Dzień dobry

Wiem, wiem, zaniedbuję bloga (blogowi na szczęście wszystko jedno, gorzej z Czytelnikami), ale po pierwsze zalegam nadal, bo jakiś potworny wirus się do mnie przyplątał. Niby nadal trzymamy się nawzajem w ryzach, ale on jest górą, bo nie daje mi oddychać i spać w nocy. Ani w dzień zresztą. Po drugie moje intrygowanie powiodło się lepiej niż przypuszczałam, i od wczoraj pozbyłam się znienawidzonej pracy (proszę się nie obawiać, zatrudnienie mam nadal, nie mam jedynie – chwilowo – zajęcia). Oczywiście wszyscy zainteresowani sądzą, że to był ich pomysł, w dodatku genialny, o co właśnie mi chodziło. Zadziwiające, ile może osiągnąć człowiek, jeśli potrafi przekonująco udawać nie całkiem rozgarniętą nie całkiem blondynkę, która niezupełnie jest obecna tu i teraz, za to ładnie się uśmiecha i strasznie się stara, żeby wszystko było dobrze. Zresztą być może jest to moja druga natura. Wszyscy są w każdym razie zadowoleni, a ja byłabym najbardziej, gdybym mogła sobie jeszcze pooddychać nosem (dlaczego człowiek jakoś nigdy nie docenia, kiedy może to robić?), ale to też przyjdzie w odpowiedniej chwili.

W ramach wolnego poczytuję sobie oczywiście „Lód”, ale idzie mi opornie, bo po jednej stronie mam wrażenie że mózg mi zamarza, chyba muszę jednak najpierw wydobrzeć. Zajmuję się też bardzo mało oryginalnie oglądaniem „Prison Break”, złamałam się w końcu, a w zasadzie to mnie kumpel niecnie wciągnął. Bardzo mi się podoba postać głównego bohatera (Michaela mam na myśli), czuję z nim pewne pokrewieństwo duchowe. Natomiast wolałabym zdecydowanie, żeby to był film. Denerwuje mnie jednak formuła serialu, obowiązkowe nieoczekiwane zwroty akcji, i serialowe rozwiązania typu tatuś Lincolna wyskakujący jak diabełek z pudełka, policjanci strzelający koniecznie w kadłub ciężarówki, zamiast w opony, i tak dalej. Już nie mówię o bohaterach, którzy pod koniec jednego odcinka otaczani są przez przeważające siły policji, a na początku drugiego cudem jakimś uciekli. Przypomina mi się wtedy wyczytana gdzieś kiedyś historia. Otóż w czasach przedwojennych, jako że tv i seriale wtedy nie były popularne, w gazetach drukowano powieści w odcinkach (całkiem sporo szacownych książek tak debiutowało w druku, na przykład „Quo vadis”). Jakiś taki pisarzyna zakończył odcinek pakując swego bohatera w straszną kabałę – powiedzmy że wyskoczył z samolotu bez spadochronu, spadał prosto do rzeki pełnej wygłodniałych krokodyli, i miał dodatkowo nóż wbity w plecy, czy coś takiego. Tak się to ukazało, i następnego dnia pisarzyna poszedł do wydawcy z żądaniem pięciokrotnego podwyższenia stawki za swe dzieło. Wydawca go wyśmiał i zaczął szukać innego kontynuatora historii. Wszyscy jednak przeczytawszy ostatni odcinek rozkładali ręce mówiąc „panie, ale jak ja mam teraz tego bohatera z tej sytuacji wydostać? Przecież to się nie da!”. Wydawca musiał skapitulować, zapłacił pisarzynie dziesięć razy więcej (stawka tymczasem zdążyła już pójść do góry) i nazajutrz w gazecie ukazał się odcinek zaczynający się od słów „Bohater, nadludzkim wysiłkiem wydostawszy się z opresji…”. (Jeśli ktoś z moich Szanownych Czytelników wie, gdzie ta historia była opisywana, niech koniecznie się podzieli informacją.)

