Co ja tu robię

Komediodramat w dwóch odsłonach
Występują: chór Francuzów oraz ds, superwoman z Polski

Francuzi: ds, widzisz, tu taka jedna ekipa podjęła się wykonania pewnego zadania, niestety okazało się, że nie bardzo umieją, a termin minął i kolejny się zbliża. Musisz coś z tym zrobić!
ds: Oczywiście, już tam jadę.

[następuje przerwa, w której bohaterka przejeżdża przez cały Paryż, ogląda co ma obejrzeć, lekko się załamuje, ale co tam, nie takie rzeczy…]

ds: No faktycznie, oni tego kompletnie nie umieją zrobić, ale w zasadzie żaden problem, ja wam to zrobię w trzy tygodnie.
Francuzi: Ależ ds!! Ależ nie możesz tego zrobić sama tymi rączkami! Ty im musisz udzielić łagodnych wskazówek jak do tego podejść!
Kurtyna: spada miłosiernie.

I w ten sposób spędzę najbliższe półtora miesiąca z ekipą Francuzów, którzy nie tylko kompletnie nie znają się na swojej robocie, ale również nie mają krzty zdrowego rozsądku ani zdolności organizacyjnych. Los wyraźnie się na mnie za coś odegrał.

Politycznie i filmowo

Mieliśmy dziś prawo do Geremka w porannej telewizji (ewenement, bo tu się poza specjalnymi programami rzadko mówi o zdarzeniach nie dotyczących Francji). Pokazali też Daniela Cohn-Bendita krzyczącego w Parlamencie Europejskim, że polski rząd posługuje się metodami faszystowskimi i stalinowskimi. Geremka bronił również wczoraj Bayrou. Ten były kandydat na prezydenta dostał w pierwszej turze 18% głosów i nie wszedł do drugiej, ale zupełnie się tym nie przejmuje nadal występując publicznie oraz domagając się zorganizowania debat z Ségolène i Sarkozym. Komentator telewizyjny dziś zapytał „czy ktoś mógłby powiedzieć panu Bayrou, że on te wybory już przegrał?”. Mniej więcej to samo powiedział Sarkozy, odrzucając propozycję debaty z Bayrou. Jest coraz goręcej, bo przed nami ostatni decydujący tydzień, potem pewnie bez względu na wynik wróci spokój. We Francji, bo w Polsce niestety niekoniecznie.

Wybraliśmy się na „Ensemble c’est tout”, na podstawie powieści Anny Gavaldy „Po prostu razem”, która jest mocno przeciętna, ale doszłam do wniosku, że chcę zobaczyć Audrey Tautou w tej roli. Powstał naprawdę sympatyczny i ciepły film, który warto obejrzeć, żeby się przekonać, że jednak nie tylko mężczyźni bywają popaprańcami emocjonalnymi. Oczywiście wszystko kończy się dobrze, więc jeśli ktoś (raczej płci żeńskiej) będzie potrzebował łagodnego podtrzymania na duchu, to polecam. eMowi podobało się też, głównie ze względu na postać Philiberta.

Nowych pokoleń czar

Moja brzuchata siostra osiągnęła ostatnio stan błogości. Z jej maili wyraźnie promieniuje szczęście i pogoda ducha, co na ogół do niej zupełnie niepodobne. Stwierdziła nawet ostatnio, że będzie miała fajną córkę, co jest znacznym postępem od poprzednio głoszonych rozmaitych herezji. Znając ją spodziewam się wprawdzie, że tuż po porodzie będzie miała większą lub mniejszą depresję, ale na razie jest bardzo dobrze, co cieszy.

Ja natomiast do kwestii dzieci mam podejście niezmienne, czyli „ja wam mogę dać komórkę jajową, wy sobie z nią zróbcie co chcecie nie mieszając do tego mojego brzucha i innych organów, a ja ewentualnie za 4 lata mogę zobaczyć efekt”. Facet mój tymczasem ucina sobie telefoniczną pogawędkę z szesnastoletnim bratem najlepszego kumpla, po czym ja mówię
– Wiesz, jakbyś kiedyś miał jakiegoś nastoletniego syna, to nie ma obaw, dogadasz się z nim bez problemu…
– Myślisz? To będzie już zupełnie inne pokolenie – wyraża wątpliwości eM, na co ja mu tłumaczę, że niezależnie od komputeryzacji, globalizacji i innego postępu technicznego ludzie są ciągle tacy sami; ich podstawowe pragnienia, potrzeby, emocje i obawy się nie zmieniają. Ciekawe, czy mam rację.

