Takie tam grudniowe

W ramach włączenia do Schengen nowych krajów dziennik francuski pokazał dziś rano nieistniejącą już granicę węgierską oraz węgierskiego premiera. Niby Polak Węgier dwa bratanki, ale jednak czuję się patriotycznie rozczarowana, że nie pokazali Polski. Zwłaszcza, że teraz to przecież na nas spoczywa obowiązek bronienia granic wielkiej Europy przed zagrożeniem ze wschodu, mogliby to docenić…

Jeżeli nie będzie tajfunu, mgieł, nieprzewidzianych opadów śniegu, strajku Air France (jest czego się obawiać – od wczoraj strajkują na Orly), oblodzonego lotniska i innych kataklizmów dnia powszedniego, to w niedzielę samolot uniesie mnie nieco nad Europę bez granic, bym mogła dołączyć do swej siostry i jej rodziny. Nie mogę się doczekać. Jestem okropnie zmęczona. A w prezencie świątecznym od firmy dostałam maleńką i sprytną myszkę bezprzewodową (a od drugiej firmy pudło czekoladek. Czy oni chcą, żeby im się pracownicy w drzwi nie mieścili?)

Raz w życiu upiłam się na smutno i to było przy okazji pewnego sylwestra lat temu hohoho. Kiedy wybiła północ, ja zalałam się łzami i wychlipałam
– Bo ja nie chcęęęęę, żeby ten rok się kończyyyył..! NIE CHCĘ! – znajomi do dziś mi to wypominają.
Prawdę mówiąc mam podobny plan na zbliżającego się sylwestra, tylko tekst będzie brzmiał „bo ja nie chcę, żeby ten rok się zaczynał…”. Z różnych przyczyn i w dowolnych wersjach przyszłości to będzie bardzo trudny rok, pewnie jeden z najtrudniejszych w moim zyciu, i nie powiem, żebym podchodziła do tego entuzjastycznie mimo całego optymizmu.

Życzę Czytelnikom bardzo pogodnych Świąt i naprawdę dobrego roku. A sobie tylko tyle – aż tyle – żeby nie sprawdziły się moje najczarniejsze scenariusze. Wystarczy.

I did it

Złamałam się. Obejrzałam „Love actually”. Oraz wszystkie usunięte sceny, co są na dvd. (Nie rozumiem czemu nie mogą zrobić tak, żeby wybrać sobie na przykład „pełna wersja” na początku, i żeby te wszystkie sceny były we właściwych miejscach). Chyba dojrzewam czy coś, bo po raz pierwszy nie chciało mi się współczuć Sarze, tylko pomyślałam „wybrała, ma czego chciała – skoro tak woli, to jej problem, jej decyzja”. Może mi się empatia degeneruje, ale to chyba jednak całkiem zdrowa reakcja. Poza tym uwielbiam Hugh Granta w roli premiera, oraz to idiotyczne brytyjskie poczucie humoru, i mam postulat, żeby w Paryżu był Tower Bridge (jestem w nim albowiem śmiertelnie zakochana) oraz Brytyjczycy zamiast Francuzów. Wtedy dałoby się tu żyć.

Przecież nie mogło być miło, fajnie i radośnie

Jeśli chcecie rozśmieszyć boga Los, należy mu opowiedzieć o swoich planach. Albo przynajmniej nieśmiało wyobrazić sobie świetlaną przyszłość. Bardziej niezawodny niż fiskus: zaraz da kopa w zadek, albo chociaż wyleje wiadro lodowatej wody na łeb. Ale przynajmniej ponownie odkrywam, że mam naprawdę fantastyczną siostrę, chociaż wcale na to nie zasłużyłam. To bezcenne móc podnieść słuchawkę i mieć po drugiej stronie kogoś, kto wysłucha. Nawet jeśli w ostatecznym rozrachunku człowiek i tak zawsze zostaje sam. Gdzie podział się mój optymizm? Na wakacjach w ciepłych krajach? Proszę bardzo natychmiast tu wracać, koniec urlopu!

Na kółku

Nadal mnie zaskakuje, że mogę tak o – znienacka w niedzielę przejechać sobie koło wieży Eiffla.

