Ogólnie sukces – oby tylko tak dalej

Udało się, aczkolwiek wymagało to logistyki na bardzo wysokim poziomie. Najpierw na jedną noc wprowadziliśmy się do eMowej siostry, która następnie ofiarnie zawiozła nas na lotnisko o godzinie 6 rano w sobotę. Poświęcenie zasługujące na pomnik, moim zdaniem. Korków szczęśliwie nie było, acz ruch był (już albo jeszcze) niemały. Potem wpakowaliśmy się do samolotu Lufthansy, gdzie dali nam kanapki i dowieźli do Monachium, a tam należało przebiec pół lotniska w celu umieszczenia się w kolejnym samolocie, ale nie będę narzekać, bo nie musieliśmy przynajmniej zmieniać terminala. Na wrocławskim lotnisku z wielką ulgą powitałam swoją walizkę, przez poprzedni tydzień miałam bowiem wizję, że na pewno ją zgubią przy tych przesiadkach, a miałam w niej absolutnie bezcenny ubiór. Odziałam się weń wkrótce, stanowczo kazałam eMowi włożyć krawat, i już za chwilę udaliśmy się do kościoła, gdzie wydawała się za mąż moja koleżanka. Zimno było okrutnie, ale nie lało, ceremonia odbyła się bez wpadek, wesele też było udane, a nowi małżonkowie następnego dnia odwieźli nas na lotnisko. Wcześniej oczywiście udałam się do urny, gdzie najpierw zaskoczył mnie tłum (dwa lata temu mój podpis był jedyny na odpowiedniej stronie spisu wyborców, w tym roku był jednym z ostatnich, a była dopiero godzina 13), a potem rozmiar karty do głosowania. W drugą stronę Lufthansa spisała się równie dobrze, i to na pewno nie ich wina, że okropnie dzisiaj jestem niewyspana. Poranne niusy mnie przebudziły – francuska telewizja z niekłamaną radością doniosła o odsunięciu od władzy w Polsce jednego z bliźniaków. A potem udało mi się dojechać do pracy mimo kontynuacji strajku. Ciekawe, czy uda mi się również z niej wrócić.

Strajki, strajki

Komunikacja publiczna, czyli między innymi SNCF (francuskie PKP) oraz RATP (odpowiednik MZK) zapowiedziały strajk na czwartek, znaczy wczoraj. Nikt do końca nie wiedział, jak to będzie wyglądać, ale w środę uprzedziłam w pracy, że nie wiem czy uda mi się dotrzeć następnego dnia. Mogłabym wprawdzie na upartego jechać samochodem, tyle że korki wzrastają wprost proporcjonalnie do strajku. Uczyniłam słusznie, bo już w środę wieczorem zamknęli mój dworzec RER (jako i sąsiednie), i w tym stanie pozostaje on do dziś. Strajk objął prawie 3/4 pracowników. Działała za to linia metra 14, ponieważ jest całkowicie zautomatyzowana, ale ta akurat nie mogła mi w niczym pomóc. Korzystam więc i bezkarnie wypoczywam, to znaczy sprzątam i gotuję obiadki dla eMa, który nie miał takiego szczęścia jak ja, pracuje bowiem niedaleko domu.

Byłabym znacznie bardziej zadowolona z życia, gdybym nie była jednocześnie odcięta od netu, bo nasz livebox był solidarny ze strajkującymi, i dwa dni temu najpierw odmówił łączenia się z netem, a potem wyzionął ducha całkowicie i nawet diodkami już nie chciał migać. Poszliśmy go wymienić do Francy Telecom, i dowiedzieliśmy się, że owszem, to się da zrobić, ale najpierw musimy… zadzwonić do Francy Telecom. Uwielbiam ich nieskazitelną logikę. Zadzwoniliśmy, kazali nam podłączyć liveboxa, aby na własne oczy mogli się przekonać że nie działa, i w końcu dali nam tajemniczy numerek, z którym to numerkiem udałam się niedawno z powrotem do Francy i dostałam nowego liveboxa. Nawet działa, jak widać.

