Praca; Merde

Wybrałam jednak pracę daleko od domu, bo po przedyskutowaniu sprawy z lepiej obeznanymi okazało się, że rzekome wyzwanie polegałoby głównie na przekładaniu papierków, a do tego ja się nie nadaję. Będę pewnie żałować codziennie przez następne miesiące, chyba że nowa praca mnie solidnie wciągnie, a jest taka szansa.
Przywiozłam sobie z Polski 12 książek, w tym nowego Pratchetta oraz trzeci tom genialnego cyklu Wolfe’a, a czekają też na mnie Herta Muller i Toni Morrison; więc co czytam? Oczywiście, trzeci kawałek Stephena Clarke’a, „Merde Happens„. Jakoś tak wyszło. Mam chyba do niego słabość, bo mieszka we Francji, chociaż wcale nie musi. Ale ta akurat książka w ogóle nie opowiada o kraju żabojadów, bo Paul West włóczy się po Stanach reklamując Anglię jako cel turystyczny. Miewa trafne obserwacje, bywa zabawny jednak częściej niż niesmaczny. Zakończenie nie całkiem przewidywalne, co doceniam zawsze i wszędzie.

Dylemat, acz nie moralny

Z tym trzymaniem dziecka na rękach to w ogóle głupia sprawa, bo ja jestem przyzwyczajona do noszenia raczej kotów. Wiadomo, że jak się taki pazurzasty zacznie wyrywać, to nie należy szukać miejsca aby go delikatnie odstawić, tylko go wypuścić natychmiast i to z konkretnej wysokości własnych ramion. Otóż naprawdę się bałam, że odruchowo w ten sam sposób postąpię z wiercącym się dzieckiem…

A teraz z beczki bardziej teraźniejszej, czyli trapiący mnie aktualnie dylemat. Co należy zrobić, jeśli ma się do wyboru: pracę bardzo interesującą, którą się już umie robić i bardzo lubi, ale okropnie daleko od domu (minimum półtorej godziny dojazdu w jedną stronę komunikacją publiczną, samochodem zaś jeszcze dłużej z racji korków); oraz pracę, która stanowi wyzwanie, ponieważ się jej nie potrafi wykonywać (proszę mnie nie pytać, dlaczego ktoś mi proponuje pracę, na której się nie znam, to są Francuzi…) i być może dlatego wydaje się nudniejsza, za to jest praktycznie pod domem (nie więcej niż pół godziny w komunikacji publicznej)? Przy czym płaca i inne warunki pracy pozostają takie same w obu przypadkach, więc nie mogą stanowić kryterium wyboru.

Dziecko śliczne i genialne

to oczywiście moja pierwsza siostrzenica. Kiedy pierwszego poranka dostałam na ręce niebieskookie 6 kilo o zaskakująco bogatej mimice, rzekłam tylko niezwykle oryginalnie
– Zupełnie jak lalka… tylko że się rusza!
Matka dziecka w ogóle nie wygląda na żadne ciąże, porody ani inne karmienia. Na wejściu ujrzawszy świeżo upieczonych rodziców oznajmiłam im
– Ale to jakaś ściema, wy się nic nie zmieniliście i w ogóle nie wyglądacie na poważnych i odpowiedzialnych rodziców!
– Bo my nie jesteśmy poważni i odpowiedzialni – odparli mi chórkiem. I dobrze, przynajmniej wiadomo czego się trzymać.

Obawiałam się nieco, że może nagle włączy mi się jakiś instynkt macierzyński, porwę dziecko w objęcia i oznajmię rozmarzona, że „teź chcię natychmiaśt takiego ślićnego bobaśka”, ale ja jednak wyraźnie nie mam tej opcji wbudowanej. Porozmawiałam sobie z młodą po ludzku („Aśka, ty byś przestała już się opluwać i odezwała się normalnym językiem, pogadałybyśmy sobie przy wódeczce jak baba z babą…”), a po dwóch dniach uznałam, że możliwość ekspresji ona ma jednak na razie mocno ograniczoną i na mój gust głównie losowo wybiera, czy się akurat uśmiechnąć czy może lepiej rozryczeć. Swoją drogą przez trzy dni porządnie rozdarła się raptem raz, więc nie było tak strasznie, jak to sobie przedtem wyobrażałam. Mogłaby już podrosnąć, żeby był z nią jakiś porządny kontakt. Strasznie bez sensu, że te dzieci ludzkie się takie bezradne rodzą i tyle czasu zajmuje im rozwój do jakiegoś sensownego etapu.

Na szczęście nie włączyła mi się też opcja „a nosek to ma po mamusi, a koniuszek lewego ucha po ojcu”. Na razie młoda podobna jest głównie do innego dziecka w tym wieku: pyzata, łysa i bezzębna (oczywiście jest przy tym najpiękniejsza, ale to chyba oczywiste i bezdyskusyjne). Wyraźnie rozpromienia się na widok swej matki, innych traktuje z pewnym dystansem, choć przyjaźnie. Wzrostem i wagą plasuje się równo na 50 centylu, czyli rozwija się wręcz modelowo, choć przy urodzeniu była długa i chuda. Rozczulał mnie niesłychanie widok mej siostry, którą pamiętam jako jeszcze mniejszego dzidziusia, karmiącej piersią swą córkę. A największą niespodziankę zrobiła mi siostra pokazując znienacka uroczą sukieneczkę (starszą od nas, bo też po kimś), którą swego czasu nosiłyśmy obie po kolei, a która teraz czeka na Asię. Jest jednak jakiś głęboki sens w tym życiu. Choć tak bardzo, i coraz bardziej, żałuję, że Babcia młodej nie dożyła tego całego zamieszania…

