Złoty kompas

Złoty kompas
widziałam. Zastrzegam, nie czytałam pierwowzoru Pullmana, czytałam
recenzje, w których ludzie się żalą, że nic się nie da zrozumieć z
filmu bez znajomości książki i w ogóle kiepski jest. Otóż zupełnie nie
odniosłam takiego wrażenia: fabuła jasna, efekty specjalne wciskają w
fotel (choćby pojedynek niedźwiedzi naprawdę warto zobaczyć na dużym
ekranie), ogólnie całkiem dobry film przygodowo-fantastyczny.
Oczywiście o oryginalności nie będziemy wspominać, bo wszystko tu się
kojarzy z czymś, co już gdzieś było (wróżki nadlatujące znienacka na
odsiecz jakoś dziwnie przypominają orły w finałowej bitwie u Tolkiena,
latająca machina powietrzna wzięta jest chyba cokolwiek z „Gwiezdnego
Pyłu”, całe zimowe otoczenie przywodzi na myśl Narnię, i tak dalej, i
tak dalej), ale bądźmy szczerzy: domaganie się oryginalności w wieku
XXI nie ma specjalnego sensu. (A Dukaj potrafi. Ale Dukaj jest jeden,
genialny, i w dodatku zupełnie nie do sfilmowania.) Wracając do filmu,
umarłam z radości, kiedy przywódca ponurych kudłatych wielkich chłopów
stanowiących lokalne ZOMO z wilkami do pomocy odezwał się pięknie po
rosyjsku. Ja bym się trochę obraziła na miejscu Rosjan. Może nie
planują tam tego filmu pokazywać. Warto też od razu uprzedzić, że to
jest pierwszy tom trylogii, i to po zakończeniu widać bardzo wyraźnie,
więc fani zdecydowanych zakończeń mogą sobie darować seans.

Feynman vs Pennac

Ładnie mi się ułożyły moje dwie ostatnie lektury przedświąteczne: pierwsza to Feynmana „Pan raczy żartować, panie Feynman„, nikomu chyba nie trzeba objaśniać o kim i o czym. Czytałam ją już wieki temu, a niedawno sobie kupiłam i odnowiłam znajomość z niesłabnącym zachwytem. Nawet jeśli tylko połowa jego sowizdrzalskich opowieści byłaby prawdziwa (a raczej nikt nigdy ich nie kwestionował), to już by wystarczyło. Wspaniały umysł – nie tylko geniusz, ale również cudowny popularyzator nauki, szczerze zafascynowany całością otaczającego świata, a jednocześnie skromny człowiek, który potrafił się przyznać do własnych słabości.
Feyman był w tej ciekawości świata wychowany, od początku niepohamowanie dociekliwy i zdolny.

Jakże innym dzieckiem był autor mojej drugiej lektury, Daniel Pennac, którego „Chagrin d’ecole” został dość niespodzianie nagrodzony w listopadzie Prix Renaudot. (Polscy czytelnicy mogą się zapoznać z jego „Małą handlarką prozą”, zachęcam!) „Chagrin d’école”, czyli „Szkolny smutek” opowiada o karierze bardzo kiepskiego ucznia, który „jeśli nie był ostatni w klasie, to znaczyło że jest przedostatni, i w domu pito wtedy szampana”. Z tego tragicznego nieuka wyrósł następnie niezły powieściopisarz oraz… nauczyciel francuskiego, z uwagą pochylający się nad swoimi trudnymi uczniami. O tym jest właśnie ta bardzo mądra i piękna książka.

