Przemowy do sił wyższych

Droga Matko Naturo, bardzo Ci jestem wdzięczna, że obdarzając mnie mym cielskiem nie dałaś mi jednocześnie kobiecego zamiłowania do strojów. Ale trochę chyba jednak przesadziłaś w drugą stronę, a ja się niestety muszę w coś ubierać. Stropiłam się trochę, kiedy okazało się, że moje odkładanie zakupów odzieżowych do czasu soldów było w istocie tylko odkładaniem, i że sklepy kuszące wyprzedażami mnie wcale nie kuszą, a nawet wprost przeciwnie.

Szanowny boże Los, czy zechciałbyś niezwłocznie umieścić na mojej drodze jedną parę wygodnych czarnych pantofli na średnim obcasie, jedną parę wygodnych sandałów, które nie obetrą mnie w więcej niż jednym miejscu, oraz kilka wygodnych ubiorów w stonowanej kolorystyce i moim rozmiarze? Najlepiej umieść to wszystko na stosiku w wejściu pierwszego sklepu, do którego się udam, tak żebym się o to potknęła. Bardzo dziękuję i obiecuję nadal być Twą gorliwą wyznawczynią.

Biały

Nadal kocham ten film najbardziej na świecie. Za scenę, w której Zamachowski z Gajosem tarzają się razem po śniegu, i za tę przedtem, która jest najlepszym kawałkiem kina w historii. Za tę potworną destrukcyjną siłę, która emanuje z Karola i Dominique, i ja wiem, że to tylko film, ale ta siła jest prawdziwa. Za Stuhra mówiącego „dać?”. Za przesłanie, że z równością może jednak nie chodzi o to, żeby zniszczyć wszystko wokół siebie, a potem przyjedzie walec i wyrówna. Nie ma tu takich ślicznych wysmakowanych ujęć jak w „Niebieskim”, a fabuła jest naciągnięta przeraźliwie, ale i tak kocham ten film.

Nadmiar cywilizacji

Światło oraz woda na fotokomórkę w firmowej toalecie to dość praktyczny wynalazek i na pewno sprzyja oszczędności, ale strasznie rozleniwia. Potem człowiek wychodzi z własnej łazienki nie zakręcając wody i nie gasząc światła…

U dentysty

– Co pani dolega?
– Na szczęście nic, to tylko kontrola, bo już 9 miesięcy nie byłam u dentysty – wstydliwie wyznała pacjentka.
– 9 miesięcy to wcale nie tak dużo… – stwierdziła nieco zdziwiona dentystka, myśląc jednocześnie „Polska – co to za kraj? Ta Polska to musi być jakiś raj dla dentystów”. Po chwili rozległo się
– Ależ pani ma bardzo ładne zęby! Bardzo zadbane! Nawet kamienia nie ma!
– Mmmm, mmmm – zgodziła się pacjentka, co miało znaczyć „no właśnie dlatego, że zazwyczaj chodzę do dentysty ze dwa razy w roku!”.
– Do widzenia – dentystka przegoniła wkrótce swoją niedoszłą pacjentkę z fotela, zainkasowała należność za badanie, i zadumała się „Polska, Polska… może by sprawdzić na mapie gdzie to właściwie jest…”

Lekarskie pomysły

W weekend z Polski przyjechała „Prawda” i tyle mam do powiedzenia na temat weekendu. Przesadzam oczywiście, dawkuję sobie, żeby na dłużej starczyło. Prowadziłam również życie towarzyskie, odwiedzając między innymi kolejnego lekarza (to taka moja specyficzna wizja życia towarzyskiego). Już trochę przywykłam do zasady „u lekarza płaci pacjent, a potem wysyła rozmaitych papierków stos w różne miejsca i ewentualnie po jakimś czasie mu zwracają za wizytę” (państwowe ubezpieczenie, securité sociale, zwraca część, a resztę dodatkowe kasy chorych, do których można się zapisać własnoręcznie, ewentualnie zapisuje firma). Jest to bardzo wygodne z punktu widzenia lekarza, ma zapłacone od razu i niczym się nie przejmuje. A gdyby pacjent opuścił ten padół między wizytą a wysłaniem papierków, jest to czysty zysk dla kasy chorych. Natomiast tym razem całkowicie mnie zaskoczyła metoda wykonania badania: próbkę lekarz włożył do koperty, kazał umieścić w niej również czek oraz kopertę zwrotną i wysłać całość do laboratorium. Szczęka mi opadła. Oni mają jednak nadmierne zaufanie do poczty. A może to mnie go brakuje…

