Czemu nie chcę już być Czeszką

Czytałam sobie tego Havla i chciałam nawet być Czeszką, ale po lekturze „Gottlandu” Szczygła nagle zmieniłam zdanie. Mnie się przedtem zdawało (kiedy czytałam niektóre jego reportaże w prasie), że on lubi Czechów. Oczywiście, to nie jest takie proste: lubi, więc pisze automatycznie laurkę. Uczciwiej jest z pewnością powiedzieć, że lubi, ale widzi z zewnątrz ich wady… a jednak miałam wrażenie, że dobiera tematy tak, aby maksymalnie im dokuczyć (oraz oczywiście dorzucić szczyptę sensacji tam, gdzie ona niekoniecznie jest, ale kto by go chciał czytać bez tego). Pokazać naród zastraszonych oportunistów. Jasne, u nas też wtedy nadgorliwych nie brakowało, zbudowali Pałac Kultury (choć może jednak lepsze to niż 30-metrowy pomnik Stalina), malowali trawę na zielono, dyrektora mięsnego za łapówki powiesili, i tak dalej. A jednak nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jest jakaś fundamentalna różnica, że w Polakach nigdy nie zgasł duch oporu, czasem absurdalny, a czasem ratujący co najmniej zdrowie psychiczne. Być może to dlatego, że Polska jednak kiedyś była silnym liczącym się państwem i mogła do tych wspomnień sięgać (bez względu na to, jak oklepane sienkiewiczowskie pokrzepienie serc jest dziś wyśmiewane, musi być w tym jednak ziarno prawdy). Być może dużą rolę odegrała też religia. Szczygieł wyśmiewa się, że Czechy, najbardziej zateizowany kraj świata, religijną czcią darzą Karela Gotta, który otrzymał 30 socjalistycznych Złotych Słowików i wszystkie kapitalistyczne. Naszej Maryli Rodowicz zupełnie nie da się z tym porównać. No dobrze, tacy Francuzi mają Johny’ego Hallyday’a, a nie mieli u siebie totalitaryzmu… Tak czy owak to jest zbiór, po którym człowiek nagle zaczyna rozumieć Havla podziw dla Polaków. Ale to Czesi mają Havla, ech. Nie można mieć wszystkiego.

Gorzej niż w kiepskim serialu

Wydaje się, że to tylko w bardzo tanich melodramatach dla kucharek akurat w urodziny bohaterki dzwoni telefon, a po drugiej stronie pani w białym kitlu profesjonalnie pogodnym głosem oznajmia, że wyniki badań są dobre, i że w zasadzie to niepotrzebnie bohaterka się stresowała przez ostatnie półtora miesiąca, wyobrażając sobie gorsze niż najgorsze. I to niby tylko w bardzo nędznym serialu bohaterka na takie dictum natychmiast zalewa się oraz telefon łzami i chlipie do słuchawki „bo dziś są moje urodziny, i to taki cudowny prezent jest…”, a makijaż jej spływa na podłogę. Otóż nie: tu i teraz, rok dwa tysiące ósmy, w tym właśnie życiu takie rzeczy się zdarzają. Jak w porządnym serialu, cios oczywiście nadejdzie z zupełnie innej strony. Chociaż to nie cios: to raczej popękana podłoga, która zaczyna coraz bardziej niepokojąco trzeszczeć, to złowieszczo bulgoczące bagno, które coraz głębiej wciąga. Rozsądnie przemawiam do siebie, że każdemu może się zdarzyć zacząć budować dom na bagnie, bo mu się zdawało, że to tylko taki teren lekko podmokły. Rozsądnie przemawiam do siebie, że należy tylko umieć się wycofać, zanim będzie za późno, zanim na dobre zawali się podłoga pod stopami. Gdybyż tylko życie chciało składać się z rozsądku i nie było w nim miejsca na żadne melodramatyczne rozterki.

