Śmiertelne rytuały

Od pierwszego zdania spodobały mi się „Śmiertelne rytuały„, bo brzmi ono „Niedługo po drugim rozwodzie postanowiłam kupić nieduży dom z ogródkiem w mieście”. Miasto to Barcelona, a narratorką jest pani inspektor z ciekawą przeszłością i jeszcze ciekawszym charakterem, pracująca dotąd przy papierkach – ale oto przydzielają jej sprawę gwałtu oraz podwładnego. Gwałty się wkrótce mnożą, stosunki z podwładnym komplikują, policyjne życie wcale nie jest takie romantyczne, jak się niektórym zdawało, pojawia się trup… Właściwie nie przepadam za kryminałami, ale ten mnie wcale nie pytał o zdanie, wciągnął mnie natychmiast w akcję. A kiedy skończyłam, pomyślałam tylko z rezygnacją „no to teraz muszę kupić wszystkie jej książki…” Najlepsze jest tutaj chyba to, że nie ma żadnych fajerwerków w styku Sherlocka Holmesa, który zauważył 15 rzeczy pominiętych przez wszystkich innych, wykonał genialną dedukcję niedostępną zwykłym śmiertelnikom, i wyciągnął w ostatnim rozdziale dwa króliki z kapelusza. Tu jest zwykła mozolna praca oraz łut szczęścia. Policyjna praca chyba musi naprawdę mniej więcej tak wyglądać. Chociaż nie wierzę, że gdziekolwiek w policji pracują takie kobiety jak Petra…

W teatrze

W sobotę wieczorem mimo trwającego strajku wybraliśmy się do teatru. Najpierw ja, jako ta prowincjuszka, powydawałam szczere okrzyki zachwytu na widok świątecznie ozdobionych Galeries Lafayette (prawdopodobnie nigdy nie przestanie mnie zachwycać ten paryski blichtr). Potem dotarliśmy do teatru, który ja dlaczegoś wyobrażałam sobie całkiem współcześnie, tymczasem to cudowna stylowa bombonierka z roku 1820. Cztery piętra w lożach, fikuśne kolumienki, złocenia i malowidła, czerwony plusz, siedzenia zrobione wyraźnie dla ludzi niekarmionych witaminami od urodzenia – już ja tam miałam bardzo mało miejsca, a eM w ogóle wyszedł całkiem połamany; ale warto było się poświęcić choćby dla zobaczenia tego wnętrza. Przedstawienie oparte na książce Graya „Mężczyźni są z Marsa, kobiety z Wenus” – żadną prośbą, groźbą ani szantażem nie nakłoniłabym eMa do jej przeczytania, więc przynajmniej w taki sposób zostało mu przekazane kilka podstawowych prawd o różnicach między kobietami a mężczyznami. Spodziewałam się, że ja będę się raczej nudzić, ale spektakl jest zrobiony tak zabawnie, że nie było mowy o żadnej nudzie, raczej o nieustających wybuchach śmiechu. Poza tym z jednej strony to są oczywiście banały i uproszczenia, a z drugiej strony… przydaje się to jeszcze raz usłyszeć w kontekście swojego związku. I może nawet właśnie przekazane w ten sposób, dowcipnie i żywo, lepiej przemawia do człowieka.

Człowiek nie świnka…

do wszystkiego się przyzwyczai – mawiała moja koleżanka licealna. Jest w tym głęboka mądrość, bo po siedmiu dniach strajku zapomniałam już, że kiedyś podobno jeździłam do pracy jakimś metrem czy innym RERem, i szczerze wdzięczna jestem za drobiazgi: na przykład dziś jechałam tylko niecałe dwie godziny i w dodatku dwa razy mogłam nawet wrzucić piątkę. Jakby mi kto tydzień temu powiedział, że będę się z czegoś takiego cieszyć, to bym wcale nie uwierzyła, a dziś proszę. Radosna jak szczypiorek na wiosnę. A dziś mamy w ogóle strajk całkowity, nawet gazet w kioskach ma nie być. Matka eMowa też mogłaby strajkować, bo pracuje w sektorze publicznym, ale jako sarkozistce ani jej to w głowie. Ja bym sobie akurat chętnie postrajkowała chociaż jeden dzień, tylko kto by wtedy w tej słodkiej Francji pracował..?
Swoją drogą nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – gdyby nie ten strajk, jeszcze długo bym się nie odważyła sama jeździć po Paryżu i okolicach. A tak proszę: jak człowieka trochę przymusić, to się okazuje, że daje sobie radę, bez względu na to, co wcześniej mu się wydawało.

A w nagrodę… powrót Kryś!