Pennac pochodził z rodziny, jak byśmy w Polsce powiedzieli, inteligenckiej. Starsi bracia uczyli się świetnie, rodzice nie stronili od książek – i tylko on jako młodzian się wyrodził. Nie rozumiał nic z matematyki, jeszcze mniej z historii, ani odrobiny z geografii, i nie był w stanie napisać poprawnie żadnego słowa. Jak z tego niezapowiadającego się na nic dziecka wyrósł pisarz i intelektualista? Cóż, po pierwsze po kryjomu czytał książki: w latach 50-tych nie było mowy o akcji „Cała Francja czyta dzieciom” i nikt by się nie cieszył, że dziecko pochłania „Harry’ego Pottera”. Powieści były co najmniej niewskazane. Pennacowi jednak przysłużyła się ta pasja. Ortografia mu się wprawdzie nie poprawiła, za to rozbudziła się w nim ciekawość świata i zdolność narracji. Po drugie miał szczęście trafić na rozumnego nauczyciela, który skłonił go do… napisania powieści. Tak się zaczęło. Potem – przekonany, że kiepscy uczniowie niekoniecznie są takim z własnej woli, zaczął się nimi zajmować zawodowo.
W tej wspaniałej książce jest więcej pytań niż odpowiedzi. Zwłaszcza o możliwości i ograniczenia tkwiące w samej idei szkolnictwa, w niełatwym związku nauczyciel-uczeń. Mowa również o współczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym i jego wpływie na wychowanie dzieci. Rzecz pewnie nie będzie przetłumaczona na polski z racji tkwienia bardzo głęboko w realiach francuskich, ale może znajdzie się jakiś natchniony tłumacz. A może ktoś podejmie z Pennacem dialog… (hmmm, że niby jakiś polski nędznie opłacany nauczyciel? To chyba już mrzonki…)

Kontrola

Wczoraj po raz bodaj drugi od czasu, jak tu mieszkam, zasłużyłam sobie na kontrolę bilecików. Była to operacja budząca podziw. Ekipa kontrolerów (wszyscy w kurteczkach RATP – granat z seledynem), jakieś 10 czy 12 osób, czekała na nas na przystanku. Podzieleni na dwie grupy obstawili obydwa wyjścia, tak żeby nikt się nie prześlizgnął, po czym głośno i uprzejmie rzekli
– Bonjour messieurs dames! Poprosimy bileciki do kontroli.
Tłoku w autobusie nie było, przypadały chyba ze dwie osoby na jednego kanara, kontrola przebiegła więc szybko i sprawnie. Po pół minuty ekipa podziękowała za współpracę i wysiadła czyhać na następny autobus. Kątem oka na przystanku zauważyłam rosłego młodzieńca z napisem Police na ubraniu, pewnie ich dodatkową obstawę…

Sto lat dla Jo

Najcudowniejsza z moich siostrzenic szczęśliwie kończy dziś 6 miesięcy, a od przedwczoraj ma pierwszy ząb. Od pewnego czasu wcina dania słoiczkowe jak mały odkurzacz, co widziałam sama na własne oczy, dzięki czemu przybiera na wadze bez żadnych zahamowań (powodując stres u swojej matki). Jest dzieckiem bardzo towarzyskim, marudzi tylko kiedy ma konkretny powód. Konktat werbalny z nią na razie nadal jest mocno ograniczony, do „ghiii” i temu podobnych, ale ani się obejrzycie, a zacznie pisać bloga.

Rozmowa z porannego korka.
– &*&$!@#*% – wyemitował niecenzuralnie eM – ten Scenic zajechał mi drogę!
– A, trzeba mu było rozbić reflektor, popłakałby dwa tygodnie i zastanowił się nad sobą – odparłam obojętnie.
– E tam, miałby to gdzieś, jesteś we Francji – uświadomił mnie eM, który wie, że w Polsce stosunek do Samochodu jest nieco inny niż tu.
– Ty – zainteresowałam się nagle – to tu jak jest stłuczka, to ludzie na siebie nie wrzeszczą i się nie wyzywają?
– Bardzo rzadko – stanowczo odpowiedział eM. Ale i tak mu nie wierzę.

