Jutro będzie duża, dzisiaj jest mała

Jak wieść niesie, niedługo już będę ciotką małej kobietki (oczywiście młodzież może nas jeszcze zaskoczyć), która ma obecnie 26 lub 27 tygodni i rozwija się pięknie. Należy trzymać kciuki, żeby z narodzinami poczekała cierpliwie do znaku Raka. W obliczu takich faktów odeszły w niepamięć wszystkie moje stresy wczorajsze, które zresztą sama sobie osobiście zafundowałam. Nie zauważyłam na przykład, że główna karta polska straciła ważność trzy miesiące temu (no co, nie używam jej przecież), odkryłam natomiast, że na zapasowym koncie nie pamiętam ani pinu do karty ani hasła do WWW; i tak dalej. Muszę natomiast odnotować, ponieważ inaczej za dwa miesiące sama w to nie uwierzę, że pan co mnie namawia do pozostania w obecnej robocie, wczoraj wymyślił, że otworzy filię w Polsce, żebym ja ją mogła organizować, być tam potem dyrektorem i zatrudniać znajomych. W poniedziałek jeszcze o żadnej filii nie było mowy, we wtorek nagle się okazało, że właściwie to już zaraz w przyszłym roku będzie. Ot tak. Przysięgam, nie zmyśliłam tego: nie umiałabym.

Wczoraj romantyczny wieczorny spacer po parku, w domu własnomaszynowo upieczony pain au lait, dzisiaj poranek intensywnie słoneczny, w słuchawkach dwa razy pod rząd „Wieża radości, wieża samotności”; nagłe poczucie, że świat należy do mnie. Mimo wszystko i na przekór.

Galatea

Pan, który na moim odejściu z obecnej firmy straci konkretne pieniądze, nadal usiłuje mnie przekonać, żebym nie popełniała tak potwornego błędu jak rozstanie z nim. Wczoraj przez równe pół godziny tłumaczył mi, że nie nadaję się do konkurencyjnej pracy, nie poradzę sobie żadną miarą, chociaż oczywiście jestem świetna, kompetentna i absolutnie fantastyczna, ale ON dopiero musi mnie przeszkolić i wtedy będę się do czegoś nadawać. Tylko ON na całym świecie potrafi szkolić takich beznadziejnych tłumoków z olbrzymim potencjałem jak ja, i oczywiście to zrobi… kiedyś. Jestem jego Galateą, on jest moim Pigmalionem, ma do mnie nieskończone zaufanie i razem będziemy iść przez wyboiste życie zawodowe. A w ogóle jesteśmy jak brat i siostra, więc nie mogę sobie przecież od niego pójść.

Niezwykle był przekonujący, a elokwentny jeszcze bardziej. Nie wziął tylko pod uwagę, że po pierwsze jeśli się rozmawia z obcokrajowcem, to tenże zużywa sporą część energii na zgłębienie znaczenia słów. Kryjąca się za nimi socjotechnika ulega niestety w tym momencie rozproszeniu. Po drugie zaś ja owszem – osobiście mogę być święcie przekonana, że się do niczego nie nadaję, i nawet Państwu mogę o tym bezwstydnie opowiadać w licznych notkach; ale jeśli ktoś z zewnątrz próbuje mi coś takiego zasugerować, to we mnie natychmiast budzi się przekora. Że co, JA sobie niby nie poradzę bez ciebie? Czekaj, czekaj, ja ci jeszcze pokażę…

Jak napisał Szekspir

róża pod inną nazwą równie pięknie by pachniała. Otóż i godzina szósta jest nadal godziną szóstą, nawet jeśli ktoś akurat postanowił nazwać ją siódmą. Uważam, że zmuszanie mnie do wstawania PO CIEMKU pod koniec marca to zamach na moją wolność osobistą i wrodzoną godność. W takich momentach budzi się we mnie ZŁE i jestem gotowa zrobić COŚ, na przykład przenieść się 1500 kilometrów na wschód. Albo i 3000. Od działania powstrzymuje mnie jedynie fakt, że jest środek nocy i jeszcze śpię. Nieźle to sobie wymyślili.

Nie chcą państwo wiedzieć, co zrobił francuski spiker z nazwiskiem Otylii. Dopóki nie zobaczyłam tego napisanego, upierałam się, że żadnej takiej pływaczki w Polsce NIE MA i na pewno się pomylili.