Zalegająco

Pod pretekstem posiadania fajnego bólu gardła i takich tam udałam się na zwolnienie, uznawszy że jestem już bardzo stara, zmęczona, i nie będę się bez sensu poświęcać dla jakichś Francuzów. Na zwolnieniu zalegam sobie z „Lodem” w dłoni i jest mi bardzo dobrze, czego wszystkim Państwu życzę. Poza tym subtelnie intryguję, aby nie musieć już długo siedzieć w obecnej pracy, tylko bardzo proszę się ze mnie nie wyśmiewać – doskonale pamiętam, że ledwie trzy miesiące temu sama ją sobie wybrałam napisawszy zresztą uprzednio na bloga notkę o dylemacie. Nie przewidziałam jednak wtedy, że trzy dni później dwóch panów teoretycznie dorosłych pokłóci się na tematy zawodowe i przestanie do siebie odzywać, używając ewentualnie mnie w charakterze pośrednika, aby swoje wzajemnie pomysły podważać i wyśmiewać. Przez chwilę może taka sytuacja człowieka bawić; przez kolejną chwilę człowiek cierpliwie to znosi mówiąc sobie, że kiedyś przecież musi im przejść; a potem człowiek ma stanowczo dość i zaczyna kombinować, jak by tu porzucić robotę w taki sposób, żeby Francuzi myśleli, że to był ich pomysł, jedynie słuszny w dodatku.

„Lód” jest prześwietny, przeczytałam wprawdzie dopiero dwie trzecie, ale nie zmienię już raczej zdania. Ubolewam wręcz nad tym, że tylko tak mało mi zostało do przeczytania. To chyba było pierwsze zaskoczenie – jak świetnie się to czyta, wchodzi w świat przedstawiony gładko jak nóż w masło, i to pomimo specyficznej ortografji, na co mój mózg normalnie jest bardzo uczulony i protestuje, a tym razem zaakceptował wyższą konieczność i nic nie mówi. Drugie zaskoczenie to odkrycie, że naprawdę można napisać tak niesłychanie konsekwentnie podporządkowaną Formie powieść, która jest jednocześnie wyrafinowaną, wysmakowaną grą literacką, świetną książką science-fiction i esejem filozoficzno-politycznym. Zastanawiam się, jak Dukaj w ogóle dał radę sobie to najpierw wymyślić,  a potem jeszcze cierpliwie zrealizować. To jest przejaw Geniuszu, przed którym tylko z otwartymi ustami można klęczeć w niemym podziwie. Mój zachwyt jest tak wielki, że nawet nie ma w nim miejsca na odrobinę zazdrości. Pewnie wrócę do tematu, kiedy skończę lekturę, bo na razie bladego pojęcia nie mam, dokąd on właściwie zmierza. Obawiam się nieco powielenia schematu z „Innych Pieśni”, bo w najgłębszej warstwie obydwie te książki mają za temat kontakt z obcą formą, z niepojmowalnym. Okaże się.

Ponieważ mam czas, to podzielę się – z Paniami głównie – tendencyjnie wybranym kawałkiem Lodu: „Od razu wyobraźnia podsunęła obraz panny Wucbówny w nieśmiałem towarzystwie niewiele zamożniejszego absztyfikanta, jak spacerują przez Dom Mody popołudniem jedynego ich wolnego dnia w tygodniu albo i miesiącu całym, ażeby przynajmniej naoglądać się widoków pięknych, otrzeć o życie wyższe, popodziwiać tu panów eleganckich i damy wytworne, starsze dwakroć od takiego podlotka, na nie to przecież kroi się modę, na kobiety dojrzałe, ponadtrzydziestoletnie, to jest kobiety ideał: kobieta skończona, spełniona, a nie diewuszka niedojrzała, czyli pół, ćwierć kobiety. La passion se porte vieux.

