Teraz to mi szczęka opadła

Przypadkiem przy lunchu się dowiedziałam, że mój kolega Malgasz ma cztery żony. Jedna jest tutaj we Francji (poślubiona legalnie według francuskiego prawa), a trzy pozostałe na Madagaskarze. Facet ma 31 lat i sześcioro dzieci (na razie przynajmniej). Ale to naprawdę nic w porównaniu z jego ojcem, który miał 45 dzieci z sześcioma żonami.

Książka kupiona na lotnisku

Najnowsza Nothomb („Ni d’Eve ni d’Adam”) wspaniała. Zupełnie do siebie niepodobna, ciepła i czarująca. To spojrzenie na Japonię od innej strony niż w „Z pokorą i uniżeniem”, choć dzieje się prawie w tym samym czasie. Nigdy bym nie przypuściła, że jakaś jej książka aż tak mi się spodoba.

Cztery pytania retoryczne i ogłoszenie

Czy mój facet, zapomniawszy wczoraj zabrać obu telefonów (po co człowiekowi dwa telefony, skoro zapomina ich obu naraz, ja pytam?), pojechał po pracy natychmiast do domu, żeby uspokoić swoją zatroskaną kobietę? Czy też może jadąc z pracy wstąpił sobie spokojnie tam, siam i owam, ponieważ było po drodze, i objawił mi się telefonicznie po 3 godzinach, w czasie których zdążyłam już we własnej głowie dokonać siedmiu identyfikacji jego zmasakrowanych zwłok, szlochać na pięciu pogrzebach i przeprowadzić dwanaście nieprzyjemnych rozmów z policją? Czy objawiwszy się już telefonicznie wykazał skruchę i zrozumienie, czy też prawdziwie po męsku radośnie oznajmił „ale przecież nic się nie stało”?

Miłą lesbijkę pilnie poznam. Cel matrymonialny. Tylko poważne oferty.

Jak zostałam fanką serialu

Przepadam ostatnio za wtorkami, ponieważ wieczorem na tv5 dają serial (coś nowego na tym blogu). Serial jest odpowiednikiem tego co w Polsce znane było (czy nadal jest) jako „Kasia i Tomek”, a dowcip polega na tym, że jest to serial kanadyjski. Uwielbiam ten akcent do tego stopnia, że mogliby mówić cokolwiek, a ja i tak zwijałabym się z uciechy pomieszanej z zachwytem. Prawdę mówiąc całkiem poważnie rozważam przeprowadzkę kiedyś do Kanady tylko po to żeby mieć wokół siebie tak uroczo mówiących ludzi. eM już przywykł do tego, że we wtorki nie da się mnie oderwać od telewizora, aczkolwiek nie jestem pewna, czy wierzy w moją fascynację wyłącznie akcentem…

A poza tym w Dublinie

miałam okazję podziwiać dziewczynki czternastoletnie wracające o pierwszej w nocy z dyskoteki na bosaka. Kiedy mi o tym opowiadali, nie całkiem uwierzyłam, po czym na własne szeroko otwarte oczy ujrzałam liczne zastępy młodziutkich, szczuplutkich, długowłosych, malowniczo rozebranych panienek depczących swymi bosymi stópkami dublińskie chodniki, ze szpileczkami w dłoniach. Niektóre miały więcej szczęścia, gdyż odbierane były spod dyskoteki przez troskliwe mamusie, którym najwyraźniej nie przeszkadzał ani intrygujący strój ani intensywny makijaż nieletniej pociechy.

Podobno dziewczątka te znalazły sobie wesołą zabawę, mianowicie (osoby łatwo ulegające obrzydzeniu czytają dalej na własną odpowiedzialność) idą z chłopakiem za budynek, zaspokajają go oralnie, następnie z produktem owego zaspokojenia w buzi wracają na dyskotekę, gdzie całują się namiętnie z innym chłopakiem, przekazując mu wiadomą substancję w charakterze niespodzianki. Mam nadzieję, że to opowieść zmyślona bezpodstawnie.
– Aż się odechciewa mieć dzieci – westchnęła moja koleżanka, a ja przytaknęłam.

Jak szaleć, to w Dublinie

W piątek przylazłszy do pracy zaczęłam się na gg standardowo użalać koleżance, że taka jestem zmęczona, nie mam urlopu i w ogóle. Koleżanka rzekła coś w stylu „to przyjedź do mnie na weekend”. Zaczęłam machinalnie odpowiadać, że bardzo bym chciała, ale nie mogę, po czym nagle olśniło mnie, że otóż właśnie MOGĘ. Nie mam żadnych zobowiązań, nic nie muszę – kiedyś być może będę mogła sobie tylko pomarzyć o takim luksusie i w brodę sobie będę pluła, że nie korzystałam kiedy MOGŁAM.
– Ale jesteś pewna tego, co mówisz, bo ja naprawdę przyjadę? – upewniłam się asekurancko. W południe przy pomocy trzech kliknięć nabyłam bilet przez net i wieczorem wylądowałam w Dublinie, myśląc, że to chyba najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiłam w życiu.

Dublin fajny i zaskakująco swojski, a wrażenie swojskości zdecydowanie się pogłębia, kiedy – jako nieszczęsny wygnaniec z barbarzyńskiego kraju żabojadów – odkrywamy w lokalnym Tesco kilka regałów z polskimi kabanosami, kiełbasą, masłem osełkowym, Kubusiami, sokami, pasztetami, chlebem i nie wiem czym jeszcze. Gdyby tego nie wystarczyło, kasjerka mówi po polsku, jak również cała chyba obsługa lotniska. Udało mi się jednak zjeść podobno typowe frytki z octem, zamoczyć nogę w morzu, zobaczyć Festival of World Cultures w Dun Laoghaire (oraz nauczyć się wymawiać tę nazwę), wypić Irish coffee, wypić Guinnessa, skorzystać z wyprzedaży, które są zdecydowanie fajniejsze niż przereklamowane paryskie (dość stwierdzić, że nabyłam sobie na przykład spodnie za 3 €, i co z tego, że czerwone…). Musiałam pożyczyć od koleżanki walizkę, aby w ogóle móc jakoś wrócić. W drodze powrotnej stwierdziłam, że warto było wydać kasę na lot oraz pomęczyć się na lotnisku (podejrzewam, że piekło jest lotniskiem) choćby po to, żeby przelecieć potem nad morzem: w dole niebiesko, w górze niebiesko, zupełny surrealizm. A wcześniej widziałam cień naszego samolotu na białej warstwie chmur, okolony tęczowo. I dziury w chmurach, przez które znienacka było widać zielony i brązowy ląd w dole.