Drzewa na Champs Elysées świątecznie przystrojone są girlandami światełek oraz neonowymi rurkami, w których przebiega fioletowy błysk z góry na dół – z daleka to wygląda trochę jak topniejące sople, bardzo zabawne. Włóczymy się po świątecznie przystrojonym Paryżu, wszędzie choinki i feeria świateł, brakuje mi tylko śniegu. Potem eM nagle mówi
– O, chodźmy na La Grande Roue, chciałaś przecież!
Ustawiona na placu Concorde pod Tuileries karuzela jest znacznie mniej imponująca niż London Eye, i nie na stałe – bodaj 15 stycznia się zwinie – a ja rzeczywiście koniecznie chciałam się nią przejechać, jak jakaś znudzona turystka, więc z entuzjazmem się zgadzam, żałując tylko cicho że nie zabrałam aparatu fotograficznego, ale już trudno. Za chwilę marzniemy, oglądamy z góry Pola i Luwr i Wieżę i Montmartre i to niekończące się pole świateł na Concorde, eM kręci gondolką, a ja żywo protestuję, piszcząc. Taka tam niedziela przedświąteczna.

U oftalmologa

We Francji stosują jakiś skuteczniejszy specyfik do rozszerzania źrenic, niż w ojczyźnie, gdzie każda moja wizyta okulistyczna była półtoragodzinnym zapuszczaniem korzeni na niewygodnym krzesełku w poczekalni, przerywanym co kwadrans komentarzami zniecierpliwionej lekarki
– Ale dlaczego pani się jeszcze nie rozszerzyła!? – zawsze miałam ochotę odpowiedzieć, że ja tak złośliwie siłą woli powstrzymuję swoje źrenice…
Tutaj w sobotę cała wizyta zajęła mi 40 minut, łącznie z rozszerzaniem, dokładnymi oględzinami dna oka, oraz nieodzownym moim efektownym odskokiem do tyłu, kiedy okulistka bez uprzedzenia spróbowała mi zainstalować w oku trójlustro. Potem było już nieco lepiej, aczkolwiek to nadal nie jest mój ulubiony sposób spędzania wolnego czasu. Tak, oczywiście – to absolutnie nie boli i nie ma co narzekać, problem jednakże polega na tym, że nie da się w tym przypadku zamknąć oczu i udawać, że nas tam nie ma. Trudno, udawałam z otwartymi. Potem po omacku dotarłam do domu i jakąś godzinę później nieźle wystraszyłam eMa swoimi źrenicami, zza których nie było w ogóle widać tęczówek. Biedak jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. Ja wprawdzie jestem przyzwyczajona, ale to nadal robi na mnie wrażenie. Uff, do następnego razu mam spokój.

Mizantropia zaawansowana

Bardzo proszę już na mnie nie liczyć w kwestii zakupów świątecznych. Już wystarczy. Nie dość, że w tym mieście jest 10 milionów ludzi, którzy koniecznie chcą przebywać na MOIM metrze kwadratowym przestrzeni, nie dość że w wypasionej galerii Printemps NICZEGO nie można kupić, a już na pewno nie przedmiotów firmy Alessi, które można sobie spokojnie kupić na przykład w Warszawie (owszem, zaproponowano mi złożenie zamówienia: do 10 dni), nie dość że jest tam potwornie gorąco, to jeszcze przy wyjściu oczywiście zapiszczała na mnie bramka i ochroniarz miał straszną ochotę mnie zrewidować. Winne były słuchawki kupione godzinę wcześniej w Darty – ja rozumiem, że ktoś, kto kupuje w Darty, nie powinien bywać w Printemps, ale tak się składa, że miałam Darty po drodze, a słuchawki były mi pilnie potrzebne, bo stare nagle postanowiły udać się na emeryturę. Na szczęście miałam paragony na wszystkie zakupy, a i tak ochroniarz przyglądał mi się bardzo podejrzliwie i bez mała obwąchał to opakowanie. Powiedziałam mu, że może sobie je otworzyć i sprawdzić, i to go chyba przekonało do mojej niewinności, ale ciekawe co bym zrobiła gdyby to akurat był prezent…