Disneyland

W sobotę byliśmy w Disneylandzie. Miałam mieszane uczucia, bo raz że trochę głupio w takie miejsce się wybierać bez uzasadnienia w
postaci dzieci, a dwa że wyobrażałam sobie to jako Komerchę do
dziesiątej potęgi. Ale z drugiej strony głupio też nigdy na własne oczy
nie zobaczyć, więc zobaczyłam. Akurat ładna pogoda była, słońce i dość
ciepło jak na styczeń. W lecie kolejki do wszystkich atrakcji muszą być potworne; nam
udało się zaliczyć chyba wszystkie te najważniejsze, czyli straszne
rollercoastery, niezły pałac strachów, dość fajnych Piratów z Karaibów,
strzelankę z „pistoletów laserowych”, parę karuzel, oraz most
wiszący, który mi się podobał chyba najbardziej i jakby było trochę
cieplej, to już bym tam została. Gdyby się ktoś z Państwa wybierał,
odradzam chyba tylko Autopię, taki karting dla ubogich. Auta
przyczepione są do szyny, więc frajda z jazdy praktycznie żadna, za to
brak resorów powoduje, że trzęsie okropnie nieprzyjemnie, a jeśli ktoś z
tyłu nas stuknie, to co wrażliwszym kręgosłupom to się zupełnie nie
podoba. Rozumiem, że dzieci w wieku lat około 10 może to fascynować, bo
mogą sobie same „poprowadzić” całkiem prawdziwy samochód, ale jak kto
już ma prawo jazdy, to żadna atrakcja. Ogólnie czułam się trochę jak
Hal Bregg w pałacu Merlina („Powrót z gwiazd”), zwłaszcza tam gdzie
wsiadało się do „łódek” – one są napędzane wyłącznie sztucznie
generowanym prądem wody i umieszczone w takiej metalowej rynnie, żeby
nie zbaczały, więc co chwila waliliśmy bokiem o tę rynnę, i ja się
automatycznie napinałam. Nie mogłam sobie nijak przetłumaczyć, że wody
pod nami jest raptem do kolan, i że tak ma być. Chyba już za stara jestem na takie atrakcje, czy co…

Złoty kompas

Złoty kompas
widziałam. Zastrzegam, nie czytałam pierwowzoru Pullmana, czytałam
recenzje, w których ludzie się żalą, że nic się nie da zrozumieć z
filmu bez znajomości książki i w ogóle kiepski jest. Otóż zupełnie nie
odniosłam takiego wrażenia: fabuła jasna, efekty specjalne wciskają w
fotel (choćby pojedynek niedźwiedzi naprawdę warto zobaczyć na dużym
ekranie), ogólnie całkiem dobry film przygodowo-fantastyczny.
Oczywiście o oryginalności nie będziemy wspominać, bo wszystko tu się
kojarzy z czymś, co już gdzieś było (wróżki nadlatujące znienacka na
odsiecz jakoś dziwnie przypominają orły w finałowej bitwie u Tolkiena,
latająca machina powietrzna wzięta jest chyba cokolwiek z „Gwiezdnego
Pyłu”, całe zimowe otoczenie przywodzi na myśl Narnię, i tak dalej, i
tak dalej), ale bądźmy szczerzy: domaganie się oryginalności w wieku
XXI nie ma specjalnego sensu. (A Dukaj potrafi. Ale Dukaj jest jeden,
genialny, i w dodatku zupełnie nie do sfilmowania.) Wracając do filmu,
umarłam z radości, kiedy przywódca ponurych kudłatych wielkich chłopów
stanowiących lokalne ZOMO z wilkami do pomocy odezwał się pięknie po
rosyjsku. Ja bym się trochę obraziła na miejscu Rosjan. Może nie
planują tam tego filmu pokazywać. Warto też od razu uprzedzić, że to
jest pierwszy tom trylogii, i to po zakończeniu widać bardzo wyraźnie,
więc fani zdecydowanych zakończeń mogą sobie darować seans.

Feynman vs Pennac

Ładnie mi się ułożyły moje dwie ostatnie lektury przedświąteczne: pierwsza to Feynmana „Pan raczy żartować, panie Feynman„, nikomu chyba nie trzeba objaśniać o kim i o czym. Czytałam ją już wieki temu, a niedawno sobie kupiłam i odnowiłam znajomość z niesłabnącym zachwytem. Nawet jeśli tylko połowa jego sowizdrzalskich opowieści byłaby prawdziwa (a raczej nikt nigdy ich nie kwestionował), to już by wystarczyło. Wspaniały umysł – nie tylko geniusz, ale również cudowny popularyzator nauki, szczerze zafascynowany całością otaczającego świata, a jednocześnie skromny człowiek, który potrafił się przyznać do własnych słabości.
Feyman był w tej ciekawości świata wychowany, od początku niepohamowanie dociekliwy i zdolny.