Martwi mnie tylko, że jutro rano na lotnisko będziemy musieli zapewne udać się pieszo. Nawet nie chcę wiedzieć ile kosztuje pozostawienie tam samochodu na weekend, na pewno więcej niż dwa bilety lotnicze razem wzięte…

Szanowny Panie Władysławie

Pierwszy egzemplarz Pana słownika „Mitów i tradycji kultury” zostawiłam siostrze wyprowadzając się z domu, bo to nie była rzecz, którą można komuś ot tak odebrać. Niedługo potem kupiłam sobie kolejny na własne gospodarstwo domowe, ponieważ ja jestem typem człowieka, który może nie mieć telewizora oraz dywanu, ale uważa dom za zdecydowanie niepełny, jeśli nie ma w nim „Słownika mitów i tradycji kultury”. Kupiłam go więc i usiadłam sobie w tramwaju, z lubością poczytując znane mi mniej czy bardziej hasła. Nagle siedzący przede mną pijaczek odwrócił się do mnie z zamiarem pokonwersowania. Spojrzał na mnie i zdębiał.
– Rany boskie, ona czyta encyklopedię! – wygłosił na cały tramwaj, po czym z niesmakiem odwrócił się z powrotem.

Wiele lat później przyjechałam do Warszawy na wakacje i dowiedziałam się że Pana już nie ma. Strasznie mi było smutno. Ale dobrze, że chociaż przez te niespełna 90 (czy też może jednak niemal 100) lat był Pan z nami, i że zostawił nam Pan te wszystkie słowniki…

Praca; Merde

Wybrałam jednak pracę daleko od domu, bo po przedyskutowaniu sprawy z lepiej obeznanymi okazało się, że rzekome wyzwanie polegałoby głównie na przekładaniu papierków, a do tego ja się nie nadaję. Będę pewnie żałować codziennie przez następne miesiące, chyba że nowa praca mnie solidnie wciągnie, a jest taka szansa.
Przywiozłam sobie z Polski 12 książek, w tym nowego Pratchetta oraz trzeci tom genialnego cyklu Wolfe’a, a czekają też na mnie Herta Muller i Toni Morrison; więc co czytam? Oczywiście, trzeci kawałek Stephena Clarke’a, „Merde Happens„. Jakoś tak wyszło. Mam chyba do niego słabość, bo mieszka we Francji, chociaż wcale nie musi. Ale ta akurat książka w ogóle nie opowiada o kraju żabojadów, bo Paul West włóczy się po Stanach reklamując Anglię jako cel turystyczny. Miewa trafne obserwacje, bywa zabawny jednak częściej niż niesmaczny. Zakończenie nie całkiem przewidywalne, co doceniam zawsze i wszędzie.

Dylemat, acz nie moralny

Z tym trzymaniem dziecka na rękach to w ogóle głupia sprawa, bo ja jestem przyzwyczajona do noszenia raczej kotów. Wiadomo, że jak się taki pazurzasty zacznie wyrywać, to nie należy szukać miejsca aby go delikatnie odstawić, tylko go wypuścić natychmiast i to z konkretnej wysokości własnych ramion. Otóż naprawdę się bałam, że odruchowo w ten sam sposób postąpię z wiercącym się dzieckiem…

A teraz z beczki bardziej teraźniejszej, czyli trapiący mnie aktualnie dylemat. Co należy zrobić, jeśli ma się do wyboru: pracę bardzo interesującą, którą się już umie robić i bardzo lubi, ale okropnie daleko od domu (minimum półtorej godziny dojazdu w jedną stronę komunikacją publiczną, samochodem zaś jeszcze dłużej z racji korków); oraz pracę, która stanowi wyzwanie, ponieważ się jej nie potrafi wykonywać (proszę mnie nie pytać, dlaczego ktoś mi proponuje pracę, na której się nie znam, to są Francuzi…) i być może dlatego wydaje się nudniejsza, za to jest praktycznie pod domem (nie więcej niż pół godziny w komunikacji publicznej)? Przy czym płaca i inne warunki pracy pozostają takie same w obu przypadkach, więc nie mogą stanowić kryterium wyboru.

Dziecko śliczne i genialne

to oczywiście moja pierwsza siostrzenica. Kiedy pierwszego poranka dostałam na ręce niebieskookie 6 kilo o zaskakująco bogatej mimice, rzekłam tylko niezwykle oryginalnie
– Zupełnie jak lalka… tylko że się rusza!
Matka dziecka w ogóle nie wygląda na żadne ciąże, porody ani inne karmienia. Na wejściu ujrzawszy świeżo upieczonych rodziców oznajmiłam im
– Ale to jakaś ściema, wy się nic nie zmieniliście i w ogóle nie wyglądacie na poważnych i odpowiedzialnych rodziców!
– Bo my nie jesteśmy poważni i odpowiedzialni – odparli mi chórkiem. I dobrze, przynajmniej wiadomo czego się trzymać.