Prywata

monolog-wewnetrzny! Skoro już się ujawniłaś w komentarzach, to wyślij mi hasło do bloga albo daj swój adres, bo ja sobie nie mogę w odwecie poczytać, to całkiem nie fair jest. Przy okazji uprzedzam wszystkich @blog.pl, kto jeszcze nieświadom, że aliasy pocztowe od czasu ostatnich zmian nie działają.

Ururo

Dziś mam do powiedzenia tylko tyle, że właśnie zrobiłam się jeszcze starsza, a nie idzie to nijak w parze z robieniem się coraz mądrzejszą, i w ogóle. Time to die.

W kwestii

sezonu trzeciego „Prison Break” mam trzy uwagi. Po pierwsze niech Scofield przestanie wreszcie szeptac, bo szlag moze czlowieka trafic! To taka ekspresja aktorska jest, tak? Wszystko szeptem, zeby bardziej groznie i po gangstersku brzmialo? Po drugie uwazam, ze to nie fair pakowac go ciagle w koszulki z dlugim rekawem w 37-stopniowym upale tylko dlatego, ze charakteryzatorom nie chce sie malowac na nim tatuazu. Jak sie wymyslilo tatuaz calego ciala, to teraz prosze poniesc tego konsekwencje. Po trzecie T-Bag absolutnie rzadzi, rola zycia. Nie zdziwie sie, jak ten biedny aktor nie dostanie juz zadnej porzadnej roli, a nawet jesli ktos go kiedys z rozpedu dopadnie w ciemnym zaulku.

Wczoraj bylismy w lesie. Jak powiedziec eMowi, zeby zabral mnie do lasu, to wsadza mnie do auta, i jedziemy, jedziemy, jedziemy… jedziemy… az ja mu przypomne ze trzy razy, ze mial byc LAS, i ze las to nie jest droga asfaltowa pelna blaszanych pojazdow, to wtedy on nagle gdzies skreca i jestesmy w lesie. Oczywiscie on natychmiast sobie znalazl pare energicznych emerytow i wdal sie z nimi w dwugodzinna pogawedke o okolicy, z ktorej ja wynioslam tyle, ze jest tam pelno zamkow, ale wiekszosc nie do zwiedzania, oraz ze we wrzesniu w jakiejs lokalnej miescinie jest pokaz ogni sztucznych i koniecznie musimy przyjechac. Do wrzesnia mam szanse o tym zapomniec, niestety. W lesie poza tym swiergolily ptaszyny i pachnialo grzybami, ale poniewaz nadal jest styczen, to mogla to byc wylacznie moja bujna wyobraznia. Potem udalismy sie na sushi tym razem do jakiejs nowej knajpy niedaleko nas, i ja nigdy w zyciu nie sadzilam, ze gdziekolwiek mozna w ramach pojedynczej porcji dostac tyle sushi, zeby nie moc ich zmiescic w zoladku – otoz jednak mozna. Mialam na talerzu 12 nigiri Las Vegas, i udalo mi sie pozrec tylko 8 z nich. A takie byly pyszne, ze siedzialam nad nimi prawie rzewnie placzac, ze juz nie moge.

Kuchenne perypetie

Sernik zrobiony z francuskiego „fromage frais” według tego przepisu jest jadalny, a nawet smaczny (na bezrybiu i rak ryba), aczkolwiek jednak nie jest to do końca TO. Jakiś taki posmak ma dziwny. Poza tym przy miksowaniu ten ser tak się rozchlapuje na całą kuchnię, że chyba więcej nie będę próbować. P, czekam na przepis z tego brillat-savarina, zanim zacznę go szukać po sklepach. Dziś w garnku jest gulasz według Gogi, a w szafce czeka do niego polska kasza gryczana. Nie chciałby kto szybciutko kurierem wysłać mi paru ogórków kiszonych?