Podobno

jak mężczyzna kocha kobietę, to myje jej samochód. Nie wiem, bo jak miałam samochód, to nie miałam odpowiedniego mężczyzny, a teraz nie mam samochodu. Ale mam buty. Zimowe. Postanowiłam je wczoraj wieczorem wypastować, co wydawałoby się jest czynnością bardzo przyziemną i nie wymaga szczególnego doświadczenia. Jednak eM popatrzył przez chwilę na moje zmagania z butem i szczotką, po czym prychnął i rzekł
– Zostaw to, ja ci zaraz pokażę jak to się robi.
Uniosłam jedną brew do góry z niedowierzaniem, ale proszę bardzo – chce to niech czyści, upierać się nie będę. Zaopatrzył się w dwie szczotki oraz ściereczkę, podgrzał pastę na kuchence i wyczyścił moje buty tak profesjonalnie, że im też by szczęka opadła, gdyby ją miały. A tak to tylko mnie opadała coraz niżej. Potem kazał mi wdziać buty na się, postawić nogę na stołeczku, i wykonał im ostateczny glans ściereczką.
– Aaaaaaale… gdzie się tego nauczyłeś? – wyjąkałam, jak już pozbierałam szczękę z podłogi. Najpierw nie chciał powiedzieć, wykręcając się, że to niby żadna sztuka, potem w końcu odparł, że od dziadka. Dziadek jest postacią tajemniczą, a wręcz nieco mityczną, więc nie drążyłam więcej i skupiłam się na podziwianiu butów, które chyba były nieco zaskoczone własnym połyskiem.

Oj tam, marudzę

Pewnie nie ma nic dziwnego w fakcie, że oglądam na blogach zdjęcia brzuchów kobiet, których pewnie nigdy nawet nie spotkam na żywo, i jakoś tam się wzruszam, a zdjęcia brzucha z moim własnym siostrzeniczątkiem nie mogę się doprosić. Niby czemu ktokolwiek miałby mi się zwierzać, że się boi porodu, przecież ja nic o tym nie wiem i wiedzieć nie mogę. Z pewnością nie ma w tym nic dziwnego i nie mam prawa mieć żalu. W zasadzie go nie mam, bo bardziej cieszę się z obietnicy zawieszenia nad kołyską kartki z Alp, i z prognozy, że za parę lat młode będzie się domagać wizyty u cioci. Ale mimo wszystko przeważnie czuję się jak budowniczy tunelu, który odkrywa, że z drugiej strony też kopią, tylko rozminęli się ze mną o 5 metrów. Kto właściwie rysował plany tego tunelu i czy ja mogę go pociągnąć do odpowiedzialności?

Nie dam sobie rady, taaa

Stosowanie się do dewizy życiowej „nigdy nie mówić pochopnie ‚tak'” jeszcze mi jakoś wychodzi. Ale jest druga dewiza życiowa, bodaj równie istotna: „nigdy nie mówić ‚nie dam sobie z tym rady'”. W tym przypadku już udaje mi się znacznie gorzej. A nawet w ogóle mi się nie udaje, ulegam bowiem zawsze atakom paniki na temat „przecież ja jestem taka beznadziejna oraz głupia i tylko nikt tego jakoś do tej pory jeszcze nie zauważył, dlatego znienacka dają mi zadania o wiele za trudne dla mojej małej główki, ojejku, co to będzie”. Przydałoby mi się jakieś pranie mózgu, żebym najpierw mówiła z uśmiechem „ależ oczywiście, to interesująca propozycja i z pewnością ją rozważę”, a panice ulegała ewentualnie później w samotności. W razie gdyby komuś zdarzały się podobne chwile zwątpienia, polecam konwersację z zupą oraz szyprem, którzy naprawdę potrafią przywołać człowieka (mnie) do porządku.

Ogłoszenie drobne

Z racji przedłużającego się braku internetu w domu (najnowsza wersja francy telecom brzmi „ktoś się podłączył do państwa linii, my nie wiemy co z tym zrobić, i co nam teraz zrobicie?”) nie mam dostępu do adresu gmailowego. Jeśli ktoś do mnie pisał maile w sprawie hasła lub innej i nie dostał odpowiedzi, niech powtórzy na adres blogowy. Na stronie z komentarzami też już jest zmieniony adres. Za wszelkie kłopoty przepraszam.

Wczoraj wieczorem Alicja Tysiąc zasłużyła na pojawienie się we francuskiej tv. Wydarzenie, bo o Polsce raczej tam się nie wspomina.