Obawiałam się nieco, że może nagle włączy mi się jakiś instynkt macierzyński, porwę dziecko w objęcia i oznajmię rozmarzona, że „teź chcię natychmiaśt takiego ślićnego bobaśka”, ale ja jednak wyraźnie nie mam tej opcji wbudowanej. Porozmawiałam sobie z młodą po ludzku („Aśka, ty byś przestała już się opluwać i odezwała się normalnym językiem, pogadałybyśmy sobie przy wódeczce jak baba z babą…”), a po dwóch dniach uznałam, że możliwość ekspresji ona ma jednak na razie mocno ograniczoną i na mój gust głównie losowo wybiera, czy się akurat uśmiechnąć czy może lepiej rozryczeć. Swoją drogą przez trzy dni porządnie rozdarła się raptem raz, więc nie było tak strasznie, jak to sobie przedtem wyobrażałam. Mogłaby już podrosnąć, żeby był z nią jakiś porządny kontakt. Strasznie bez sensu, że te dzieci ludzkie się takie bezradne rodzą i tyle czasu zajmuje im rozwój do jakiegoś sensownego etapu.

Na szczęście nie włączyła mi się też opcja „a nosek to ma po mamusi, a koniuszek lewego ucha po ojcu”. Na razie młoda podobna jest głównie do innego dziecka w tym wieku: pyzata, łysa i bezzębna (oczywiście jest przy tym najpiękniejsza, ale to chyba oczywiste i bezdyskusyjne). Wyraźnie rozpromienia się na widok swej matki, innych traktuje z pewnym dystansem, choć przyjaźnie. Wzrostem i wagą plasuje się równo na 50 centylu, czyli rozwija się wręcz modelowo, choć przy urodzeniu była długa i chuda. Rozczulał mnie niesłychanie widok mej siostry, którą pamiętam jako jeszcze mniejszego dzidziusia, karmiącej piersią swą córkę. A największą niespodziankę zrobiła mi siostra pokazując znienacka uroczą sukieneczkę (starszą od nas, bo też po kimś), którą swego czasu nosiłyśmy obie po kolei, a która teraz czeka na Asię. Jest jednak jakiś głęboki sens w tym życiu. Choć tak bardzo, i coraz bardziej, żałuję, że Babcia młodej nie dożyła tego całego zamieszania…

Wrocław-Katowice-Warszawa

Z mego ukochanego miasta Wrocław pojechaliśmy najpierw do Katowic pod pretekstem zobaczenia się z jedną moją koleżanką, a szczerze mówiąc wcale nie miałam ochoty jechać do stolicy drogą S8 od Wrocka. Miałam zdecydowanie większą ochotę przejechać się A4, po czym standardowo zgubić się w Katowicach, co wykonałam zgodnie z planem i zatrzymałam się na tej samej stacji Lotos co równo półtora roku temu, tuż przed moim wylotem. Potem obejrzeliśmy familoki w Nikiszowcu (polecam, jeśli ktoś nie był, naprawdę warto) i pokazaliśmy eMowi Spodek oraz park chorzowski, a ja nacieszyłam się wyremontowanym rondem. Koleżanka uparła się nakarmić nas zupą grzybową, i nagle zrobiła się ciemna noc. Wcześniej z kolei eM się uparł na strzeżony parking, bo samochód wypakowany po brzegi, a ja się wahałam między patriotycznym przekonywaniem go, że w Polsce naprawdę aż tak strasznie nie kradną, a wizją powrotu do Francji na przykład bez szyby. Pan od strzeżenia aut oczywiście spróbował nam policzyć dwa razy więcej niż powinien, ale niestety nie ze mną te numery.

Droga Katowice-Warszawa całkowicie zaskoczyła mego ukochanego przy pomocy wszechobecnych pasów dla pieszych i wynikających z nich ograniczeń do 70. Fakt, że jechało się tamtędy dość dziwnie pod doświadczeniu niemieckich autostrad i całkiem przyzwoitej A4. Z suszarką po drodze stali raz, ale mieli już klienta. Może i dobrze, bo jeśli akurat trafilibyśmy na policjantów z zasadami, to wszystkie moje opowieści o tym jak to się w Polsce załatwia z władzą poszłyby na marne.