Potem już tylko ukochany RER zatrzymał się w środku nicości, i tak sobie stał i stał, następnie łaskawie oznajmili, że mamy problemy i musimy poczekać, a w końcu oświadczyli, że ktoś rzuca czymś w pociągi, więc wszystkie pociągi kończą bieg na stacji… i tu, ponieważ głupi ma zawsze szczęście, wymienili nazwę MOJEJ stacji. Wysiadłam sobie w dzikim tłumie zdezorientowanych ludzi, którzy nie mieli zielonego pojęcia, jak się mają teraz dostać do swoich domów.

Gwiazdka to diabelski wynalazek

Mój quasi-teść, czyli tatulek, to wprawdzie temat niewyczerpany jak ocean, ale
muszę przyznać, że moja siostra też ma do czynienia z niezłym
osobnikiem pełniącym tę funkcję. Osobnik zapytał co jego syn, a mój szwagier, życzyłby sobie
na gwiazdkę. Siostra odparła: frezarkę (nie pytajcie – nie wiem i nie
chcę wiedzieć). Za dwa dni zadzwonił telefon do potencjalnego
obdarowanego

– A jaka ta frezarka ma być?

Na tym jednak nie koniec, za kolejne dwa dni szwagier odebrał kolejny telefon: z pełną listą frezarek wraz z cenami. Ręce opadają,
a język kołkiem staje, i żadnych komentarzy nie chce wygłaszać. Lub to
tylko my z siostrą jesteśmy dziwne i nieżyciowo wychowane, co też
możliwe…

First Among Sequels

Piąty tom Thursday Next jest zwyczajnie genialny. Nawet jeśli na
początku miałam uczucia mieszane, bo bohaterka ma tam już 52 lata i
trójkę nastoletnich dzieci… ale swą witalność zachowała. Zresztą
to mniej istotne; to przede wszystkim jest pean na cześć literatury pisany przez człowieka
śmiertelnie zakochanego w książkach, i nie mogę go za to nie uwielbiać.
A dodatkowo jest zabawny (dobrze, czasem te jego dowcipy są sztubackie,
I CO Z TEGO?), nadal potrafi wymyślić wartką akcję pełną zupełnie
nieoczekiwanych zwrotów, i ja nie wiem jak on to robi. Ale głównie jest to manifest człowieka, który niezachwianie wierzy, że
książki są nam (gatunkowi ludzkiemu) absolutnie niezbędne do życia.
Ponieważ podzielam tę wiarę od zawsze, i obym nigdy jej nie straciła,
po raz pierwszy w życiu mam ochotę napisać do jakiegoś pisarza wyznanie
miłości. Trochę boleję nad tym, że ogranicza się do kręgu literatury
angielskiej – gdyby tak Thursday mogła spotkać Behemota i Wolanda, albo
chociaż wstąpić do Macondo… ale nie dziwię się, że woli się tego nie
podejmować. I tak jest wielki oraz genialny.

Ja jednak czasem lubię Francję

W niedzielę zahaczyliśmy też o lokalny przedświąteczny kiermasz, niewielki (pewnie też z racji pogody), ale mieli pyszne foie gras i różne niezłe wina. Pierwszy raz spróbowałam czegoś pn. Floc de Gascogne – podobne do pineau, znaczy mocne (17%) i słodkie. Natomiast absolutnym przebojem były dwie miłe panie (ależ pani świetnie mówi po francusku! – ciekawe że tak twierdzą głównie ci, którzy akurat chcą mi coś sprzedać…) z powidłami (podobno) własnej roboty. Powidła były dość dokładnie ze Wszystkiego. eMa urzekło coś pod nazwą „mięta, czekolada i gruszka”, ja natomiast wybrałam sobie do spróbowania śliwkowe z cytryną, i zupełnie szczerze wydałam z siebie pełne rozkoszy
– MMMMMMMMMMMMMMMMMMMMMM!!!!
W ogóle uwielbiam powidła śliwkowe od czasów dzieciństwa, kiedy moja Mama robiła je sama, prawie bez cukru, i jadło je się potem z białym serem, mmm, zaczynam się ślinić na samo wspomnienie (ja chcę białego sera!!). Te kupne są podobne, dodatkowo delikatnie kwaskowe od cytryny, a ja z zasady uwielbiam wszystko, co jest z cytryną. Niebo w gębie. Na tym skończę, bo ślinię się na klawiaturę.