Harlequin, a co, też potrafię

Parę dni temu podczas bardzo luźnej wymiany zdań na gg moja koleżanka znienacka oświadczyła, że w drugim okienku ma pana X, który chce mój adres. W sumie nic w tym dziwnego, gdyby nie to, że z panem X miałam swego czasu bardzo płomienny i bardzo idiotyczny (typu „byłam naprawdę beznadziejnie głupia i wylałam morze łez, ale za to jakie mam wspomnienia!”) romans. Było to naprawdę dawno temu, jeszcze przed tym blogiem, rozstaliśmy się oczywiście w okolicznościach serialowo dramatycznych i nie spodziewałam się ujrzeć w takim kontekście jego nazwiska. Zupełnie się nie spodziewałam. Absolutnie się nie spodziewałam.

Ponieważ jestem tylko kobietą, moje serce przestało na chwilę bić, potem przyspieszyło dziesięciokrotnie, a namiastka mózgu bez udziału mojej woli wyprodukowała co następuje:
– zrozumiał w końcu swój błąd, chce mi napisać że mnie nadal kocha i musimy być już na zawsze razem do końca życia [nieważne, że ja nigdy nie chciałam z nim być na stałe]
– właśnie się dowiedział, że jest śmiertelnie chory i na łożu śmierci chce mi wyznać swoją dozgonną miłość oraz prosić, żebym go nigdy nie zapomniała
– zaraził się AIDS i chce mnie teraz zarazić w ramach zemsty
– obmyślił inny sposób zemsty, nie wiem jaki, ale z pewnością straszny, skoro myślał o nim latami
– a w ogóle to naprawdę FAJNIE że mnie jeszcze pamięta po tych wszystkich latach!

To wszystko sobie pomyślawszy odpisałam koleżance kłamliwie, że ja takiego pana niestety w ogóle nie kojarzę, i że jak nie powiedział czego chce ode mnie, to niech spada. Podejrzewam, że do końca życia będzie mnie dręczyć ciekawość, co też mógł od mnie chcieć, ale za to jakie mam pole dla wyobraźni…

Wybory prezydenckie

Wczoraj eM poszedł głosować, ja zaś z nim w charakterze szpiega. Bardzo mnie fascynowało, że głosowanie będzie się odbywać przy pomocy maszyn i spodziewałam się najnowocześniejszej techniki, tymczasem oczywiście organizacja była typowo francuska. W szkolnej stołówce (we Francji szkoły nie mają podobno sal gimnastycznych) zastaliśmy dziki tłum ludzi spragnionych wypełnienia obowiązku obywatelskiego. Najpierw należało stanąć w kolejce do trójcy pań, okazać im kartę wyborczą oraz dowód tożsamości i dostać papierek z kolejnym numerkiem. Potem stawało się w dłuższej kolejce do trójcy panów, którzy znów sprawdzali tożsamość oraz wszystkie papierki i przepuszczali obywatela do maszyny. Maszyna była jedna, każdorazowo komisja musiała nacisnąć guzik żeby ją włączyć, czyli otworzyć urnę, po oddaniu głosu komisja stwierdzała głośno „głos oddany”, i delikwent musiał się już tylko podpisać na liście. Staliśmy tam chyba koło 20 minut, na oko przepustowość nie przekraczała 60 osób na godzinę. To ja już wolę tradycyjną metodę z kartką i długopisem, jakby kto mnie pytał. Za to wyniki były od razu, mało zaskakujące. W szoku jestem tylko z powodu frekwencji: 85%! Dla mnie absolutnie niewyobrażalne, biorąc pod uwagę, że pogoda była przepiękna, lokale wyborcze czynne tylko do 18, i w dodatku trzeba było ładne parę minut spędzić w kolejce, jak to opisałam.
Potem pojechaliśmy na rowerach do Paryża, robiąc liczne przystanki w mijanych knajpkach na uzupełnienie poziomu PŁYNÓW w organizmie, w związku z czym po pewnym czasie dostałam napadu chichotania i obawiam się, że jeździłam slalomem między autami po głównych paryskich ulicach, aczkolwiek pamiętam to mgliście. Za to bardzo boli mnie część ciała stykająca się bezpośrednio z siedzeniem krzesła.

