Przygoda na obwodnicy

Dzisiaj jechałam do pracy jedyne cztery (4) godziny, ale w piątek rano dojechałam elegancko w półtorej, więc wydawało mi się, że wrócę też szybko. Nic bardziej błędnego: korek trwał i był prawdopodobnie największym korkiem na świecie. Na pewno w każdym razie w pierwszej dziesiątce. Po dwóch godzinach mozolnego przesuwania się skokami po 10 metrów byłam na środkowym pasie obwodnicy w tunelu, kiedy zdrętwiała noga zsunęła mi się ze sprzęgła, i silnik oczywiście zgasł. Zdarza się najlepszym. Tylko że rozrusznik mojej fiesty ma pewną szczególną właściwość – kiedy silnik jest ciepły, rozrusznik z sobie tylko znanych powodów kompletnie odmawia współpracy, i trzeba chwilę poczekać, żeby ostygł. W normalnym życiu to nie przeszkadza, ale na środkowym pasie obwodnicy trochę jednak tak. Strasznie głupio było tak tam stać na awaryjnych zastanawiając się czy szybciej uda mi się uruchomić samochód, czy szybciej przyjedzie policja i co powie. Na szczęście w tych korkach nie mieli szans, spróbowałam się więc zrelaksować, co mi się nie udało, bo wszyscy z tyłu na mnie trąbili, jakby to była moja wina (no dobra, trochę była, ale naprawdę nie mogłam już na to nic poradzić). Po jakimś kwadransie auto odpaliło, jak gdyby nigdy nic, i uciekłam stamtąd czym prędzej. Naprawdę z utęsknieniem czekam powrotu transportu publicznego, na co się jednak nie zanosi w najbliższym czasie.

Hotel ‚u ds’

W zeszłym tygodniu ugościłam meksykańską dziewczynę mojego kumpla (Polaka w Anglii), bo leciała z Anglii przez Paryż do Meksyku i między przesiadkami miała noc. Odebrałam ją ze stacji RER w potworną ulewę, doprowadziłam do domu i przedstawiłam towarzystwu, bo akurat gościliśmy sąsiadów z racji eMowych urodzin. Goście przyjęli do wiadomości kim ona jest, chwilę spróbowaliśmy pokonwersować w językach mieszanych, po czym zostałam zapytana, skąd ją znam.
– Ależ ja w ogóle jej nigdy nie widziałam! – radośnie odparłam zgodnie z prawdą i ujrzałam, jak oczy Francuzów robią się coraz większe i okrąglejsze. Aby nie dopuścić do ich całkowitej zamiany w żaby, szybko wyjaśniłam, że mój kumpel tam, ona tu, cel Meksyk, samolot rano… ale i tak widziałam w ich oczach cień niedowierzania, że ot tak wpuszczam pod swój dach (a nawet przecież nie swój, tylko eMowy) jakąś obcą osobę.

Faktem jest, że zawsze byłam raczej beztroska, jeśli chodzi o oferowanie noclegów bardziej lub mniej znajomym, i bywało to nawet parę razy opacznie zrozumiane. Ale i tak nigdy nie dorównam mojej ukochanej przyjaciółce, która właśnie ma w swoim dwupokojowym mieszkanku koleżankę z pracy z facetem oraz kotem, i to wcale nie na chwilę, tylko zdaje się na jakieś dwa miesiące, jeśli nie więcej. To jedna z tych rzeczy, za które ją szczerze podziwiam.

10 na godzinę

Poproszę jakieś brawa, owacje, kwieciste komplementy i wyrazy podziwu, bo z okazji strajku komunikacji przyjechałam do pracy wczoraj i dziś samochodem, całkiem samodzielnie. Wczoraj się zgubiłam jakieś 350 razy, ale dałam radę. Wykonywałam co chwilę telefony ratunkowe: „kochanie, bo ja GDZIEŚ skręciłam i widzę przed sobą MacDonalda i Castoramę, to co mam robić..?” „jedź jeszcze 514 metrów i będzie skrzyżowanie, to tam skręć w prawo, tylko nie w tę pierwszą uliczkę pod kątem 45 stopni, a w następną”. Wszystko się zgadzało, ja nie wiem jak on to robi. Podejrzewam, że wmontował mi w auto jakiegoś gpsa, żeby mnie śledzić…
Dzisiaj z racji koszmarnego korka więcej stałam niż jechałam, z oszałamiającą prędkością 10 km/h, i jak raz wrzuciłam czwórkę, to się przestraszyłam własnej szybkości; liczy się jednak efekt, znaczy po trzech godzinach dotarłam do pracy. Wprawdzie zawsze lubiłam jeździć autem, ale teraz naprawdę z ulgą przesiądę się w RER, jak tylko zacznie normalnie funkcjonować.

