Ojczyzno, nadchodzę

To był najdłuższy tydzień bieżącego tysiąclecia. Dziś jeszcze chwilę się pomęczę w pracy, a potem jadę do Polski. Po niemal półrocznej nieobecności – strasznie dziwne uczucie. Gwoździem programu będzie oczywiście poznanie pewnej panny ważącej obecnie niemal 6 kg i mierzącej 60 cm. Gdybym jeszcze nie miała ogniska rozpalonego w gardle oraz kataru usiłującego mnie podstępnie udusić, świat wyglądałby całkiem powabnie, ale co tam, nie takie rzeczy już przeżyłam. Życzę Państwu przyjemnego odpoczynku ode mnie.

Banan bananowi nierówny

Od czasu do czasu eM robi mi przysmak, płonące banany mianowicie. Banany podsmaża się na patelni, podlewa Grand Marnier, podpala opary alkoholu (ja w tym momencie piszczę), a kiedy zgaśnie, spożywa z mlaskaniem parząc się w język. Pierwszy raz zrobił mi taką niespodziankę ni stąd ni zowąd po jakimś roku wspólnego mieszkania.
– Ty, ale dlaczego nie zrobiłeś mi takiego fajnego wcześniej? – usiłowałam się wtedy dowiedzieć.
– Ale kiedy wcześniej? – przejął się eM.
– Bo ja wiem… na pierwszej randce na przykład – zasugerowałam, choć było już zdecydowanie za późno.
– Nie wiem – odparł eM bardzo szczerze.
W każdym razie to całkiem miło odkryć takie zaskakujące umiejętności u swojego partnera po roku wspólnego pożycia. Poza tym przynajmniej wiem, że nie robił tego z automatu każdej przyprowadzanej do siebie dziewczynie…

A teraz coś z beczki mniej romantycznej, a bardziej technologicznej: robi wrażenie.

Kulobus

Dawno dawno temu, kiedy jeszcze byłam w podstawówce, i to nie w najstarszych klasach, kazali nam kiedyś na plastyce narysować świat za sto lat, czy coś równie oryginalnego. Wyraźnie już wtedy żywo zajmowały mnie kwestie transportu ludzi, narysowałam bowiem przystanek kulobusu – taką zawieszoną w powietrzu platformę, z której wsiadało się do kulistego pojazdu przemieszczającego się nad miastem po specjalnych niciach. Wieki później zaglądam do netu, i co widzę? Mój kulobus, czyli projekt kolejki powietrznej w Opolu. Co prawda nie wierzę, że faktycznie coś takiego zbudują, ale to miło, że poważny inżynier wpadł na ten sam pomysł co ja za młodu. A gdyby przypadkiem coś z tego wyszło, to będę mogła robić za proroka.

Gorzko

Ja nie mówię, że jestem normalna, ale w związku z niemożnością dogadania się z panią z konsulatu polskiego (owszem, mówiła po polsku) nabyłam sobie bilet na lot Lufthansą Paryż-Wrocław w dniu 20 października rano, powrót 21 października wieczorem. Kiedy już ten bilet nabyłam, nagle okazało się, że ja nie wiem, na kogo mam właściwie głosować.

Obudziwszy się w sobotę rano leżałam patrząc w sufit i rozmyślając na temat następujący: czy ja już zawsze we własnym kraju będę musiała głosować przeciwko komuś, a nie na kogoś? Zrobiłam sobie następnie rachunek sumienia, bo może to ja jestem jakaś dziwna i nieprzystająca, zdarza się w końcu. Czy mam przypadkiem jakieś skrajne poglądy w którąś stronę? Wyszło mi, że nie, znam dużo skrajniejsze i na ogół cenię umiar w każdej dziedzinie. Czy mam jakieś zasady i właściwie jakie? Wyszło mi, że hołubię te wprowadzone przez chrześcijaństwo (na teren kraju Polska jakieś tysiąc lat temu z górką, był czas przywyknąć), a to „nie zabijaj”, „nie kradnij”, „nie mów fałszywego świadectwa”, „szanuj bliźniego swego” i tak dalej. W takim razie właściwie dlaczego w kraju Polska po raz kolejny z niesmakiem zagłosuję przeciwko? Dlaczego nie mieszkam we kraju ojczystym i czuję się w nim dziwnie nie na miejscu? Czy ktoś mógłby mi to jak krowie na miedzy wytłumaczyć?

Granice obrony koniecznej

Awanturka była. Zaczęło się od tego, że tydzień temu, kiedy zostaliśmy zaproszeni na tatulkowe urodziny, siostra eMa nie miała nastroju, żeby do nas dołączyć. Zdecydowała, że ten nastrój będzie miała w tę sobotę, w związku z czym umówili się rodzinnie na wieczór, i napotkali opór mojej osoby, która to osoba zupełnie nie widziała powodu, żeby spotykać osobiście wiadomego osobnika kolejny raz po zaledwie tygodniu. Zamieniłam nawet dwa słowa ze szwagierką, która słodko odparła, trzepocząc zapewne rzęsami
– No tak, ale to tatuś…
Może i tatuś, ale tak się składa, że NIE MÓJ. Ponieważ i ja i eM potrafimy być uparci, rzecz zakończyła się moim dość gwałtownym samotnym wyjściem z domu w sobotę wieczorem. Na szczęście godzimy się równie szybko i intensywnie jak się kłócimy, więc niedzielę spędziliśmy znacznie milej.

