Gadżet o poranku

Testuję ostatnio ten gadżet, bo strasznie nie znoszę wstawać po ciemku i całą jesień wraz z zimą cierpię z tego powodu. Budzik ma efekt wschodu słońca, znaczy na 20 minut przed pobudką zaczyna się stopniowo rozświetlać. Rzeczywiście wstaje się w ten sposób dużo lepiej, aczkolwiek sądziłam, że będzie bardziej imitował światło słoneczne – niestety nie. Ale i tak przyjemniej jest rano otwierać oczy, kiedy lampka rozświetla jesienne ciemności.

A tymczasem gdyby ktoś chciał prawidłowo zaparzyć sobie herbatę, to jest w tej kwestii odpowiednia norma ISO.

A w niedzielę

byłam na basenie. To naprawdę wymaga wielkiego wysiłku, bo basen jest czynny w tygodniu w godzinach 11:30-13:30, w sobotę wcale, a w niedzielę 9-13. Ale z okazji zmiany czasu tym razem dotarłam tam na 10. Rano. Moje mięśnie rąk po 100 metrach oświadczyły, że jesteśmy we Francji, więc one zakładają związek zawodowy i będą strajkować. W ciągu następnych 200 metrów prowadziłam z nimi negocjacje zakończone kategorycznym stwierdzeniem, że nadal stanowią część mnie, znajdują się więc na autonomicznym terytorium Polski i o żadnych strajkach nie ma mowy. Trza być twardym, nie miętkim.

Niesamowite wypadki codzienne

W sobotę rano telewizja powiedziała, że gdzieś tam w środkowej Francji ośmiu chłopaków wsiadło do jednego 405, następnie zderzyli się z ciężarówką: trzech jest martwych, a czterech poważnie rannych. W sobotę wieczorem dowiedzieliśmy się, że to byli koledzy naszej sąsiadki, która właśnie pojechała w swoje strony rodzinne na krótkie wakacje. Miała się zresztą zabrać z nimi tego wieczoru, ale w ostatniej chwili zdecydowała, że jednak nie jedzie. Ciarki chodzą po plecach.

A „Dżuma w Breslau” ma tylko jedną wadę. Po dwóch godzinach się kończy, i to jest zdecydowanie za szybko.

Drobna pomyłka

Szalenie mnie ubawiła historia mojej przyjaciółki, która niedawno poznała nowego pana, ochy i achy na jego temat mi śle nieustannie. Była z nim na randce w poniedziałek, a we wtorek wieczorem wysyłała smsa do kumpla, żeby się z nim na czwartek umówić. Kumpel jest z rodzaju odwiecznych i aseksualnych, to znaczy nie sam kumpel, tylko ich znajomość, więc sms był oczywiście sformułowany dość dwuznacznie, w stylu „kochanie już nie mogę się doczekać czwartku, cała jestem w skowronkach”. Jak łatwo zgadnąć, następnie omyłkowo wysłała go do swego nowego pana, który od tego czasu się nie odzywa. Trudno mu się zresztą dziwić. Moja ulubiona oczywiście powiada, że tłumaczyć się nie będzie, bo niby czemu, i ma trochę racji – ale z drugiej strony szkoda by było obiecującej znajomości z powodu takiego głupstwa…

W drodze do pracy wszystko zdarzyć się może

Miałam dziś rano prawo do bardzo ładnej sceny przy wsiadaniu do zatłoczonego RER. Ktoś z tyłu popchnął nas wszystkich, a dziewczyna z mojej prawej rzuciła w przestrzeń „Ależ bądźcie cywilizowani!” Na to obruszył się facet z mojej lewej, przypadkowo ciemnoskóry, a nawet zdecydowanie czarnoskóry (chociaż nie ma to właściwie dalszego znaczenia dla akcji), który z olbrzymią elokwencją i bez żadnego akcentu oświadczył, że on sam został popchnięty i o co jej w ogóle chodzi. Dziewczyna zaczęła tłumaczyć, że nie mówiła do niego, tylko tak ogólnie, a on dyskutował nadal, pouczając ją, że patrzyła na niego, więc miała na pewno właśnie jego na myśli, a on nic przecież nie zawinił. I tak się przez chwilę przerzucali odzywkami, RER zdążył odjechać bez nas, drugi przyjechał, i wtedy dziewczyna w przebłysku geniuszu rzuciła
– Patrzyłam na pana, bo całkiem niezły z pana facet!
– No, to przynajmniej było inteligentne – odparł na to interlokutor.

Uwielbiam polskie pomysły

Szalenie mi się podoba pomysł, żeby na 1 listopada i inne święta zamknąć również stacje benzynowe. Jest taki… uroczo bezkompromisowy. Jasne, precz ze zgniłymi kapitalistycznymi kompromisami, pracownicy stacji benzynowych też są ludźmi i chcą świętować ze swoimi rodzinami. No dobrze, a co z lekarzami, kierowcami autobusów, motorniczymi tramwajów i tak dalej? To niby nie ludzie? A gdyby tak w ogóle wyłączyć na wszelkie święta prąd i ciepłą wodę, to ludziom już na pewno nie przyszłoby do głowy robić coś innego niż przyzwoicie Świętować. Dziw, że jeszcze nikt o tym nie pomyślał.

Sen mara

Śni mi się, że czytam powieść napisaną przez panią nielot, wydaną w biało-zielonej okładce jak ostatnia Nothomb. Książka traktuje o rodzinie pracującej w aptece, jest zabawna i melancholijna, i świetnie napisana. Czytam ostatnie strony zachwycając się jak to dobrze napisane stylistycznie, jak tchnie Nabokovem, i zastanawiając się jakby to powychwalać na blogu, żeby nie było, że to po znajomości tylko…

Mam nadzieję, że pani nielot naprawdę pisze jakąś powieść, bo szkoda by była, gdybym tylko ja w tym śnie mogła ją przeczytać.