Nie mam czasu

na notkę, gdyż od wczoraj siedzę tutaj (dzięki Shent). Cudowny masaż mózgu, mój się wczoraj od tego masowania trochę zagotował, a to dopiero początki.

Do eMa przyszła wczoraj instrukcja jak głosować w niedzielnych wyborach prezydenckich. Na liście jest 12 nazwisk, z czego 4 to kobiety, wszystkie mniej lub bardziej lewicowe. Najbardziej chyba mnie tutaj fascynuje skrajna lewica, która w Polsce nie występuje. Słuchając takich kandydatów mam wrażenie, że oni przybyli prosto z wieku XIX. Przeczytali Marksa i na tym się skończyło. Chyba w ogóle nie zauważyli, że czasy się nieco zmieniły, robotnik nie jest już uciemiężonym bytem, a pracodawca strasznym krwiopijcą. Natomiast przyznaję, że wolę już to podejście niż polski potworny bubel lustracyjny i wałkowanie na okrągło współpracy z organami.

Bo życie to… sami wiecie

Historia zaczyna się od dr S, już nieżyjącej lekarki z pracy mojej Mamy, wspominałam tu o niej kiedyś. Fantastyczna kobieta, rodowita warszawianka, w Powstaniu brała udział, i tak dalej. Miała bardzo kochanego męża i jedną córkę, która przeżyła chyba szczęśliwe dzieciństwo, a potem niestety dorosła i stała się panią Dabacką. Urodziła Dabackiemu dwoje dzieci, rówieśników mnie i mojej siostry, i wszystko byłoby fajnie, gdyby pan Dabacki nie okazał się kutasem złamanym. Usprawiedliwię nieczęste tutaj użycie tak nieeleganckiego określenia: parę lat później z rzeczoną córką Dabackiej porównywałyśmy wyczyny naszych tatusiów. Przebiła nas informacją, że jej zrobił kupę na wycieraczkę.

Dabacka rozwiodła się w końcu z tak uroczym małżonkiem, przyprawiło ją to o ciężką nerwicę, ale życie jakoś toczyło się dalej. Ukochana córka, mądra i ładna, poszła na studia. Po pierwszym roku wróciła prosto do Drewnicy, z ostrą psychozą maniakalno-depresyjną. Było tam dużo barwnych historii, z próbami samobójczymi, ucieczkami do sekty i słyszeniem głosów; takie rzeczy, które ładnie wyglądają na filmie, w prawdziwym życiu mocno znerwicowanej kobiety i jej syna licealisty zaś niekoniecznie. Dla drogiego tatusia to oczywiście była świetna okazja, żeby się jeszcze trochę odegrać na byłej żonie i nieszczęśliwą córkę przeciwko niej popodjudzać. O studiach nie było już mowy, dziewczyna do dziś nie pracuje, od czasu do czasu wraca do szpitala. Był jednak jeszcze syn, duma swej matki i babci, mądry i zdolny, z wielką pasją do weterynarii. Poszedł na wymarzone studia, poświęcił się potem ukochanej pracy. Nie było tak całkiem różowo, bo przez pewien czas nie utrzymywał kontaktu z matką i siostrą (naprawdę, trudno mu się dziwić), ale jakoś się wszystko ułożyło.

W ramach pogawędki wielkanocnej zapytałam siostrę
– A jak tam młody Dabacki? – dowiedziawszy się uprzednio, że u Dabackiej starszej i młodszej bez zmian.
– Ma padaczkę i podejrzenie tętniaka – beznamiętnie odparła moja siostra.

Na stacji benzynowej wszystko może się zdarzyć

Co się może stać, kiedy eM jedzie mnie odebrać z pracy i zatrzymuje się po drodze na stacji benzynowej celem zatankowania? Oczywiście: wybucha pompa paliwowa. Na szczęście nie ta, koło której akurat stał, i na szczęście nikogo oprócz niego tam nie było.
– No i co zrobiłeś? – dopytywałam się, myśląc że ja bym pewnie zemdlała lub ewentualnie uciekła z wrzaskiem, a potem zemdlała.
– Wypchnąłem stamtąd swój samochód – odparł eM logicznie. Ale potem się przyznał, że złapał gaśnicę i gasił pompę razem z pracownikami. Podobno wcześniej coś tam naprawiali i widać nie naprawili do końca, było zwarcie, które się tak malowniczo skończyło.

