Czerwony

Niektórzy się uśmieją, kiedy przeczytają, że od wczoraj jestem fanką „Czerwonego” i gdybym została zmuszona do wskazania najulubieńszego filmu z tryptyku (oraz być może w ogóle), to właśnie jednak ten. Cieszy mnie to, bo dowodzi, że się trochę zmieniam. Wszystkie trzy filmy opowiadają o relacjach międzyludzkich, ale ten jest najbardziej optymistyczny, chociaż z początku zupełnie na taki nie wygląda. Zachwyca mnie nieodmiennie niewiarygodny talent Kieślowskiego do budowania historii obrazem. On jak nikt chyba inny pokazuje, że kino może być Sztuką. Zamiast opłakiwać Bergmana opłakiwałam więc wczoraj Kieślowskiego, choć prawdę mówiąc nie wiem czy udałoby mu się jeszcze kiedyś nakręcić coś lepszego niż tryptyk. Czy to w ogóle byłoby możliwe.
A poza tym dzięki Mig znalazłam w końcu religię dla siebie.

Znów o Harrym

„Zakon Feniksa” bardzo dobry i już. Wiem, ja mam specyficzne wymagania względem filmów (i nie tylko), ale wyszłam z kina i kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem. Mimowolnie szukałam na tle Księżyca w pełni lecących na miotłach sylwetek, a za każdym rogiem spodziewałam się zobaczyć Fiennesa bez nosa. Niczego więcej od kina nie potrzebuję. Zdjęcia piękne, udało im się przekazać tyle fabuły, ile niezbędne, po namyśle mogłabym się czepiać paru szczegółów, ale mi się nie chce. Jakoś nie przychodzi mi do głowy żaden inny film, który przy piątej części jest nadal świetny w swoim rodzaju.
Do 29 numeru Polityki (z 21 lipca) dołączony był świetny „Pomocnik psychologiczny„. Jeśli mają Państwo możliwość zaopatrzenia się w egzemplarz, gorąco polecam. Za 3 zł można nabyć cyfrową wersję tygodnika, ale nie mam pewności, czy dodatek jest również dołączany.

Gdybym wam powiedziała

Zawsze chciałam, żeby ludzie obdarowywali mnie książkami, a oni uparcie nie. Wyobrażam sobie, że moja rodzina prowadziła między sobą następujące dialogi
– A co kupimy ds tym razem w prezencie?
– A może… ksiażkę?
– Eee, książkę? Już jedną jej kupiliśmy, jak miała 3 latka, i zaraz ją podarła. Kupmy jej coś trwalszego, na przykład srebrną cukiernicę, na pewno się ucieszy bardziej niż z jakiejś tam kupki papieru!
A kiedy w końcu moje marzenie się znienacka spełniło i blogowa koleżanka moja Goga oznajmiła, że chce mnie obdarować książką, to jednocześnie okropnie się zakłopotałam, strasznie ucieszyłam oraz bardzo przestraszyłam. Bo co, gdyby mi się ta książka nie spodobała? Napisałabym ot tak beztrosko „dziękuję za książkę, jest beznadziejna”? Albo „hmmm, wiesz, w zasadzie to oczywiście tak, przeczytałam i muszę powiedzieć że… oj sorry, żelazko zostawiłam, muszę lecieć!”.
Na szczęście nie ma takiej konieczności. Judy Budnitz zadebiutowała w 99 powieścią „Gdybym ci kiedyś powiedziała”, która dość mocno kojarzy się z sagą Eriki Jong „Pamięć dopisze„. I tam i tu narratorkami są cztery kobiety, przedstawicielki kolejnych pokoleń, najstarsza z nich na początku wieku emigruje do Ameryki, kolejne opowiadają o swoich czasach i poszukiwaniu korzeni. Narracja Jong była konkretnie osadzona w czasie i miejscu, jej bohaterki to intelektualistki. Budnitz zaczyna zupełnie inaczej, niemal baśniowo. Pierwsza narratorka pochodzi z jakiejś wioseczki w głębokich lasach, nigdzie nawet nie pada jej nazwa. Jej brat był jakimś półmitycznym stworzeniem – a może tylko w jej wspomnieniach taki został? Nie dziwi się niczemu, przyjmuje otaczający świat niemal jak dziecko. Dopiero w połowie książki orientujemy się, o jakich czasach i o jakim kraju mowa. Narracja jej córki, wnuczki i prawnuczki nie ma już w sobie niestety tej magicznej mocy. Córka oczywiście wstydzi się matki, za wszelką cenę chce być Amerykanką jak jej blond koleżanki. Wnuczka na podstawie kilku starych pamiątek wysnuje wniosek, że babka była księżniczką, a opowieść o rodzinnej wsi to tylko złośliwe kłamstwo. Dopiero najmłodsza z rodu naprawdę zrozumie swoją prababkę.
Mężczyźni w tej powieści – ojcowie, bracia, mężowie, kochankowie – pojawiają się tylko przelotnie. Szybko umierają, giną, odchodzą, są porzucani. To kobiety trwają, a wraz z nimi pamięć i ciągłość historii. Bardzo ciekawy debiut powieściowy dwudziestosześciolatki, pełen zaskakująco świeżych opowiastek; choć pod koniec forma jej wyraźnie spada, a poza tym za złe jej mam, że bezczelnie ukradła Cortazarowi sweter-dusiciela.

