Pięknym być

Przy okazji wiadomego konkursu na miss porozmyślałam sobie o urodzie. Miałam w życiu jedną przepiękną koleżankę. Na miss by się wprawdzie nie nadawała, bo za niska (swoją drogą kompletnie tego nie rozumiem, czy kobiety mniejsze niż 175 nie mogą już być najpiękniejsze na świecie?), natomiast miała idealną figurę, rysy twarzy klasyczne (coś w stylu młodej Liz Taylor) i karnację lekko oliwkową. Piękna kobieta: nie było nikogo, kto miałby inne zdanie, choćby najbardziej zawistny. Przy tym nie ubierała się szczególnie efektownie, sympatyczna była, własną urodę traktowała bardzo naturalnie, więc nawet nie można jej było znielubić za charakter albo obśmiać ciuchy.

Pracowałam z nią. Na początku był to czynnik nieco dobijający, bo człowiek przywlekał się do pracy w szary poniedziałek rano, a tam widział rzeczoną Kaśkę (która nawet w poniedziałki rano była piękna, i w ostatnich miesiącach ciąży też, taki typ) i myślał, że on tak nigdy nie wyglądał i nie będzie wyglądał, i już mu się dokładnie wszystkiego odechciewało. Ale dość szybko przywykłam. Uroda spowszedniała, bo w końcu codziennie była taka sama. Potem pokazywałam zdjęcia z imprez firmowych osobom spoza, słyszałam „boże, jaka piękna dziewczyna” i obojętnie przytakiwałam. Każdy w końcu czymś się wyróżnia, ten jest fajny, tamta świetnie się ubiera, owamta ma warkocz do pasa, a Kaśka jest piękna, nic nadzwyczajnego.

Kaśka miała zwykłą pracę, całkiem przeciętnego męża, który był kierownikiem stoiska w jakimś Auchanie, potem urodziła dziecko. Nie miała żadnych specjalnych problemów, ale nie było też widać, żeby uroda coś jej szczególnie ułatwiała. Z racji wielkich niebieskich oczu i krótkich spódniczek wysoko w firmie zaszła zupełnie inna dziewczyna, też oczywiście niebrzydka, ale jednak nie tej klasy. A pewnie osób złych na Kaśkę w poniedziałek rano było więcej niż ja jedna, i to tylko z powodu, że siedzi i ładnie wygląda.

Z kolei mój osobisty szwagier urodę posiada zdecydowanie alternatywną, i do tego 168 cm wzrostu w kapeluszu. Nigdy jednak nie narzekał na brak powodzenia u kobiet ani sukcesów w pracy, ponieważ kiedy zaczyna gadać, natychmiast się zapomina o jego wyglądzie. To graniczy z magią. Tłumaczył mi kiedyś
– Bo widzisz, jak na negocjacje przychodzi taki 190, z kwadratową szczęką, i patrzy na mnie z góry, to ja muszę, po prostu MUSZĘ mu pokazać, kto tu jest lepszy – i najczęściej pokazuje.

Znali Państwo kiedyś jakąś miss?

Jestem pełna podziwu

dla amerykańskiej kandydatki do tytułu Miss Universe, która tak niesłychanie ślicznie się potknęła, wdzięcznie klapnęła na tyłeczek, natychmiast się poderwała z powrotem jak łania (gdyby łanie nosiły piętnastocentymetrowe obcasy) i ruszyła dalej, a profesjonalny uśmiech ani na chwilę nie opuścił jej nienagannie pięknej buzi. Przyznaję – zazdroszczę, że one nawet przewrócić się potrafią malowniczo i z klasą. Tym niemniej jestem pewna, że będzie to sobie sama wypominać do końca życia, z przekonaniem, że właśnie przez tę wywrotkę nie dostała tytułu. Francuska komentatorka nie przestawała powtarzać „na pewno płakała za kulisami, na pewno!”. Jeśli nawet płakała, to nie zademonstrowała publiczności ani śladu po łzach.