W kwestii „Prison Break”: fascynuje mnie, jak błyskawicznie wszyscy przypadkowi ludzie natychmiast bez pudła rozpoznają zbiegów. Ja wiem że jestem trochę pod tym względem upośledzona i nie potrafię rozpoznawać twarzy, ale naprawdę tak wszyscy oprócz mnie od razu potrafią skojarzyć jedno zdjęcie w gazecie z żywym człowiekiem, widzianym na przykład przelotnie w samochodzie? Jeszcze jak jest charakterystyczny – ma sumiasty czarny wąs, albo szopę blond loków (a zwłaszcza oba naraz), to zgoda, ale taka całkiem przeciętna dziewczyna typu żona Franklina? Poza tym nawet jeśli faktycznie wszyscy Amerykanie tacy są bystrzy, od razu poznają, kojarzą i migiem informują, to i tak fałszywych zgłoszeń musiała być cała masa, a nie wszystkich prawdziwość można było potwierdzić, więc to też się kupy nie trzyma.

Skończyłam „Lód”. Odczuwam głęboką niewytłumaczalną satysfakcję, że mogłam w ogóle obcować z tym dziełem, bo nad podziw jest wspaniałe. Niepotrzebnie się obawiałam zakończenia: Dukaj wykonuje tam woltę stylistyczną niemal nieprawdopodobną, miejscami przypomina to sowizdrzalskie kawałki Lema z Ijonem Tichym, nie spodziewałam, że on tak potrafi, dowcipnie i niemal satyrycznie. I to jednak nie jest rzecz o poznawaniu niepoznawalnego; to jest przede wszystkim próba ogarnięcia Historii i czegoś, co można określić mianem dziejowej nieuchronności. Bardziej to wyjście do rozważań niż przedstawienie poglądów autora na sprawę, bo z pewnością nie należy filozofowania Gierosławskiego brać za przemyślenia samego Dukaja. Mocno mi to miejscami przypominało „Fundację” Asimova z jego psychohistorią i obliczaniem przyszłości, muszę chyba kiedyś wrócić do tej lektury. O ile dobrze pamiętam, u Asimova pojawienie się postaci wykraczającej ponad przeciętność wprowadzało chaos do obliczeń. U Dukaja w Zimie nie ma takiej możliwości, równania matematyczno-historyczne wyznaczają jedyną możliwą prawdę, jedyną możliwą rzeczywistość. Pojawia się tylko zasadnicze pytanie, czy w takich warunkach człowiek nadal jest człowiekiem… Ale to zdecydowanie nie jest książka na jedną lekturę, a z racji objętości powracanie do niej też wymaga sporego nakładu energii. Tak czy owak pod powiekami mam teraz fantastyczne wizje świata pod Lodem, architektury zimnazowej, oszałamiającego mrozu, a w głowie całe to Dukajowe cudowne słowotwórstwo.  I jak zwykle przekonana jestem, że nie da rady napisać już nic choćby w połowie tak wspaniałego. Tylko niby co ja mam teraz czytać?

O chorowaniu i innych przyjemnościach

Wczorajszy dzień przespałam. No, z drobnymi przerwami, ale jak mnie eM obudził o 17:30, to kompletnie nie wiedziałam gdzie jestem, która jest godzina, jaka pora roku i o co w ogóle chodzi. Zwłaszcza że bardzo realistycznie śnił mi się świat „Lodu”, więc nic dziwnego, że byłam nieco zagubiona. Chyba jednak w trakcie snu nastąpiło jakieś przesilenie, bo czuję się lepiej, i zaczęłam nawet podejrzewać, że oberwałam jakimś wrednym wirusem wyprodukowanym specjalnie, aby powalać ludzi z Europy Środkowej i Wschodniej. W dodatku mam nowe krople do nosa: użyłam ich raz, po czym dostałam straszliwego ataku kichania i byłam pewna że się uduszę, ponieważ między jednym kichnięciem a drugim nie mogłam w ogóle zaczerpnąć powietrza. Przeprowadziłam nawet ze sobą w trakcie kichania rozmowę wewnętrzną „Spokojnie, jeszcze nikt nie umarł od kichania!” „Ale mnie wcale nie pociesza, że będę pierwsza…”. Krople odstawiłam na parapet i obchodzę je szerokim łukiem, już wolę mieć katar. Ani chybi postanowili mnie wykończyć na amen w tej Francji.