Idealny sposób na doła

Przypadkowo odkryłam doskonały sposób na doła. Należy się mianowicie zaopatrzyć w butelkę wina (zamiennie innego napoju z zawartością alkoholu) i film polski „Dlaczego nie”. Gwarantuję, że po godzinie oglądania albo się smacznie zaśnie, albo umrze ze śmiechu, albo wyskoczy oknem z rozpaczy. O dole w każdym razie nie będzie już mowy. Na obejrzenie tego arcydzieła polskiej sztuki filmowej namówiła mnie jakiś czas temu moja koleżanka polska, a ja się nieopatrznie zgodziłam, bo wydawało mi się, że gorąco pragnę ujrzeć jakikolwiek film po polsku z Warszawą i polskimi aktorami. Już mi się otóż nie wydaje. Nie wiem, jak można było Coś Takiego nakręcić. Na ogół jestem bardzo wyrozumiała i wyznaję zasadę „de gustibus”, ale w tym przypadku uprzedzam: jeśli ktoś przyzna, że to dzieło mu się podobało, niech nie liczy na moje pobłażanie.

Znów przegapiłam

Ten blog od 10 dni ma 5 lat. Pięć lat. Nie umiem skomentować, gdyż odczuwam wyłącznie przerażenie. Jak to się mogło stać? Jeśli tu jest pięć lat mojego życia, to gdzie właściwie są pozostałe? (Oraz gdzie są niegdysiejsze śniegi?) A jeśli nie ma tu pięciu lat mego życia, to po co ja to piszę? I co dalej? Popisać jeszcze pięć lat, żeby razem było okrągłe dziesięć, czy lepiej natychmiast dać sobie spokój?

Trzy grosze w kwestii wiadomego autokaru

Warto odnotować, że trzech francuskich kolegów mnie z troską wczoraj rano zapytało, czy przypadkiem nikt z moich bliskich nie ucierpiał w wypadku. Miło. Wolałabym jednak o Polakach słyszeć we francuskiej tv w innym kontekście, niż miało to miejsce wczoraj od rana. Tym niemniej uśmiechnęłam się pod nosem (mimo żałoby narodowej) słysząc parokrotnie „Czeczin” w wykonaniu spikera francuskiego.
Jak zwykle żabojadzi nie nadążają za tendencjami światowymi, a wystarczyło przecież spytać: polscy wspaniali inżynierowie wyjaśniliby im uprzejmie, że w celu zwiększenia bezpieczeństwa należało zwęzić drogę.

Harry Potter i definitywny koniec

Nie wiem czy zacząć od tego, że książka jest bardzo dobra, czy że zakończenie oszałamiająco beznadziejne. Powiedzieć że mnie rozczarowało, to zdecydowanie za mało: ono mnie znokautowało. Przez chwilę nawet podejrzewałam, że dostał mi się lewy egzemplarz, przecież tego nie mogła napisać Rowling. Kompletnie nie doceniłam tego, jak bardzo chciała się już na amen pozbyć swego bohatera. Jedno jest pewne, nikt już nigdy nie będzie się od niej domagał ósmego, dziewiątego ani osiemnastego tomu. Poza ostatnimi stronami książka jest naprawdę świetna. Poprzednie tomy cierpiały jednak na syndrom środka trylogii, gdzie trzeba mnożyć emocje i zagadki nie dając wyjaśnień; tutaj mogła się już naprawdę epicko rozpędzić. W dużej części klimatem przypomina podróż Froda i Sama przez Mordor, tylko jest jednak znacznie dowcipniejsza. Muszę też zauważyć, że jeśli Kościół będzie nadal protestował przeciwko cyklowi, to się ośmieszy oraz udowodni, że nikt tej książki nie czytał. Mam niejasne wrażenie, że Rowlingowej strasznie przeszkadzały krytyki z tamtej strony, i postanowiła zademonstrować, że w niczym nie jest gorsza od Tolkiena.