więcej od połowy jednak zaczęło mnie coraz bardziej irytować przeraźliwe skomplikowanie akcji, brak sensu w fabule i poczynaniach bohaterów, natrętne rozwiązania typu deus ex machina oraz łagodnie pozytywne zakończenie.
Panie Murakami, będzie zwięźle i na temat: po pierwsze, jeśli już zamierzał pan naśladować życie, to nie należało dawać takiego zakończenia, bo w życiu takich nie ma. Po drugie, jeśli bohater przez 600 stron jest dzieckiem błąkającym się we mgle, to autor jednak nie przemyślał starannie sensu swojego dzieła, a być może w ogóle niczego nie przemyślał. Po trzecie i ważniejsze, literatura (i w ogóle sztuka) nie ma być naśladowaniem życia. To jest założenie z gruntu błędne. Po czwarte i najważniejsze, zacytuję genialne zdanie Juliana Barnesa „literatura to nie biustonosz, nie służy do łagodnego podtrzymywania na duchu”. A pan do tego nieustannie dąży. Wtrąca pan swoich bohaterów w niepojęte okoliczności, aby równie niepojęcie ich z nich wydobyć. Nie wynika z tego NIC. Owszem, ma pan pewnie wielką przyjemność z pisania tych swoich rozwlekłych i mętnych historyjek pozornie pełnych symbolizmu, który w rzeczywistości okazuje się całkiem pusty. W słowniku znajdziemy dla pana w takim razie dobre określenie: grafoman. Dziękuję, jest pan wolny.
To jest moje ostateczne stanowisko w kwestii tego pana. Nie wykluczam, że jego książki mogą się podobać, nawet wiem dlaczego. Co nie zmienia faktu, że to nie jest literatura.

Szeptem

Nie poszłam otóż w piątek do pracy, tylko do lekarza, ponieważ całą noc potwornie bolało mnie gardło (budziły mnie własne jęki, co się jednak rzadko zdarza), a rano okazało się, że wcale nie mam głosu. Nie jestem co prawda aktorką ani nauczycielką, ale możliwość paszczowego porozumiewania się z otoczeniem trudno przecenić. Lekarka w trakcie mojej wizyty odbierała ciągle telefony, jednak w końcu scenicznym szeptem wyjaśniłam jej co mi jest i dostałam antybiotyk oraz naproksen, co mnie nieco zdziwiło, bo nie słyszałam jeszcze o leczeniu gardła naproksenem, ale byłam już w takim stanie, że cyjanku też bym się napiła bez protestów. Naproksen okazał się bardzo skuteczny, chociaż powodował u mnie chorobę morską, tylko zamiast kołysania miałam zawroty głowy. Gdyby państwu kiedyś przepisali ten specyfik, radzę się trzymać zalecenia, żeby go zażywać w trakcie posiłku, to trochę łagodzi skutki uboczne. Nie był to więc najprzyjemniejszy weekend w moim życiu, ale wracam już do świata żywych i nieobolałych, a nawet głos z siebie wydaję. Między kolejnymi dawkami naproksenu przeczytałam „Kronikę ptaka nakręcacza”, i mam bardzo mieszane uczucia, które pewnie zwerbalizuję na piśmie za jakiś czas.