Warszawa-Wrocław, czyli ze wspomnień kombatanta

Matematyka jest fajna, ale nie zawsze dobrze sprawdza się w rzeczywistym świecie. 50 minut lotu samolotem Warszawa-Wrocław wyglądało z każdej strony sześć razy lepiej niż ponad 5 godzin jazdy pociągiem na tej samej trasie. Wybrałam więc ostatecznie lot i LOT, opowiadając siostrze i szwagrowi, jakie to straszne przeżycie lecieć tymi rozklekotanymi radzieckimi maszynami, ale nie znalazłam u nich żadnego zrozumienia, oni bowiem mieli ongiś styczność z azjatyckimi liniami lotniczymi. Drugiego dnia świąt wieczorem dotarłam na pusty terminal krajowy, gdzie wszystkie samoloty były o czasie oprócz oczywiście mojego, który podobno miał usterkę techniczną. W sumie jednak i tak podróż trwała krócej niż pociągiem, a potem obejrzałam światła Wrocławia z góry. Bezcenne. Kocham to miasto. Wiem, że miłość do miasta to dość dziwny pomysł, ale nic na to nie poradzę. Skoro mogę się zakochiwać na przykład w książkach oraz nieżyjących pisarzach, to mogę i w całkiem żywym mieście.

Coraz częściej mi się wydaje, że skończy się ta historia jak mojego rodzonego Wujka, co studia robił w Gliwicach i tam miał przyjaciół oraz życie towarzyskie, aż potem dwie siostry jego (moja Matka była  jedną z nich) ściągnęły go do Warszawy. Teraz ma 70 lat, małe mieszkanko na Ochocie, nigdy nie miał żadnej rodziny i nadal utrzymuje kontakty ze Ślązakami. No dobra, mnie jednak nikt nigdzie nie ściągał, sama chciałam, a jak będę chciała, to sobie wrócę, tak?

Arcimboldo

Byliśmy w końcu wczoraj na wystawie Arcimboldo, bo to już prawie ostatni dzwonek. Optymistycznie założyłam, że kolejka na pewno będzie spora, ale będzie się sprawnie posuwać – i to było błędne zalożenie. Zdążyliśmy nieźle przemarznąć mimo ogólnie wiosennej prawie aury. W końcu weszliśmy do muzeum, przedarliśmy się przez tłum ludzi, i zaskoczyło mnie, że obrazów jest w sumie tak niewiele. Czytałam wcześniej ten artykuł Sarzyńskiego, ale jakoś nie wyobrażałam sobie, że aż tak skromnie będzie. Organizatorzy dorzucili tam różne dzieła mniej czy bardziej z epoki, większość niestety kompletnie bez związku. Natomiast zupełnie nie zgadzam się z Sarzyńskim, że Arcimboldo miał ubogą wyobraźnię. Po pierwsze trzeba było sobie ten styl malowania wymyślić (i najwięksi krytycy nie mają pojęcia, skąd mu to właściwie przyszło do głowy) – wystawa zaczyna się od jednego z ostatnich jego normalnych portetów, Maksymiliana II z rodziną. Potem już są te urocze dziwactwa. Po drugie powaliły mnie na kolana trzy obrazy „dwustronne”, przedstawiające martwą naturę, gdy powieszone normalnie, a jakąś istotę gdy odwrócone do góry nogami. Organizatorzy chytrze umieścili pod nimi lustro, dopchać się tam oczywiście było bardzo trudno, ale było warto. Ja sobie zupełnie nie umiem wyobrazić, jak to można było wymyślić i zrealizować. Facet nie miał w końcu do dyspozycji komputera. Musiał mieć naprawdę fantastyczną wyobraźnię. Poza tym podziwiam jego drobiazgowość w oddawaniu gatunków warzyw, ptaków czy innych ryb. To nie są po prostu jakieś dowolne ryby: każda jest inna, i prawdopodobnie całkiem zgodna z rzeczywistością. Robi wrażenie. A że trochę monotonne, no cóż – podziwiali go za to i mu płacili, więc  czemu miał nagle zaczynać coś innego ryzykując klęskę? W muzealnej księgarni po wyjściu można było kupić dość dokładnie wszystko, a to wyklejanki z Arcimboldo dla dzieci, torby na zakupy z Arcimboldo, pocztówki trójwymiarowe, ale również podręczniki ogrodnictwa i konfitury w słoiczkach.