Czas spędzany w pieleszach domowych umilam sobie gotowaniem, i tak na przykład przez dwa ostatnie dni produkowałam lasagne. eM był zachwycony. To wprawdzie o niczym nie świadczy, bo on jest zachwycony zawsze, kiedy ja gotuję – podejrzewam że liczy na to, że mnie w ten sposób ugłaska i będę to robić częściej (to mu się nie uda), ale lasagne wyszły naprawdę przepyszne. Przetestowałam też przepis na makaron z łososiem wędzonym, który dostałam od pani laski, i teraz mam w lodówce zapas łososia wędzonego i serka mascarpone na najbliższe dwa lata. A w piekarniku mam aktualnie sernik, niestety oczywiście z francuskiego fałszywego sera (jak powiedzieć Francuzom, że nie mają porządnego białego sera, to się śmiertelnie obrażają, co faktów nie zmienia), więc pojęcia nie mam, czy coś z tego wyjdzie. Moją dewizą życiową jest jednak „nie wiesz, póki nie spróbujesz”.

A propos zakichania się na śmierć, rozmyślałam sobie potem dla poprawy nastroju o różnych idiotycznych sposobach na rozstanie się z tym światem. Od dawna najgłupsze wydaje mi się udławienie się na śmierć na przykład przy obiedzie (i przy okazji mam od dawna lekką obsesję, że to właśnie mi się przydarzy). Zwłaszcza jeśli zgromadzona jest cała rodzina, siedzą i jedzą, i nagle jeden z nich, zdrowy jak byk, bierze niefortunny kęs i po dwóch minutach nie ma człowieka. Strasznie bez sensu jest zrobiony człowiek, że te różne otwory są tak blisko siebie. Ciekawe swoją drogą, czy zwierzęta też umierają z powodu zadławienia. Oczywiście śmierć w wypadku samochodowym nie jest wiele mądrzejsza, ale z tym jakoś się wewnętrznie godzę, bo w ogóle uważam, że blaszane pudło zwane samochodem to wyjątkowo idiotyczne osiągnięcie gatunku homo sapiens, więc nie powinno dziwić, że dodatkowo służy do zabijania.

Dzień dobry

Wiem, wiem, zaniedbuję bloga (blogowi na szczęście wszystko jedno, gorzej z Czytelnikami), ale po pierwsze zalegam nadal, bo jakiś potworny wirus się do mnie przyplątał. Niby nadal trzymamy się nawzajem w ryzach, ale on jest górą, bo nie daje mi oddychać i spać w nocy. Ani w dzień zresztą. Po drugie moje intrygowanie powiodło się lepiej niż przypuszczałam, i od wczoraj pozbyłam się znienawidzonej pracy (proszę się nie obawiać, zatrudnienie mam nadal, nie mam jedynie – chwilowo – zajęcia). Oczywiście wszyscy zainteresowani sądzą, że to był ich pomysł, w dodatku genialny, o co właśnie mi chodziło. Zadziwiające, ile może osiągnąć człowiek, jeśli potrafi przekonująco udawać nie całkiem rozgarniętą nie całkiem blondynkę, która niezupełnie jest obecna tu i teraz, za to ładnie się uśmiecha i strasznie się stara, żeby wszystko było dobrze. Zresztą być może jest to moja druga natura. Wszyscy są w każdym razie zadowoleni, a ja byłabym najbardziej, gdybym mogła sobie jeszcze pooddychać nosem (dlaczego człowiek jakoś nigdy nie docenia, kiedy może to robić?), ale to też przyjdzie w odpowiedniej chwili.