Notka o obiadku

Z racji bliskiej współpracy z Wietnamczykiem, na którego się zresztą już trochę żaliłam, chodzimy całą ekipą na obiady do wietnamskiej knajpki w pobliżu, nazwanej jakże oryginalnie Saigon Star. Po paru obiadach zrozumiałam przywiązanie reszty ludzi (w większości Francuzów) do tej kuchni: nie ma to absolutnie nic wspólnego z „kuciakiem” serwowanym przez Wietnamczyków w Polsce, a jedzenie jest po prostu genialne. Właścicielka na ogół przychodzi, informuje nas w języku mieszanym, jakie jest danie dnia, uśmiecha się przy tym i entuzjastycznie kiwa głową. My nic nie rozumiemy (nasz Wietnamczyk również nic nie rozumie albo nie chce nam powiedzieć), ale też się uśmiechamy i entuzjastycznie kiwamy głowami, po czym dostajemy talerze z kopiastymi porcjami czegoś, co nieodmiennie jest przepyszne. Parę dni temu na przykład zaserwowała nam naleśniki, żółciutkie i mięciutkie, w których były krewetki, jakieś mięsko, kiełki sojowe, jakieś coś jeszcze, a do tego wielki talerz z surowymi liśćmi sałaty oraz chyba mięty, pokrzywy i nie mam pojęcia czego. Nigdy w życiu niczego nie pożerałam z takim zapałem, razem z tymi surowymi liśćmi. Dosłownie uszy mi się trzęsły. Ślinię się na samo wspomnienie. Innym razem dostaliśmy obiad typu „zrób to sam”: były cieniutkie i przejrzyste naleśniki ryżowe, sałata i inne liście, makaron ryżowy, kulki mięsne, jakieś jeszcze inne tajemnicze dodatki oraz sos, wszystko to należało razem zwinąć i zajadać, przy czym radości było co niemiara. Był też ryż ugotowany chyba z pomidorami, sądząc po kolorze i smaku, który należało dodatkowo skropić cytryną, niesamowicie pyszne. Pojawia się zupa typu „jeden garnek: wielka misa rosołku z mnóstwem makaronu ryżowego (tak, należy jeść tę zupę pałeczkami), mięska rozmaitego, jakichś innych tajemnych rzeczy, liści, sałaty, orzeszków, wszystko doprawione egzotycznie i nie do opisania smakowicie. Czasem danie dnia bywa ostre, wtedy nasza kucharka uprzedza mnie „ça pique un peu”, bo już wie że nie przepadam, i daje mi coś innego, albo i to samo w wersji mniej pikantnej. Kto by pomyślał, że przyjadę do Francji, żeby odkryć kuchnię wietnamską…
Wczoraj Gérald stwierdził
– Nawet ładną pogodę mamy jak na listopad – i musiałam się z nim zgodzić. Dziś już jest znacznie lepiej, bo ma być aż 14 stopni, i nie leje. Telewizja o poranku oznajmiła natomiast ustami przerażonego komentatora, że grozi im sarkozyfikacja kraju, co wprawiło mnie w bardzo dobry nastrój od rana.

W kwestii Niebieskiego

Obejrzałam dodatki do filmu. Jest tam nieznośnie krótka rozmowa z samym Kieślowskim, który rzeczowo objaśnia, dlaczego przez 4,5 sekundy pokazuje jakąś debilną (jego określenie) kostkę cukru i co ona oznacza. I dlaczego spędzili pół dnia na szukaniu kostki, która nasiąkałaby wodą akurat 4,5 sekundy: bo inne nasiąkają przez aż 8 sekund, i tego widz by już nie wytrzymał. Ja głupsza jestem od tej kostki cukru, bo mnie dopiero teraz oświeciło, o co naprawdę mu chodziło, jaki to był perfekcjonista, i jaki miał niesłychany szacunek dla widza.
Potem jest rozmowa z producentem, który mówi, że Kieślowski miał materiału na filmy 2,5-godzinne i że skracał to do półtorej. W tym momencie ja się żachnęłam „COOO?!?”, rzuciłam się do pudełka od dvd… otóż Niebieski trwa istotnie półtorej godziny. 94 minuty. GDZIE w takim razie, ach GDZIE, oprócz mojej głowy, są te „potworne dłużyzny”, na które się użalałam? To oczywiście była moja podświadoma niezgoda na przeżywanie emocji razem z bohaterką. Na wszelki wypadek szczelnie się na nie zamknęłam i oglądałam tylko obrazy. Nic dziwnego, że za pierwszym razem ten film w ogóle do mnie nie trafił. Za drugim już było lepiej, ale nadal widziałam dłużyzny zamiast emocji. Prawdę mówiąc teraz boję się go jeszcze raz obejrzeć…
W zamian obejrzałam „Prestiż”, bardzo dobry. Szalenie mi się podoba konstrukcja, nielinearna, ale bardzo logiczna. Miałam tylko oczywiście wielki problem z rozróżnieniem głównych protagonistów, bo się złośliwie bez przerwy przebierali, ale ostatecznie wcale mi to nie przeszkadzało w przeżywaniu akcji.