Zagadka na weekend

Jeżeli kiedyś będą Państwo obdarowywać osobę, która z tymi prezentami wraca potem gdzieś samolotem i ma ograniczone miejsce w walizce oraz ograniczone możliwości dźwigania ciężarów, to bardzo proszę wybierać prezenty małe i lekkie. Zwłaszcza jeśli wiadomo, że osoba ta wykorzystuje pobyt do nabycia sobie pół tony książek. Moja ukochana rodzina chyba się w tym roku zmówiła, i dostałam wyłącznie całkowite przeciwieństwa tej zasady, a to na przykład: komplet ręczników, suszarkę do włosów z pięcioma końcówkami modelującymi, pół kilo balsamu do ciała z minerałami z Morza Martwego oraz szczyt szczytów – przepiękną i naprawdę bardzo solidną żeliwną (albo coś w tym rodzaju) formę do ciasta. Ważącą DUŻO. W pierwszym odruchu zamierzałam ją wsadzić do bagażu podręcznego, ale potem uznałam, że mnie z nią nigdzie nie wpuszczą, bo zdecydowanie może być użyta w charakterze broni. Obawiam się, że przy każdym prezencie moje oczy otwierały się coraz szerzej, a zamiast radości widniała w nich delikatna panika. Ale ostatecznie udało mi się zabrać z tym wszystkim, więc nie zamierzam narzekać.

A propos książek: w domu u siostry czekały na mnie liczne piękne kuszące paczki z Merlina, zawierające m.in. nową Tokarczuk, nowego Pratchetta, „Lód” Dukaja, i tak dalej. Proszę zatem zgadnąć, za lekturę jakiej książki, wyciągniętej bez pudła z siostrzanej półki, zabrałam się łapczywie natychmiast po przybyciu? Dla ułatwienia: książka jest bardzo znana na całym świecie, z drugiej połowy XX wieku, ten konkretny egzemplarz jest zaczytany prawie na amen również przeze mnie, nie jest to polski pisarz i nie jest to „Sto lat samotności”.

Wigilia

W Wigilię o ósmej rano w ciszy robiłam sernik za zamkniętymi drzwiami kuchni mego domu rodzinnego i nie mogłam się pozbyć wrażenia, że za chwilę drzwi się otworzą i wejdzie moja zaspana Mama, jak to niegdyś bywało. Nie weszła, ale nieco później pojechałyśmy do Niej na Cmentarz Bródnowski, w jedynie słusznym składzie dwie córki i wnuczka. A sernik wyszedł boski (oczywiście, że robiłam niedbale na oko i nie mam pojęcia, czemu aż taki dobry, i co ja tam w zasadzie dałam…).

Sama Wigilia odbyła się u teściów siostry, i to można by opisywać a opisywać, tylko pióro jakiegoś Tołstoja trzeba by mieć. Nie mam, więc zapiszę jedynie, że podarowanie teściom dużego telewizora jest pomysłem w zasadzie sympatycznym, natomiast robi się nieco kłopotliwe, kiedy oprócz tego drobnego podarku należy przewieźć: sześciomiesięczne dziecko sztuk jedna, oprzyrządowanie dziecka sztuk bardzo wiele, ciotkę dziecka sztuk jedna, prezenty pozostałe sztuk sporo, rozmaite dania wigilijne sztuk mnóstwo, oraz wujka sztuk jedna. Najwięcej z tego towarzystwa ważył chyba jednak telewizor, i w dodatku odmówił zmieszczenia się do windy. Owszem – teraz uważam, że byłby z tego niezły skecz w jakiejś miłej komedii rodzinnej, ale wtedy dlaczegoś nikt z nas nie patrzył na to w ten sposób.