W ramach wolnego poczytuję sobie oczywiście „Lód”, ale idzie mi opornie, bo po jednej stronie mam wrażenie że mózg mi zamarza, chyba muszę jednak najpierw wydobrzeć. Zajmuję się też bardzo mało oryginalnie oglądaniem „Prison Break”, złamałam się w końcu, a w zasadzie to mnie kumpel niecnie wciągnął. Bardzo mi się podoba postać głównego bohatera (Michaela mam na myśli), czuję z nim pewne pokrewieństwo duchowe. Natomiast wolałabym zdecydowanie, żeby to był film. Denerwuje mnie jednak formuła serialu, obowiązkowe nieoczekiwane zwroty akcji, i serialowe rozwiązania typu tatuś Lincolna wyskakujący jak diabełek z pudełka, policjanci strzelający koniecznie w kadłub ciężarówki, zamiast w opony, i tak dalej. Już nie mówię o bohaterach, którzy pod koniec jednego odcinka otaczani są przez przeważające siły policji, a na początku drugiego cudem jakimś uciekli. Przypomina mi się wtedy wyczytana gdzieś kiedyś historia. Otóż w czasach przedwojennych, jako że tv i seriale wtedy nie były popularne, w gazetach drukowano powieści w odcinkach (całkiem sporo szacownych książek tak debiutowało w druku, na przykład „Quo vadis”). Jakiś taki pisarzyna zakończył odcinek pakując swego bohatera w straszną kabałę – powiedzmy że wyskoczył z samolotu bez spadochronu, spadał prosto do rzeki pełnej wygłodniałych krokodyli, i miał dodatkowo nóż wbity w plecy, czy coś takiego. Tak się to ukazało, i następnego dnia pisarzyna poszedł do wydawcy z żądaniem pięciokrotnego podwyższenia stawki za swe dzieło. Wydawca go wyśmiał i zaczął szukać innego kontynuatora historii. Wszyscy jednak przeczytawszy ostatni odcinek rozkładali ręce mówiąc „panie, ale jak ja mam teraz tego bohatera z tej sytuacji wydostać? Przecież to się nie da!”. Wydawca musiał skapitulować, zapłacił pisarzynie dziesięć razy więcej (stawka tymczasem zdążyła już pójść do góry) i nazajutrz w gazecie ukazał się odcinek zaczynający się od słów „Bohater, nadludzkim wysiłkiem wydostawszy się z opresji…”. (Jeśli ktoś z moich Szanownych Czytelników wie, gdzie ta historia była opisywana, niech koniecznie się podzieli informacją.)

Zalegająco

Pod pretekstem posiadania fajnego bólu gardła i takich tam udałam się na zwolnienie, uznawszy że jestem już bardzo stara, zmęczona, i nie będę się bez sensu poświęcać dla jakichś Francuzów. Na zwolnieniu zalegam sobie z „Lodem” w dłoni i jest mi bardzo dobrze, czego wszystkim Państwu życzę. Poza tym subtelnie intryguję, aby nie musieć już długo siedzieć w obecnej pracy, tylko bardzo proszę się ze mnie nie wyśmiewać – doskonale pamiętam, że ledwie trzy miesiące temu sama ją sobie wybrałam napisawszy zresztą uprzednio na bloga notkę o dylemacie. Nie przewidziałam jednak wtedy, że trzy dni później dwóch panów teoretycznie dorosłych pokłóci się na tematy zawodowe i przestanie do siebie odzywać, używając ewentualnie mnie w charakterze pośrednika, aby swoje wzajemnie pomysły podważać i wyśmiewać. Przez chwilę może taka sytuacja człowieka bawić; przez kolejną chwilę człowiek cierpliwie to znosi mówiąc sobie, że kiedyś przecież musi im przejść; a potem człowiek ma stanowczo dość i zaczyna kombinować, jak by tu porzucić robotę w taki sposób, żeby Francuzi myśleli, że to był ich pomysł, jedynie słuszny w dodatku.