Muzykować każdy może

Wczoraj było Święto Muzyki, o czym przypomniała mi mailowo Kaja, która właśnie znów na chwilę wylądowała w Paryżu. Natychmiast oznajmiłam entuzjastycznie „to ja idę z tobą” i poszłyśmy w miasto. Wystartowałyśmy za wcześnie, bo jeszcze nic się nie działo i dopiero na placu Vendôme była pierwsza grupa muzyczna, skromnie wciśnięta w kąt pod Pałacem Sprawiedliwości, skąd zaraz wyszła ministra. Dobra, ja oczywiście bym się nigdy nie zorientowała, że to właśnie ona, ale Kaja była szczęśliwie obok. Wcześniej ta bardzo miła dziewczyna nie omieszkała uraczyć mnie zdjęciem zamieszczonym w którejś gazetce francuskiej, a przedstawiającym naszego drogiego prezydenta, który wyglądał jak bardzo niezadowolony ziemniak. Poza tym, jeśli się nie mylę, podpisali go Jarosław. Cóż, sam się o to prosił. Wracając do spraw sympatyczniejszych, Święto Muzyki wkrótce zaczęło wyglądać następująco: na każdym skrawku ulicy stali jacyś i śpiewali lub grali, nierzadko zagłuszając siebie wzajemnie. Wśród tego wszystkiego przechadzało się 12 milionów ludzi. Reprezentowane były wszystkie gatunki muzyczne, widzieliśmy na przykład bardzo kolorowo odzianą grupę z Boliwii, z fascynującymi ostrogami na butach. Oraz jakieś 15 tysięcy rozmaitych chórków i chóreczków. Przy pierwszym, na schodach kościelnych, Kaja rzekła „to chyba Bajka w takim czymś śpiewa”, na co ja odparłam „tak, ale ona to robi lepiej…”. Dotarliśmy w ten sposób na piechotę do Bastylii, gdzie ja odpadłam, gdyż nie znoszę tłumów, a poza tym jestem już stara i zmęczona. A dziś od tej całej muzyki boli mnie prawa kostka.

Harry Potter i złote jaja

Nie powinnam się do tego pewnie przyznawać, ale odliczam czas do siódmego tomu Harry’ego Pottera. Jeszcze miesiąc. Strasznie go tym razem muszą pilnować, bo żadnych przecieków co do treści nie ma, jak to miało miejsce poprzednio. Wyobrażam sobie, że ci co mają kontakt z drukiem, muszą być obiektem licznych i niedwuznacznych prób przekupstwa. Najchętniej w ogóle przeczytałabym parostronicowe streszczenie ostatniego tomu, gdyby takie sie ukazało jednocześnie z pełną wersją, bo wcale nie chce mi się brnąć przez kolejne zamotane pomysły pani Rowling; natomiast strasznie jestem ciekawa, jak ona to wszystko zakończy. Z jednej strony na pewno najchętniej by uśmierciła swego bohatera, którego musi mieć już po dziurki w nosie, z drugiej strony jednak nie zabija się kury znoszącej złote jaja. Autorka jest młoda (42 raptem), ma trójkę dzieci, i na pewno liczy się z tym, że za parę lat będzie chciała lekko łatwo i przyjemnie zarobić jeszcze parę groszy. Z trzeciej strony zawsze będzie mogła napisać jakiś prequel dotyczący młodych lat rodziców Pottera. Albo i siedem prequeli, po jednym na każdy ich rok w Hogwarcie. Zasadniczo byłam prawie pewna, że uśmierci młodego czarodzieja bezpardonowo, wczoraj jednak przyszło mi nagle do głowy, że może jednak będzie happy end, typu zabili Voldemorta i odeszli w stronę zachodzącego słońca trzymając się za ręce, and they lived happily ever after. Właściwie dlaczego by nie? Jest to myśl przerażająca. Osobiście najchętniej zobaczyłabym jakiegoś porządnego twista w rodzaju Harry przechodzi w końcu na ciemną stronę mocy, ale o tym nie ma mowy, w końcu to miła powiastka dydaktyczna dla dzieci. Cóż, muszę jeszcze miesiąc wytrzymać ze swoją ciekawością.