Nadal mam wątpliwości, gdzie właściwie należy poszukiwać złotego środka między nierobieniem przykrości ukochanej osobie, a zachowaniem autonomii. Kojarzy mi się to trochę z osławionymi „granicami obrony koniecznej” – fajnie się o nich dyskutuje po fakcie. Ponieważ zawsze staram się być uczciwa, rozważyłam sobie sytuację z drugiej strony: gdyby mianowicie to eM nie tolerował mojej siostry czy przyjaciółki, co bym zrobiła? Wyszło mi, że starałabym się obie strony przekonać do swoich zalet (bo w przypadku osób bliskich ja te zalety widzę i cenię). Gdyby naprawdę mi się nie udało, to dałabym spokój, mogłabym się w końcu równie dobrze z nimi widywać osobno. W przypadku eMa (i siostry jego) niestety jest tak, że on sam zalet tatulka nie potrafi wskazać, a nawet wprost przeciwnie – krytykuje go bezpardonowo. Po czym biegnie na spotkanie. Dla mnie otóż to jest hipokryzja, ja się z tym źle czuję, i bardzo trudno mi się do tego zmusić. A na pewno nie raz na tydzień.

„Nazywam się Czerwień”

Rzecz zaczyna się tak sobie, po czym jednak wciąga, choć nie bez pewnych zastrzeżeń, o których za chwilę. Początkowa trudność spowodowana jest wielogłosem narracyjnym: mamy tu co najmniej ośmiu bohaterów przemawiających na przemian, oraz parę postaci dodatkowych. Pamuk wprawdzie ułatwia zadanie odpowiednio tytułując rozdziały, ale trzeba te tytuły jeszcze przeczytać, co nie od razu do mnie dotarło. Potem już było z górki. Akcja rozgrywa się wśród 16-wiecznych tureckich miniaturzystów, i więcej tu o ich podejściu do malowania niż chcielibyśmy kiedykolwiek wiedzieć, ale to jest wystarczająco egzotyczne, żeby nie nudzić. Kojarzy mi się poza tym z pochłanianymi za młodu „Opowieściami z 1001 nocy”, więc dodatkowo fascynuje.
Mam mieszane uczucia: z jednej strony podziw dla perfekcjonizmu autora. Niesłychanie staranna kompozycja opowieści, pięknie oddany tamten świat i kultura, zderzenie Wschodu z Zachodem, które w ogóle jest głównym tematem książki. Z drugiej strony… no właśnie, czego mi zabrakło? W jakiejś mierze starego dobrego prawdopodobieństwa psychologicznego. Wic polega na tym, że Pamuk upodobnił swoją powieść do ówczesnej miniatury: im nie wolno było wiernie odwzorowywać ludzi (ani zwierząt zresztą). Dążyli do przedstawienia ideału i zbliżenia się w ten sposób do boskości; do ukazania świata widzianego oczami Allaha (swoją drogą, czy to nie straszne świętokradztwo z naszego europejskiego punktu widzenia?). Jego powieść jest „namalowana” precyzyjnie jak miniatura, ale brakuje jej prawdziwości w naszym współczesnym zachodnim rozumieniu. Celowy zabieg, więc nie może to być zarzut. Jeśli nie mogę całkowicie zaakceptować przedstawionego świata, jeśli lekko irytuje mnie ta książka, to problem jest wyłącznie w mojej głowie – i właśnie to świadczy o wielkości tej powieści. Porównywanie jej ze „Sto lat samotności” jest niemożliwe, trudno sobie wyobrazić dwa bardziej odmienne dzieła, ale gdy mowa jest o maestrii pisarskiej, to owszem: Pamuk aż do starannie skomponowanego zakończenia pozostaje równy Marquezowi.

Ale głupi ci Francuzi

W szok wprawiła mnie poranna wiadomość, że francuskie Zgromadzenie Narodowe przyjęło prawo nakazujące imigrantom chcącym dołączyć do swoich rodzin we Francji testować DNA, żeby sprawdzić, czy między deklarującymi się jako rodzina jest rzeczywiście pokrewieństwo. Słyszałam o tym wcześniej, ale zwyczajnie nie wzięłam tego na poważnie, myśląc że jak to Francuzi będą o tym długo debatować i w końcu „liberté” zwycięży, a tu proszę. Pomysł ten jakoś nieprzyjemnie kojarzy mi się z ideami Hitlera. Testowanie DNA ma wprawdzie być dobrowolne, ale wszyscy wiedzą, co z tego wyniknie: odmawiasz, znaczy masz coś na sumieniu. Mnie osobiście prawo nie dotyczy, burzę się więc idealistycznie przeciwko pogwałceniu francuskich zasad. Już nie mówiąc o tym, w jaki niby sposób chcą zagwarantować, że młodzianek przebadany na okoliczność posiadania odpowiedniego DNA nie będzie potem kradł i powodował zamieszek? Naprawdę, to tylko Francuzi mogli wymyślić.

Jeszcze nigdy w historii obwinianie o wszelkie zło jednej grupy ludzkiej, wybranej według dowolnych kryteriów (w tym przypadku chodzi akurat o imigrantów, ale mogą również być cykliści, komuniści, chrześcijanie, bolszewicy lub blogowicze, proszę sobie wybrać) nie przyniosło żadnych pozytywnych rezultatów. Było natomiast przyczyną licznych wojen, nieszczęść i cierpień.