Hamlet

Przywiozłam sobie ostatnio z kraju rodzinnego „Hamleta” z Melem Gibsonem, mam bowiem koleżankę, której jakieś dwa lata temu rzekłam niedbale, że gdyby przypadkiem kiedyś jej się rzeczony film na dvd rzucił w oczy, to niech mi nabędzie. Po czym zupełnie o tym zapomniałam, a ona owszem pamiętała, nabyła i mi wręczyła. Bezcenna rzecz taka koleżanka. Jeśli kto nie widział tego starocia (mowa nadal o filmie, bynajmniej nie o koleżance), to polecam szczerze, zrealizowany jest bowiem bardzo starannie, i co najmniej scenę obłędu Ofelii w wykonaniu Heleny Bonham Carter obejrzeć się powinno; a także Gibsona mówiącego „słowa, słowa, słowa”.
W ogóle Hamlet od dawna jest jedną z moich ukochanych sztuk (a „Tren Fortynbrasa” Herberta jednym z moich najukochańszych wierszy), bo nie mogę zrozumieć, co Szekspirowi przyszło do głowy, żeby stworzyć tak przeraźliwie niezdecydowanego bohatera. Podejrzewam, że chodziło mu po głowie tylko „być albo nie być” i resztę sobie dorobił, żeby jakoś tę rozterkę uzasadnić. Oczywiście można tę postać interpretować na miliony sposobów, co krytycy z lubością czynią, ja jednak sobie zadaję pytanie, jakim cudem XVII-wieczna publiczność nie wygwizdała tego dramatu. Dlaczego opowieść o facecie, któy nie mógł podjąć żadnej decyzji (z wyjątkiem tej o posłaniu na śmierć Gildensterna i Rozenkranca, gdzie jakoś żadnych wątpliwości i wahań nie ma), przetrwała tyle stuleci i nadal ma się świetnie? W odpowiedzi na to pytanie kryje się jakaś głęboka ponadczasowa prawda o naturze człowieka.

Plotkarsko

Być może niektórzy czytelnicy pamiętają jeszcze wzmianki o paryskiej koleżance mojej, która pół roku temu znalazła tu pracę nie mając żadnego doświadczenia, dzięki spotkaniu na pierwszym interview niezwykle uprzejmego Francuza (no dobrze, tak naprawdę to pół-Hiszpan, tacy mili Francuzi nie występują w przyrodzie), który wyjaśnił jej co powinna mówić. Zabrała go z wdzięczności potem na kolację, prosząc mnie o zapewnienie alibi przed mężem. Otóż ma się ona bardzo dobrze, pracuje dzielnie i z entuzjazmem, mieszkanie wspólne z mężem zlikwidowali, mieszka teraz w dziupli 9 metrów kwadratowych na siódmym piętrze… i oczywiście spotyka się ze swoim dobroczyńcą. A nawet z maślanymi oczami twierdzi, że znalazła miłość życia. Życie jest jednak bardziej przewidywalne niż fabuła serialu. Nie zamierzam jej surowo oceniać, bo to skutek, nie przyczyna: drogi życiowe jej i męża rozeszły się już dawno temu, gdy on wyjechał na wieś 200 km od Paryża, zachęcając ją do przyjazdu i urodzenia mu gromadki dzieci, ona zaś stanowczo chciała mieszkać w stolicy i pracować zawodowo. Nie do pogodzenia. Powiedziałam tylko, że moim zdaniem powinna otwarcie pogadać z mężem – raczej nic już z ich związku nie będzie, więc niech on też ma szansę kogoś sobie znaleźć. Elementarna uczciwość, przynajmniej tak to z zewnątrz wygląda.

Z powodu upału w sobotę siedzieliśmy w bois de Boulogne, gdzie widziałam jedną kaczkę z jedenastoma maleńkimi puchatymi kaczuszkami (i w tym momencie WSZYSTKIE kobiety bez względu na wiek, narodowość i stopień feminizmu wydają z siebie piskliwe „iiiiiiiii!”). W niedzielę zaś włóczyliśmy się po Forêt de Fontainebleau, gdzie jest zupełnie jak w „Pikniku pod wiszącą skałą”, bo są malownicze skały i brzęczą przenikliwie dziwne owady kręcące się tłumnie koło dębów.