Przygoda na obwodnicy

Dzisiaj jechałam do pracy jedyne cztery (4) godziny, ale w piątek rano dojechałam elegancko w półtorej, więc wydawało mi się, że wrócę też szybko. Nic bardziej błędnego: korek trwał i był prawdopodobnie największym korkiem na świecie. Na pewno w każdym razie w pierwszej dziesiątce. Po dwóch godzinach mozolnego przesuwania się skokami po 10 metrów byłam na środkowym pasie obwodnicy w tunelu, kiedy zdrętwiała noga zsunęła mi się ze sprzęgła, i silnik oczywiście zgasł. Zdarza się najlepszym. Tylko że rozrusznik mojej fiesty ma pewną szczególną właściwość – kiedy silnik jest ciepły, rozrusznik z sobie tylko znanych powodów kompletnie odmawia współpracy, i trzeba chwilę poczekać, żeby ostygł. W normalnym życiu to nie przeszkadza, ale na środkowym pasie obwodnicy trochę jednak tak. Strasznie głupio było tak tam stać na awaryjnych zastanawiając się czy szybciej uda mi się uruchomić samochód, czy szybciej przyjedzie policja i co powie. Na szczęście w tych korkach nie mieli szans, spróbowałam się więc zrelaksować, co mi się nie udało, bo wszyscy z tyłu na mnie trąbili, jakby to była moja wina (no dobra, trochę była, ale naprawdę nie mogłam już na to nic poradzić). Po jakimś kwadransie auto odpaliło, jak gdyby nigdy nic, i uciekłam stamtąd czym prędzej. Naprawdę z utęsknieniem czekam powrotu transportu publicznego, na co się jednak nie zanosi w najbliższym czasie.

Hotel ‚u ds’

W zeszłym tygodniu ugościłam meksykańską dziewczynę mojego kumpla (Polaka w Anglii), bo leciała z Anglii przez Paryż do Meksyku i między przesiadkami miała noc. Odebrałam ją ze stacji RER w potworną ulewę, doprowadziłam do domu i przedstawiłam towarzystwu, bo akurat gościliśmy sąsiadów z racji eMowych urodzin. Goście przyjęli do wiadomości kim ona jest, chwilę spróbowaliśmy pokonwersować w językach mieszanych, po czym zostałam zapytana, skąd ją znam.
– Ależ ja w ogóle jej nigdy nie widziałam! – radośnie odparłam zgodnie z prawdą i ujrzałam, jak oczy Francuzów robią się coraz większe i okrąglejsze. Aby nie dopuścić do ich całkowitej zamiany w żaby, szybko wyjaśniłam, że mój kumpel tam, ona tu, cel Meksyk, samolot rano… ale i tak widziałam w ich oczach cień niedowierzania, że ot tak wpuszczam pod swój dach (a nawet przecież nie swój, tylko eMowy) jakąś obcą osobę.

Faktem jest, że zawsze byłam raczej beztroska, jeśli chodzi o oferowanie noclegów bardziej lub mniej znajomym, i bywało to nawet parę razy opacznie zrozumiane. Ale i tak nigdy nie dorównam mojej ukochanej przyjaciółce, która właśnie ma w swoim dwupokojowym mieszkanku koleżankę z pracy z facetem oraz kotem, i to wcale nie na chwilę, tylko zdaje się na jakieś dwa miesiące, jeśli nie więcej. To jedna z tych rzeczy, za które ją szczerze podziwiam.

10 na godzinę

Poproszę jakieś brawa, owacje, kwieciste komplementy i wyrazy podziwu, bo z okazji strajku komunikacji przyjechałam do pracy wczoraj i dziś samochodem, całkiem samodzielnie. Wczoraj się zgubiłam jakieś 350 razy, ale dałam radę. Wykonywałam co chwilę telefony ratunkowe: „kochanie, bo ja GDZIEŚ skręciłam i widzę przed sobą MacDonalda i Castoramę, to co mam robić..?” „jedź jeszcze 514 metrów i będzie skrzyżowanie, to tam skręć w prawo, tylko nie w tę pierwszą uliczkę pod kątem 45 stopni, a w następną”. Wszystko się zgadzało, ja nie wiem jak on to robi. Podejrzewam, że wmontował mi w auto jakiegoś gpsa, żeby mnie śledzić…
Dzisiaj z racji koszmarnego korka więcej stałam niż jechałam, z oszałamiającą prędkością 10 km/h, i jak raz wrzuciłam czwórkę, to się przestraszyłam własnej szybkości; liczy się jednak efekt, znaczy po trzech godzinach dotarłam do pracy. Wprawdzie zawsze lubiłam jeździć autem, ale teraz naprawdę z ulgą przesiądę się w RER, jak tylko zacznie normalnie funkcjonować.

Pomysł racjonalizatorski

Wiadomo powszechnie, że alkohol zabija komórki. A jakby tak naukowcy zrobili taki alkohol, co będzie zabijał tylko wybiórczo pewne komórki, mianowicie te, co z nich wyrastają włosy? Pomyślcie: kieliszek czerwonego wina i włosy spod prawej pachy sobie poszły precz. Kieliszek białego i spokój z lewą pachą. Żubrówka z sokiem jabłkowym i nie trzeba już depilować łydek. Dwa kieliszki dobrze zmrożonej czystej i lico pijących mężczyzn bez skrobania żyletką robi się gładkie jak pupcia niemowlęcia. Oczywiście zdarzałoby się też, że po wypiciu powiedzmy ćwiartki żołądkowej gorzkiej człowiek budziłby się łysy, bo akurat w fabryce im się coś pomyliło i nie te komórki zaprogramowali; ale cóż, nauka wymaga ofiar…