„Lód” jest prześwietny, przeczytałam wprawdzie dopiero dwie trzecie, ale nie zmienię już raczej zdania. Ubolewam wręcz nad tym, że tylko tak mało mi zostało do przeczytania. To chyba było pierwsze zaskoczenie – jak świetnie się to czyta, wchodzi w świat przedstawiony gładko jak nóż w masło, i to pomimo specyficznej ortografji, na co mój mózg normalnie jest bardzo uczulony i protestuje, a tym razem zaakceptował wyższą konieczność i nic nie mówi. Drugie zaskoczenie to odkrycie, że naprawdę można napisać tak niesłychanie konsekwentnie podporządkowaną Formie powieść, która jest jednocześnie wyrafinowaną, wysmakowaną grą literacką, świetną książką science-fiction i esejem filozoficzno-politycznym. Zastanawiam się, jak Dukaj w ogóle dał radę sobie to najpierw wymyślić,  a potem jeszcze cierpliwie zrealizować. To jest przejaw Geniuszu, przed którym tylko z otwartymi ustami można klęczeć w niemym podziwie. Mój zachwyt jest tak wielki, że nawet nie ma w nim miejsca na odrobinę zazdrości. Pewnie wrócę do tematu, kiedy skończę lekturę, bo na razie bladego pojęcia nie mam, dokąd on właściwie zmierza. Obawiam się nieco powielenia schematu z „Innych Pieśni”, bo w najgłębszej warstwie obydwie te książki mają za temat kontakt z obcą formą, z niepojmowalnym. Okaże się.

Ponieważ mam czas, to podzielę się – z Paniami głównie – tendencyjnie wybranym kawałkiem Lodu: „Od razu wyobraźnia podsunęła obraz panny Wucbówny w nieśmiałem towarzystwie niewiele zamożniejszego absztyfikanta, jak spacerują przez Dom Mody popołudniem jedynego ich wolnego dnia w tygodniu albo i miesiącu całym, ażeby przynajmniej naoglądać się widoków pięknych, otrzeć o życie wyższe, popodziwiać tu panów eleganckich i damy wytworne, starsze dwakroć od takiego podlotka, na nie to przecież kroi się modę, na kobiety dojrzałe, ponadtrzydziestoletnie, to jest kobiety ideał: kobieta skończona, spełniona, a nie diewuszka niedojrzała, czyli pół, ćwierć kobiety. La passion se porte vieux.

Disneyland

W sobotę byliśmy w Disneylandzie. Miałam mieszane uczucia, bo raz że trochę głupio w takie miejsce się wybierać bez uzasadnienia w
postaci dzieci, a dwa że wyobrażałam sobie to jako Komerchę do
dziesiątej potęgi. Ale z drugiej strony głupio też nigdy na własne oczy
nie zobaczyć, więc zobaczyłam. Akurat ładna pogoda była, słońce i dość
ciepło jak na styczeń. W lecie kolejki do wszystkich atrakcji muszą być potworne; nam
udało się zaliczyć chyba wszystkie te najważniejsze, czyli straszne
rollercoastery, niezły pałac strachów, dość fajnych Piratów z Karaibów,
strzelankę z „pistoletów laserowych”, parę karuzel, oraz most
wiszący, który mi się podobał chyba najbardziej i jakby było trochę
cieplej, to już bym tam została. Gdyby się ktoś z Państwa wybierał,
odradzam chyba tylko Autopię, taki karting dla ubogich. Auta
przyczepione są do szyny, więc frajda z jazdy praktycznie żadna, za to
brak resorów powoduje, że trzęsie okropnie nieprzyjemnie, a jeśli ktoś z
tyłu nas stuknie, to co wrażliwszym kręgosłupom to się zupełnie nie
podoba. Rozumiem, że dzieci w wieku lat około 10 może to fascynować, bo
mogą sobie same „poprowadzić” całkiem prawdziwy samochód, ale jak kto
już ma prawo jazdy, to żadna atrakcja. Ogólnie czułam się trochę jak
Hal Bregg w pałacu Merlina („Powrót z gwiazd”), zwłaszcza tam gdzie
wsiadało się do „łódek” – one są napędzane wyłącznie sztucznie
generowanym prądem wody i umieszczone w takiej metalowej rynnie, żeby
nie zbaczały, więc co chwila waliliśmy bokiem o tę rynnę, i ja się
automatycznie napinałam. Nie mogłam sobie nijak przetłumaczyć, że wody
pod nami jest raptem do kolan, i że tak ma być. Chyba już za stara jestem na takie atrakcje, czy co…