Pomysł racjonalizatorski

Wiadomo powszechnie, że alkohol zabija komórki. A jakby tak naukowcy zrobili taki alkohol, co będzie zabijał tylko wybiórczo pewne komórki, mianowicie te, co z nich wyrastają włosy? Pomyślcie: kieliszek czerwonego wina i włosy spod prawej pachy sobie poszły precz. Kieliszek białego i spokój z lewą pachą. Żubrówka z sokiem jabłkowym i nie trzeba już depilować łydek. Dwa kieliszki dobrze zmrożonej czystej i lico pijących mężczyzn bez skrobania żyletką robi się gładkie jak pupcia niemowlęcia. Oczywiście zdarzałoby się też, że po wypiciu powiedzmy ćwiartki żołądkowej gorzkiej człowiek budziłby się łysy, bo akurat w fabryce im się coś pomyliło i nie te komórki zaprogramowali; ale cóż, nauka wymaga ofiar…

Przecież jest listopad

Pasjami uwielbiam, kiedy tak przejmująco realistycznie śni mi się najzwyklejszy wieczór w domu rodzinnym, wchodzę do salonu, a tam moja siostra z Mamą oglądają telewizję, chwilę rozmawiamy, a potem się budzę i za chwilę będzie ósma rocznica Jej śmierci. Myślałby kto, że przez 8 lat można przywyknąć, pogodzić się, albo nawet zapomnieć, ale widać nic z tego (nie żebym naprawdę chciała zapomnieć). Nie mam w końcu żadnego wpływu na swoje sny.

Swoją drogą to niesamowite, jak wielki wpływ może mieć na jednego człowieka inny człowiek. Była nieznośną idealistką o nieżyciowych poglądach, dokonywała fatalnych wyborów w życiu (oczywiście, gdyby nie te wybory, nie byłoby mnie i siostry); ja jestem samodzielna i niezależna przez jakąś połowę świadomego życia. A przecież nadal jest obecna w każdym moim słowie, myśli, czynie.

Jeszcze Havel

Rzadko się wypowiadam tak kategorycznie, ale tym razem nie mam wątpliwości: „Tylko krótko, proszę” to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego Środkowego Europejczyka, a Polaka poniekąd szczególnie (Czechów nie licząc). Gdyby mieli Państwo nawet zrezygnować z zakupu pół litra, szminki czy kilograma kiełbasy na rzecz tej książki, to naprawdę poświęcić się należy. I to bez względu na wyznawane poglądy polityczne, bo to wcale nie jest rzecz o polityce. Bardziej o Człowieku wielkiego formatu, prawdziwym humaniście i intelektualiście żywo zainteresowanym całym otaczającym światem. To zainteresowanie zresztą wcale mu nie pomagało w byciu prezydentem, i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Ja niby wiedziałam, że Havel to ktoś (aczkolwiek dramaturg z niego moim zdaniem przeciętny), ale dopiero teraz odkrywam, jak bardzo Ktoś. Świadczy o tym choćby fakt, że przetrwał jednak 14 lat na stanowisku prezydenta w tych burzliwych czasach w Europie Środkowej. Jest tu też całkiem spory kawałek o Polakach (Havel napisał zresztą specjalną przedmowę do polskiego wydania), który mnie bardzo zaskoczył, bo nie spodziewałam sie, że ktoś z zewnątrz może nas aż tak pozytywnie postrzegać. To urocza i mądra książka; może nieco chaotycznie skonstruowana, ale to tylko dodaje jej wdzięku i szczerości.

Opowieść o prawdziwym czasomierzu

Jeden z moich pierwszych zegarków dostalam w prezencie urodzinowym od Mamy. Były to lata osiemdziesiąte, a zegarek był ELEKTRONICZNY, co odnotowałam skrupulatnie wielkimi literami z wieloma wykrzyknikami w zeszycie, co mi wówczas służył za prototyp bloga (bloga jako serwisu jeszcze wtedy nie było, droga młodzieży; nie było również WWW, komórek w zasadzie też nie. Jakoś jednak dało się żyć). Zeszyt aktualnie jest nie wiem gdzie, ale ten wpis akurat pamiętam, co dobitnie dowodzi, jak bardzo to przeżyłam. Zegarek miał obudowę z tandetnego plastiku w kolorze ecru, moja Matka zapłaciła za niego z pewnością dużo więcej niż był wart, i kochałam go namiętnie bodaj jeszcze w liceum. Potem miałam jakieś tam zegarki dostawane w prezencie od różnych ludzi, zdaje się od przyszłego byłego męża też. W końcu gdzieś na początku bieżącego tysiąclecia postanowiłam sobie osobiście kupić porządny zegarek, i oszołomiła mnie niemożność wyboru. Odłożyłam sprawę na później, zaopatrzyłam się w komórkę i jej używałam w celu sprawdzania czasu.