Milionerzy

W „Milionerach” dwa dni temu padło pytanie, który kraj ma największą długość. Do wyboru były Portugalia, Dania, Norwegia, oraz – na pewno Włochy, mruknęłam pod nosem, otóż nie – Polska. Uradowałam się, że to specjalnie mnie uhonorowali, ale zaraz przestałam się radować, bo grająca pani (zupełnie zresztą sensowna, dotarła bodaj do 100 tys euro, a potem nie wiem) oświadczyła radośnie, że obstawiałaby Norwegię, ale nie może, ponieważ zupełnie nie wie jak wygląda Polska… Ja się nie domagam żeby wszyscy znali charakterystyczny dla nas kształt z Helem na północy, ale wydawało mi się, że mgliste pojęcie w kwestii rozmiarów i kształtów krajów w Europie powinien mieć każdy jej mieszkaniec. Z drugiej strony to w sumie miło, że wyobrażała sobie Polskę jako być może dłuższą od Norwegii. Ostatecznie zresztą wybrała prawidłowo, po użyciu 50/50.
Wczoraj natomiast w tymże programie zapytano pana, której rośliny korzenia się nie jada, dając mu wybrać między rzepą, burakiem, ciecierzycą i czymś mi nieznanym, czego nie pamiętam. Pan miał spore wątpliwości. Wykorzystał 50/50, została mu ciecierzyca z burakiem, i nadal nie wiedział.

Boję się spać

W niedzielę śniło mi się, że dostałam od kolegi całkiem wypasiony jacht morski, z prysznicem oraz kingstonem umieszczonym na dziwnym podwyższeniu, jak tron. Miałam duże wątpliwości czy powinnam przyjmować taki prezent, ale on bardzo nalegał, więc ostatecznie się zgodziłam. Wczoraj śniło mi się, że dostałam w spadku po babci (obie nie żyją, jedna od ponad 20, druga od 45 lat) dom, w którym aktualnie zamieszkuje moja rodzina. Spadek opatrzony był warunkiem, że mam im pozwolić tam nadal sobie mieszkać. Trochę się obraziłam za bycie posądzoną, że mogłabym ich wyrzucić, posiadanie domu jednak mnie dość ucieszyło. Dziś dla równowagi nikt mnie niczym nie obdarował we śnie, jechałam natomiast RERem, który podobny był raczej do kolejki górskiej i zjeżdżał miejscami pionowo w dół, co powodowało straszne piski licznych turystów. Przez okno zobaczyłam nastolatka powieszonego na drzewie pod własnym domem i zaczęłam się zastanawiać, kogo mam o tym zawiadomić, co mnie tak zaabsorbowało, że się obudziłam, w lekkim szoku. Ja chyba już nie będę spać…

Tajemnicza dematerializacja

W sobotę byliśmy świadkami natychmiastowej i dość tajemniczej dematerializacji. Uległo jej pudełko płatków śniadaniowych All-Bran ważące pół kilo, rozmiarów takich, by nie dało się przez pomyłkę włożyć na przykład do kieszeni. W sklepie jeszcze było, w domu przy wypakowywaniu zakupów już znikło, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu ani choćby listu pożegnalnego.
– Zapomniałaś je po prostu włożyć do koszyka – oskarżył mnie bezpodstawnie eM. Wyciągnęłam z kieszeni paragon, z którego wynikło niezbicie, że płatki śniadaniowe przeszły przez kasę.
– Musieliśmy ich zapomnieć przy kasie… – spuścił z tonu eM w obliczu faktów. Nie umiał mi wyjaśnić jakim cudem mogliśmy oboje przeoczyć pudełko dość słusznych w końcu rozmiarów. Moja teoria, że pudełko WYPADŁO gdzieś po drodze między sklepem a samochodem, też jednak nie trzymała się kupy. Jedynym rozsądnym wyjaśnieniem jest nagła samorzutna dematerializacja i tego zamierzam się trzymać.

Jeśli kiedyś w Polsce naprawdę będą chcieli zabronić handlu w niedziele, to radzę żywo i czynnie protestować. To już nie jest kwestia braku czasu na zakupy w innym dniu, bo z tą sobie można poradzić. Natomiast problem polega na tym, że wtedy w sobotę zakupy robią wszyscy. Na oko w sklepie było jakieś 10 mln ludzi oraz ich potomstwo. Tego nie da się przeżyć i pozostać przy zdrowych zmysłach. A w dodatku całe to poświęcenie nie zdało się na nic, bo nadal nie mam pożywienia śniadaniowego.