Pierwsza Wigilia w życiu zrobiła na małej Jo wielkie wrażenie. Z prezentów najbardziej chyba podobały jej się opakowania, ale to akurat prawdziwej kobiecie nigdy do końca nie mija. Doceniła też możliwość siedzenia przy stole razem z nami, bo to niezwykle towarzyskie dziecko jest. Ja natomiast doceniłam barszcz, uszka, paszteciki, śledzie i karpia. Pierogi też by mi bardzo smakowały, ale nie miałam już na nie miejsca. Wśród innych prezentów szwagier dostał ode mnie koszulkę (z głupim napisem, a jakże) opakowaną chytrze w dużą puszkę z kuszącym napisem Bigos. Odczytał instrukcję obsługi głoszącą między innymi, że trudno jest określić datę przydatności do spożycia produktu, ponieważ nie wiadomo czy produkt jest w ogóle do czegoś przydatny, i tak dalej w tym stylu. Następnie zabrał się za otwieranie puszki, na co matka jego podniosła larum
– Oszalałeś, tyle jedzenia jest, a ty bigos będziesz jeszcze teraz otwierał!?! Zostawże ten bigos, przecież nie zjemy tego!! – i to był najzabawniejszy moment tego dnia. A potem wróciliśmy i graliśmy w Monopoly, jeden z prezentów ode mnie, i nie pamiętam kiedy ostatnio się tak śmiałam, za sprawą własnej siostry, która teoretycznie jest poważną doktorantką, panią domu, żoną męża i matką dziecka. Na szczęście czasem nadal bywa dziewięciolatką.

Będę teraz żyć wspomnieniami

1 stycznia 2008 o godzinie 18 ostatnim miejscem na ziemi, w którym miałam ochotę przebywać, było warszawskie lotnisko im. Fryderyka Chopina. Jak łatwo zgadnąć, tam właśnie przebywałam. Ja się jednak naprawdę w żadnym calu nie nadaję na emigrantkę.

A przedtem… działo się mnóstwo. Najpierw były strajki na Orly i całą przedwigilijną sobotę zastanawiałam się, czy w ogóle gdzieś polecę (eM w ramach wishful thinking twierdził, że na CDG też strajkują, ale nie miał ostatecznie racji). W niedzielę dobitnie przekonałam się, że nie należy ufać żadnym zachętom do wykonywania samodzielnego check-in, ponieważ potem i tak trzeba odstać 45 minut w kolejce do zrzucenia bagażu (podczas gdy równoległa kolejka do normalnego check-in posuwa się znacznie sprawniej). Prawie umarłam ze zdenerwowania, że jednak nie zdążę na samolot do Polski, a kiedy w końcu oddałam bagaż i rzuciłam okiem na rozpiskę odlotów, okazało się, że mój lot ma być opóźniony o godzinę. Spokojnie poszłam napić się kawy, następnie równie spokojnie pozwiedzałam wszystkie sklepy okoliczne, i kiedy z nudów znów niedbale rzuciłam okiem na wiadomą tablicę, nagle okazało się, że już przyjmują pasażerów na pokład – wcześniej niż zapowiadali. Nie należy liczyć na to, że Francuzi poinformują o takiej zmianie przez głośniki. Pasażer powinien być samodzielny i się zatroszczyć o siebie. Szczęśliwie mimo tych przeciwności losu udało mi się wylądować w mieście Warszawa. Najpierw podziwiałam tam namiastkę śniegu – nędzną bo nędzną, ale nic podobnego nie widziałam od marca, i pewnie nieprędko ujrzę. Potem zastanawiałam się, czemu to miasto robi na mnie wrażenie jakiegoś takiego pogrążonego w mroku i ponurego. Dekoracje świąteczne występowały bardzo oszczędnie w porównaniu z Paryżem. A potem zajęłam się świątecznym życiem rodzinnym oraz podziwianiem nowych umiejętności mojej siostrzenicy, która jest dzieckiem ślicznym, genialnym i absolutnie nadzwyczajnym (to jest obiektywny punkt widzenia).