Wrocław-Katowice-Warszawa

Z mego ukochanego miasta Wrocław pojechaliśmy najpierw do Katowic pod pretekstem zobaczenia się z jedną moją koleżanką, a szczerze mówiąc wcale nie miałam ochoty jechać do stolicy drogą S8 od Wrocka. Miałam zdecydowanie większą ochotę przejechać się A4, po czym standardowo zgubić się w Katowicach, co wykonałam zgodnie z planem i zatrzymałam się na tej samej stacji Lotos co równo półtora roku temu, tuż przed moim wylotem. Potem obejrzeliśmy familoki w Nikiszowcu (polecam, jeśli ktoś nie był, naprawdę warto) i pokazaliśmy eMowi Spodek oraz park chorzowski, a ja nacieszyłam się wyremontowanym rondem. Koleżanka uparła się nakarmić nas zupą grzybową, i nagle zrobiła się ciemna noc. Wcześniej z kolei eM się uparł na strzeżony parking, bo samochód wypakowany po brzegi, a ja się wahałam między patriotycznym przekonywaniem go, że w Polsce naprawdę aż tak strasznie nie kradną, a wizją powrotu do Francji na przykład bez szyby. Pan od strzeżenia aut oczywiście spróbował nam policzyć dwa razy więcej niż powinien, ale niestety nie ze mną te numery.

Droga Katowice-Warszawa całkowicie zaskoczyła mego ukochanego przy pomocy wszechobecnych pasów dla pieszych i wynikających z nich ograniczeń do 70. Fakt, że jechało się tamtędy dość dziwnie pod doświadczeniu niemieckich autostrad i całkiem przyzwoitej A4. Z suszarką po drodze stali raz, ale mieli już klienta. Może i dobrze, bo jeśli akurat trafilibyśmy na policjantów z zasadami, to wszystkie moje opowieści o tym jak to się w Polsce załatwia z władzą poszłyby na marne.

Dlaczego nie zwiedziliśmy porządnie Wrocławia

W ramach pokazywania eMowi Wrocławia weszłam tylko na minutę do Ryłki, a tam oczywiście czekały na mnie buty mojego życia i w dodatku ostatnia para, akurat w moim rozmiarze. Chwyciłam je radośnie, lecz na moich nogach okazały się być… za duże. Chodziłam po sklepie z pół godziny nie mogąc się nadziwić, że rozmiar 38.5 może być na mnie za duży, i usiłując zrozumieć jakim cudem stopy mi się nagle skurczyły. W końcu zagadnięta ekspedientka się zlitowała
– One mają zawyżoną numerację, proszę pani, pewnie nawet o cały numer!
Prawie się rozpłakałam, ale najpierw zapytałam przezornie, czy sądzi, że w Carrefourze mogą jeszcze mieć mniejsze. Zadzwoniła tam i upewniła się że mają, odbierając mi tym samym jakieś trzy godziny życia, potrzebne na przejazd tam i z powrotem w uroczych wrocławskich korkach (tak – pamiętam, że niedawno za nimi tęskniłam, ale za nimi się naprawdę świetnie tęskni, jeśli się w nich osobiście nie stoi). Buty jednak mam.
A na Rynku z całych sił świeciło słońce, jakby to wcale nie był październik i ja chcę do Wrocławia, gdzie jeszcze bardziej rozpanoszyły się krasnoludki, co mnie rozczula znacznie bardziej niż wieża Eiffla oraz Notre Dame razem i z osobna.

Polska ach Polska

W skrócie to tak: mam najpiękniejszą i najmądrzejszą siostrzenicę na świecie, Wrocław jest najcudowniejszym miastem na tymże świecie, złota polska jesień jest zachwycająca. A ponieważ przyjeżdżam do siostry tak gdzieś raz na pół roku na dwa dni, to oczywiście jej papuga wybrała sobie ten właśnie moment, żeby dokonać żywota i wziąć mnie na świadka swego dramatycznego ostatniego lotu. Co prawda rozumiem, że nie chciała już żyć na świecie bez Kopalińskiego, bo mi też trudno się z tym pogodzić, ale mimo wszystko to jednak lekka przesada.

Jechaliśmy autem; przed wyjazdem byłam ciężko przerażona że nie damy rady, ale daliśmy, choć jest to męczące. W stronę do Wrocławia drogę utrudniło nam mnóstwo pozwijanego asfaltu na autostradzie niemieckiej oraz straszliwy korek w okolicy Bolesławca. Przeżyłam szok widząc ceny benzyny w mym kraju – diesel jest droższy niż we Francji, ja nie mogę pojąć jakim cudem ludzi w ogóle stać na jeżdżenie samochodami. Nie przeżyłam za to szoku natykając się na stacji na panią, która stała za kasą i wszystkim chcącym płacić z pretensją w głosie odpowiadała „ale przecież ta kasa jest nieczynna, proszę iść do drugiej!”. Poczułam się natychmiast tak swojsko, że stojąc w niebotycznej kolejce do tej drugiej kasy uśmiechałam się głupawo w przestrzeń. Zwłaszcza że za kasami był piękny regał wypełniony żytnią, żubrówką, sobieskim, soplicą, finlandią i spirytusem lubelskim. Już za tym znowu tęsknię…