Ogólnie sukces – oby tylko tak dalej

Udało się, aczkolwiek wymagało to logistyki na bardzo wysokim poziomie. Najpierw na jedną noc wprowadziliśmy się do eMowej siostry, która następnie ofiarnie zawiozła nas na lotnisko o godzinie 6 rano w sobotę. Poświęcenie zasługujące na pomnik, moim zdaniem. Korków szczęśliwie nie było, acz ruch był (już albo jeszcze) niemały. Potem wpakowaliśmy się do samolotu Lufthansy, gdzie dali nam kanapki i dowieźli do Monachium, a tam należało przebiec pół lotniska w celu umieszczenia się w kolejnym samolocie, ale nie będę narzekać, bo nie musieliśmy przynajmniej zmieniać terminala. Na wrocławskim lotnisku z wielką ulgą powitałam swoją walizkę, przez poprzedni tydzień miałam bowiem wizję, że na pewno ją zgubią przy tych przesiadkach, a miałam w niej absolutnie bezcenny ubiór. Odziałam się weń wkrótce, stanowczo kazałam eMowi włożyć krawat, i już za chwilę udaliśmy się do kościoła, gdzie wydawała się za mąż moja koleżanka. Zimno było okrutnie, ale nie lało, ceremonia odbyła się bez wpadek, wesele też było udane, a nowi małżonkowie następnego dnia odwieźli nas na lotnisko. Wcześniej oczywiście udałam się do urny, gdzie najpierw zaskoczył mnie tłum (dwa lata temu mój podpis był jedyny na odpowiedniej stronie spisu wyborców, w tym roku był jednym z ostatnich, a była dopiero godzina 13), a potem rozmiar karty do głosowania. W drugą stronę Lufthansa spisała się równie dobrze, i to na pewno nie ich wina, że okropnie dzisiaj jestem niewyspana. Poranne niusy mnie przebudziły – francuska telewizja z niekłamaną radością doniosła o odsunięciu od władzy w Polsce jednego z bliźniaków. A potem udało mi się dojechać do pracy mimo kontynuacji strajku. Ciekawe, czy uda mi się również z niej wrócić.

Strajki, strajki

Komunikacja publiczna, czyli między innymi SNCF (francuskie PKP) oraz RATP (odpowiednik MZK) zapowiedziały strajk na czwartek, znaczy wczoraj. Nikt do końca nie wiedział, jak to będzie wyglądać, ale w środę uprzedziłam w pracy, że nie wiem czy uda mi się dotrzeć następnego dnia. Mogłabym wprawdzie na upartego jechać samochodem, tyle że korki wzrastają wprost proporcjonalnie do strajku. Uczyniłam słusznie, bo już w środę wieczorem zamknęli mój dworzec RER (jako i sąsiednie), i w tym stanie pozostaje on do dziś. Strajk objął prawie 3/4 pracowników. Działała za to linia metra 14, ponieważ jest całkowicie zautomatyzowana, ale ta akurat nie mogła mi w niczym pomóc. Korzystam więc i bezkarnie wypoczywam, to znaczy sprzątam i gotuję obiadki dla eMa, który nie miał takiego szczęścia jak ja, pracuje bowiem niedaleko domu.

Byłabym znacznie bardziej zadowolona z życia, gdybym nie była jednocześnie odcięta od netu, bo nasz livebox był solidarny ze strajkującymi, i dwa dni temu najpierw odmówił łączenia się z netem, a potem wyzionął ducha całkowicie i nawet diodkami już nie chciał migać. Poszliśmy go wymienić do Francy Telecom, i dowiedzieliśmy się, że owszem, to się da zrobić, ale najpierw musimy… zadzwonić do Francy Telecom. Uwielbiam ich nieskazitelną logikę. Zadzwoniliśmy, kazali nam podłączyć liveboxa, aby na własne oczy mogli się przekonać że nie działa, i w końcu dali nam tajemniczy numerek, z którym to numerkiem udałam się niedawno z powrotem do Francy i dostałam nowego liveboxa. Nawet działa, jak widać.

Martwi mnie tylko, że jutro rano na lotnisko będziemy musieli zapewne udać się pieszo. Nawet nie chcę wiedzieć ile kosztuje pozostawienie tam samochodu na weekend, na pewno więcej niż dwa bilety lotnicze razem wzięte…

Szanowny Panie Władysławie

Pierwszy egzemplarz Pana słownika „Mitów i tradycji kultury” zostawiłam siostrze wyprowadzając się z domu, bo to nie była rzecz, którą można komuś ot tak odebrać. Niedługo potem kupiłam sobie kolejny na własne gospodarstwo domowe, ponieważ ja jestem typem człowieka, który może nie mieć telewizora oraz dywanu, ale uważa dom za zdecydowanie niepełny, jeśli nie ma w nim „Słownika mitów i tradycji kultury”. Kupiłam go więc i usiadłam sobie w tramwaju, z lubością poczytując znane mi mniej czy bardziej hasła. Nagle siedzący przede mną pijaczek odwrócił się do mnie z zamiarem pokonwersowania. Spojrzał na mnie i zdębiał.
– Rany boskie, ona czyta encyklopedię! – wygłosił na cały tramwaj, po czym z niesmakiem odwrócił się z powrotem.

Wiele lat później przyjechałam do Warszawy na wakacje i dowiedziałam się że Pana już nie ma. Strasznie mi było smutno. Ale dobrze, że chociaż przez te niespełna 90 (czy też może jednak niemal 100) lat był Pan z nami, i że zostawił nam Pan te wszystkie słowniki…