Każdy medal ma dwie strony

Opowiadam na gg, że wieczorem niestety mam konferencję na Ch. Elysées, żeby usłyszeć „z ciebie to światowa kobieta”, i różne takie wyrazy zazdrości. Ja zaś doskonale wiem, że to wcale nie jest żadna atrakcja: najpierw trzeba w godzinach szczytu dojechać w samo centrum miasta i przedrzeć się w upale przez gęsty tłum. Potem odczekać godzinę, bo nadal jestem po polsku głupio punktualna, a Francuzi najpierw się spóźniają, następnie zaś czekają jeszcze dwa kwadranse na ewentualnych innych spóźnialskich, zgoła nie szanując tych, którzy się postarali i przyszli na wyznaczoną godzinę. W trakcie gadka-szmatka
– A w Warszawie to jest taki kwadratowy pałac sowiecki, a obok nowoczesne budowle – mówi jeden pan z namysłem, i już mam się jak zwykle tłumaczyć i przepraszać za brak planu architektonicznego w naszej stolicy, gdy pan dorzuca z podziwem
– To takie fascynujące! Widać całą historię i cały obecny dynamizm!
I nagle przychodzi mi do głowy, że przecież on ma rację, dlaczego mam właściwie z typowo polskim poczuciem winy nieustannie przepraszać. W przyszłości będę mówić z dumnie uniesioną głową, że po Warszawie od razu widać ten niesłychany dynamiczny rozwój ostatnich lat, kreatywność i otwartość na wszelkie nowe idee, nie to co jakiś zapyziały Paryż, gdzie ostatnie nowe idee wprowadził Haussmann w XIX wieku.
Potem w końcu zaczyna się nasiadówka zasadnicza, a po niej obowiązkowy koktajl. Dają szampana, człowiek stoi przestępując z jednej nogi na drugą, stopy go bolą coraz bardziej (zaczynam być w desperacji na temat obuwia: albo producenci robią je coraz bardziej niewygodne, albo moje stopy reagują coraz gorzej), gada o niczym, i przygląda się ludziom zastanawiając się, po co oni tu właściwie są i dlaczego udają dobry nastrój. Wszyscy z pewnością woleliby być gdzie indziej. Kobiety są w tym miejscu dwie: jedna to ja, druga to Libanka. Ponuro sobie myślę, że Francuzki z całą pewnością mają lepsze pomysły na spędzanie wieczoru niż takie głupie nasiadówki…

Teksty głupie oraz teksty miłe

Dobraliśmy się jak w korcu maku, jeśli o durne teksty chodzi. Swoje osiągnięcia już tu prezentowałam, eM natomiast wczoraj ni z gruszki ni z pietruszki, w środku miłej rodzinnej rozmowy, wyskoczył z czymś takim
– A najbardziej to bym się zdenerwował, gdybyś ty była w ciąży, a mnie by lekarz oznajmił, że zostały mi 24 godziny…
Ręce i szczęka mi opadły, ponieważ po pierwsze skąd taki pomysł, chłopak młody jeszcze i na brak zdrowia i sił witalnych się – odpukać – nie uskarża, po drugie lekarze na ogół aż z taką precyzją nie przewidują końca życia, po trzecie czemu niby 24 godziny, a nie dwa dni albo tydzień, po czwarte…
– A jakbym NIE była w ciąży, to co, już byś się WCALE nie zmartwił, tak? – wysyczałam, porzucając wszelką logikę – Znaczy nie zależy ci na MNIE w ogóle, tylko na jakichś tam ewentualnych dzieciach?! Znaczy wcale mnie NIE KOCHASZ!!
Salwował się ucieczką do kuchni. Ma za swoje, nie będzie głupot wymyślał.

Kolega z byłej mojej firmy polskiej wczoraj wyznał mi natomiast: „zawsze mi się wydaje, że jak wejdę do innego pokoju, to tam będziesz”. Minęło właśnie 14 miesięcy, od kiedy mnie tam nie ma, więc trochę się wzruszyłam, że aż tak zapadam ludziom w pamięć.

Notka toaletowa, miejscami lekko obrzydliwa

To jest piąta firma, w której dane mi było pracować we Francji w ciągu roku. Nie da się nie zauważyć, że we wszystkich toaletach tych firm wisiały karteczki mniej lub bardziej kwiecistym stylem proszące o zachowanie czystości. W jednej nie było, co mnie najpierw mile zaskoczyło, bo pomyślałam, że tam chyba pracują jacyś porządni ludzie. Niestety przez tydzień dwa razy natknęłam się tam na niespuszczoną wodę, po tej konkretniejszej potrzebie fizjologicznej. Po tygodniu karteczka się pojawiła.