Jakiś czas potem zasugerowałam siostrze, że gdyby rodzina chciała mi kupić prezent, niech mi sprawią jeden, a porządny – zegarek. Mieli kasę, a ciotka od zawsze uwielbiała kupować nam na przykład srebrne cukiernice czy inne srebrne zestawy do kawy, więc byłam pewna, że wybierze coś na poziomie. Nigdy w życiu się tak nie rozczarowałam, dostałam bowiem coś kupionego wyraźnie na bazarze, na szerokiej pseudometalowej bransolecie, z napisem „GUCII” – nie mam pojęcia, czy miała to być taka podróbka, dowcip, stylizacja czy co, nie znam się. Tego prezentu nigdy nie miałam na ręce i wtedy uznałam, że wyraźnie Los nie chce, żebym miała zegarek. Trudno, pogodziłam się ze sprawdzaniem godziny w komórce.

Aż tu nagle pewnego dnia, tydzień temu, trafiłam zupełnym przypadkiem na to, zakochałam się natychmiast gwałtownie i uznałam, że to Przeznaczenie. Japończycy nie dyskutowali, wysłali mi zegarek niezwłocznie. Doszedł wczoraj. Jeszcze nie wiem czy będzie to związek na wieki, jestem nieco onieśmielona po tylu latach nienoszenia niczego na lewym nadgarstku, ale bądźmy dobrej myśli.

Dziś w nocy

z okropnie krótko ostrzyżoną zupką włóczyłam się po jakimś wielopiętrowym centrum handlowym. Ona robiła zakupy przed wyjazdem do Meksyku, a ja jej towarzyszyłam. Weszłyśmy do jakiejś cukierni, gdzie było pełno absolutnie fantastycznych makowców wszelkich rodzajów (uwielbiam makowiec i strasznie mi go tu brakuje), takich z mnóstwem maku i niewielką ilością ciasta. Zastanawiałam się przez chwilę, czy sobie nie kupić kawałka, ale powiedziałam „ach, nie warto, w każdej chwili mogę tu przecież przyjść…” A potem się obudziłam i naprawdę żałuję tego makowca!

Sprawa skarpetek

Nie wiem, czy wiedzą Panie (bo Panowie to raczej na pewno nie) że jeśli wrzucić do pralki damskie cienkie podkolanówki, to one następnie dziwnie tracą kolor. Nie jest to właściwie duży problem, ponieważ kolor ten z założenia jest… nijaki, i nie ma większego znaczenia, czy będzie jasnonijaki czy ciemnonijaki. Sprawa się jednak komplikuje, jeżeli przez pomyłkę do pralki wrzuciliśmy tylko jedną skarpetkę od pary. Po zakończeniu prania dysponujemy w ten sposób dwiema mocno do siebie niepodobnymi skarpetkami i mamy bardzo głupią minę. Przy następnym praniu będę musiała spróbować wyrównać im szanse, a w ogóle to poprzestanę na praniu ręcznym podkolanówek.

„Tylko krótko, proszę”

Václav Havel w książce pod tytułem jak wyżej: „Z drugiej strony muszę przyznać, że pewnie mam jakiś talent integracyjny – jako człowiek, który wprost fizycznie nie znosi konfliktów, napięć i konfrontacji (zwłaszcza jeśli są niepotrzebne) i który w dodatku nie lubi, kiedy mówi się w kółko o tym samym, bez żadnych widocznych efektów.” Ja na to natychmiast myślę „no, ten to z Francuzami by się nijak nie dogadał i szlag by go zaraz trafił…”
A dalej jest tak „W ciągu ostatnich piętnastu lat miałem bowiem niezliczoną ilość okazji, by się przekonać, jak ważne jest, żeby polityka nie była tylko technologią sprawowania władzy, ale prawdziwą służbą obywatelom – służbą (na ile to możliwe) bezinteresowną, opartą na pewnych ideałach i szanującą dany nam kodeks moralny, pamiętającą o trwałych interesach rodu ludzkiego, a nie tylko o tym, co w danej chwili podoba się opinii publicznej; służbą, która nie chce być jedynie grą różnych partykularnych interesów czy pragmatycznych celów, za którymi w sumie zawsze kryje się jedno: pragnienie, by za wszelką cenę utrzymać się u żłobu.” Najchętniej bym ten fragment posłała obecnemu polskiemu prezydentowi.
Potem, z notatek do współpracowników z czasów prezydentury: „Juan Carlos nie jest tuzinkowym królem, któremu tyłek przyrósł do tronu.” Albo „Jeszcze konkretniej o Japonii. Nie wiem, co ze sobą zabrać, nie mam pojęcia, czy jest tam sto stopni minus czy sto stopni plus, nie wiem, jak mam być ubrany podczas wizyty u cesarza, czy mogę i mam gdzie w ciągu dnia się przebierać […] Te konkrety są dla mnie ważniejsze niż większość ministerialnych informacji – na przykład ile kilometrów kwadratowych ma Japonia.”
Fantastyczny facet. Właśnie żałuję, że nie było mi dane być Czeszką. (Chociaż z drugiej strony taki na przykład Milan Kundera w ogóle swego bycia Czechem nie docenił…)