Prorokiem sennym nie będę

Na urlopie śniło mi się, że siostrzeniczątko przybyło na ten świat w niedzielę 24 czerwca o 22, o czym mnie poinformowali smsem, ale nie napisali jaka płeć, a kiedy się dopytywałam, byli bardzo tajemniczy. Szwagier rzekł – w tym śnie – że dowiem się we właściwym czasie. Trochę zbladłam, kiedy po obudzeniu sobie przeliczyłam, że 24 czerwca to faktycznie będzie niedziela, ale ostatecznie prawdopodobieństwo przypadkowego trafienia wynosi w tym wypadku 14%, więc trochę więcej niż w totolotku. Łatwiej jednak byłoby trafić w płeć, czego wydział w moim mózgu odpowiedzialny za majaki senne nie wziął chyba pod uwagę.

Rewii mody nie było

Spodziewałam się półświadomie, że gdzie jak gdzie, ale w środku Francji na stoku będzie taka rewia mody, że oko mi zbieleje i pójdę sobie wykopać zaciszną jamkę w śniegu, żeby tam się schować, choć od urodzenia jestem beztroską abnegatką. Otóż wcale nie. W porównaniu z Zakopcem, gdzie tłumy turystów zza wschodniej granicy obnoszą i obwożą gogle najnowszej generacji oraz kombinezoniki od Chanel, o nowoczesnym sprzęcie nie wspominając, tutaj panowała zasada „odziałem się, w com ta miał”. Pani zupa potwierdza moje obserwacje, więc nie jest to raczej przypadek. Zaskoczyło mnie tylko paru panów w różowych lub turkusowych kombinezonach – ma to jednak głębszy sens, jeśli chodzi o widoczność na stoku. Poza tym odżałować nie mogłam, że nie było do podziwiania żadnych fantazyjnych nakryć głowy. Bodaj rok temu na Chopoku pół dnia jeździłyśmy z siostrą za jakąś Słowaczką z niewiarygodną szopą fałszywych warkoczyków z włóczki, żeby się w końcu zebrać na odwagę i dowiedzieć, że to ręczna robota. A tu żadnych takich uciech. Zamiast gogli wszyscy mieli ciemne okulary. Tym razem moje żółte gogle specjalnie nabyte na polsko-słowacko-czeskie mgły i opady śniegu spędziły tydzień urlopu w walizce. Myślę, że im się należało.

Byłam w raju

Wyjaśniło mi się, po co latami męczyłam się z nartami w padającym mokrym śniegu, gęstej mgle, śniegu puchowym głębokim na dwa metry, po co stałam w kolejce pod Kasprowym trzy godziny lub pieszo lazłam z nartami na Goryczkową. Wszystko otóż było po to, żeby na koniec trafić do raju, czyli miejsca, gdzie wyciągów jest kilkadziesiąt (między wysokością 1850 a 3330), tras tyleż, słońce świeci nieprzerwanie, niebo jest idealnie niebieskie przez tydzień, najdłużej w kolejce do wyciągu stoi się 7 minut, a kiedy człowiek chce przypadkiem chwilę odpocząć, pod każdą knajpką są tłumy wygodnych leżaczków. Po nartach można iść na basen odkryty i podgrzewany lub zakryty z widokiem na ośnieżone szczyty, albo na koncert organowy do miejscowego kościoła, wszystko wliczone w cenę karnetu. Z domu wychodzi się już w butach narciarskich, parę metrów dalej jest bowiem pierwszy wyciąg. Żeby nie było tak nieznośnie różowo, na niektórych trasach były muldy wielkości ciężarówek, w związku z czym moje prawe kolano powiedziało, że jesteśmy już za starzy na takie pomysły. Odparłam, żeby natychmiast przestało się wygłupiać. Zerwało ze mną stosunki dyplomatyczne. Na szczęście dopiero w piątek, więc się nie przejęłam. Łaskawie pozwoliło się wozić po trasach pokrytych lekko zmrożonym bielutkim sztruksikiem, a tych był spory wybór.

Mieszkanie mieliśmy wyposażone niewiarygodnie, nawet w naczynia do fondue oraz raclette, które zostały wykorzystane. Maszynę do pieczenia chleba przywieźliśmy własną, przy czym o tym, że jest nasza własna, dowiedziałam się dopiero na miejscu, przez całą drogę sądząc, że zgodnie z umową wieziemy pożyczoną. Najpierw nie mogłam zrozumieć, co przyszło do głowy eMowi żeby ot tak znienacka kupić maszynę do pieczenia chleba, po czym zaraz zakochałam się w niej na śmierć i życie. Jest to zdecydowanie najlepszy wynalazek ludzkości.

W drodze powrotnej z 10 razy chcieliśmy zawracać, ale ostatecznie dojechaliśmy jednak do ponurego pochmurnego zimnego Paryża. Zupełnie nie wiem po co i co ja mam tu robić bez śniegu, słońca, nart i wyciągów…