Poza tym lubię Francję, bo dopiero wczoraj w mojej stołówce pojawiły się dekoracje świąteczne, zaś w radiu nadal leci normalna muzyka, a nie na okrągło „Last Christmas”.

Miłość, wojny i seksualność

Pogoda nas nie rozpieszcza… lubię eufemizmy, ale ten to przegięcie nawet dla mnie. Jest po prostu obrzydliwie: zimno, straszny wiatr i nieustannie leje. W sobotę byłam jednak dzielna niesłychanie i udałam się na zakupy prezentów. Pogoda mnie zmobilizowała i zamiast sama ze sobą debatować nie wiadomo ile, po prostu kupiłam wszystko co się z grubsza nadawało, więc mam prezenty w zasadzie dla wszystkich łącznie z teściami mojej siostry (jeśli ktoś miałby ochotę spytać, czy uwzględniłam własnego quasi-teścia, to bardzo proszę – niech się uda do łazienki i przez pół godziny szyderczo śmieje się z własnego odbicia w lustrze. Ewentualnie strzeli sobie baranka w ścianę). Z prezentu dla siostrzanego teścia jestem szczególnie dumna, bo zmusiłam Francuza do wygrawerowania polskiego imienia z literą „ł” (oczywiście, że nie miał takich dziwnych znaków w komputerze). Gdyby nie padało mi na głowę, nie wiem, czy dokonałabym takiego wyczynu.

W niedzielę zaciągnęłam eMa do Inwalidów na wystawę jak w tytule notki, a po ichniemu „Amours, guerres et sexualité 1914-1945”. Pomysł wyjściowy niesłychanie ciekawy – pokazać propagandę wojenną ze szczególnym uwzględnieniem związków męsko-damskich wszelkiej maści. Mamy tu rozmaite zdjęcia, listy, pocztówki, plakaty (powaliło mnie zestawienie radzieckiego i amerykańskiego z roku 1943, obydwu wzywających do wstępowania do marynarki wojennej – są prawie identyczne, tylko radziecki znacznie bardziej przegadany). Przegląd związanych tematycznie filmów (z fragmentem „Casablanki” na czele). Uroczy rysunkowy film propagandowy uświadamiający, dlaczego domy publiczne są złe. Przykry, i zostawiony bez komentarza, materiał o obcinaniu włosów kobietom, które zadawały się z Niemcami (tuż po zakończeniu wojny). Wszelkie motywy z dzielnymi kobietami radośnie wysyłającymi na front swoich dzielnych mężczyzn. Wybór materiałów nie był ograniczony do Francji, było też sporo Stanów, nieco Anglii, trochę niemieckich i rosyjskich czy radzieckich; niestety nic z Polski. Niesamowite były niektóre rzeczy wykonywane przez nudzących się więźniów wojennych: zwłaszcza liść dębowy wyskubany w koronkową siateczkę w ten sposób, że na środku zostało zielone kółko z bodaj imieniem dziewczyny – zupełnie nie umiem tego opisać, nie wyobrażam sobie jak można było to wymyślić, zrobić, i jakim cudem ten liść przetrwał 70 lat. Poza tym powaliło mnie zdjęcie żołnierza zadekowanego w leju po bombie, w środku pustego pola, spokojnie oddającego się jakiejś lekturze. Niby coś tam już czytałam, coś tam widziałam, ale chyba pierwszy raz ta wojenna rzeczywistość objawiła mi się z taką siłą. Nagle do mnie dotarło, że to się działo naprawdę i że ludzie musieli to przetrwać, każdy na swój sposób. Bardzo bym chciała zobaczyć podobną wystawę dotyczącą polskich ziem.