Jakże innym dzieckiem był autor mojej drugiej lektury, Daniel Pennac, którego „Chagrin d’ecole” został dość niespodzianie nagrodzony w listopadzie Prix Renaudot. (Polscy czytelnicy mogą się zapoznać z jego „Małą handlarką prozą”, zachęcam!) „Chagrin d’école”, czyli „Szkolny smutek” opowiada o karierze bardzo kiepskiego ucznia, który „jeśli nie był ostatni w klasie, to znaczyło że jest przedostatni, i w domu pito wtedy szampana”. Z tego tragicznego nieuka wyrósł następnie niezły powieściopisarz oraz… nauczyciel francuskiego, z uwagą pochylający się nad swoimi trudnymi uczniami. O tym jest właśnie ta bardzo mądra i piękna książka.

Pennac pochodził z rodziny, jak byśmy w Polsce powiedzieli, inteligenckiej. Starsi bracia uczyli się świetnie, rodzice nie stronili od książek – i tylko on jako młodzian się wyrodził. Nie rozumiał nic z matematyki, jeszcze mniej z historii, ani odrobiny z geografii, i nie był w stanie napisać poprawnie żadnego słowa. Jak z tego niezapowiadającego się na nic dziecka wyrósł pisarz i intelektualista? Cóż, po pierwsze po kryjomu czytał książki: w latach 50-tych nie było mowy o akcji „Cała Francja czyta dzieciom” i nikt by się nie cieszył, że dziecko pochłania „Harry’ego Pottera”. Powieści były co najmniej niewskazane. Pennacowi jednak przysłużyła się ta pasja. Ortografia mu się wprawdzie nie poprawiła, za to rozbudziła się w nim ciekawość świata i zdolność narracji. Po drugie miał szczęście trafić na rozumnego nauczyciela, który skłonił go do… napisania powieści. Tak się zaczęło. Potem – przekonany, że kiepscy uczniowie niekoniecznie są takim z własnej woli, zaczął się nimi zajmować zawodowo.
W tej wspaniałej książce jest więcej pytań niż odpowiedzi. Zwłaszcza o możliwości i ograniczenia tkwiące w samej idei szkolnictwa, w niełatwym związku nauczyciel-uczeń. Mowa również o współczesnym społeczeństwie konsumpcyjnym i jego wpływie na wychowanie dzieci. Rzecz pewnie nie będzie przetłumaczona na polski z racji tkwienia bardzo głęboko w realiach francuskich, ale może znajdzie się jakiś natchniony tłumacz. A może ktoś podejmie z Pennacem dialog… (hmmm, że niby jakiś polski nędznie opłacany nauczyciel? To chyba już mrzonki…)

Kontrola

Wczoraj po raz bodaj drugi od czasu, jak tu mieszkam, zasłużyłam sobie na kontrolę bilecików. Była to operacja budząca podziw. Ekipa kontrolerów (wszyscy w kurteczkach RATP – granat z seledynem), jakieś 10 czy 12 osób, czekała na nas na przystanku. Podzieleni na dwie grupy obstawili obydwa wyjścia, tak żeby nikt się nie prześlizgnął, po czym głośno i uprzejmie rzekli
– Bonjour messieurs dames! Poprosimy bileciki do kontroli.
Tłoku w autobusie nie było, przypadały chyba ze dwie osoby na jednego kanara, kontrola przebiegła więc szybko i sprawnie. Po pół minuty ekipa podziękowała za współpracę i wysiadła czyhać na następny autobus. Kątem oka na przystanku zauważyłam rosłego młodzieńca z napisem Police na ubraniu, pewnie ich dodatkową obstawę…

Sto lat dla Jo

Najcudowniejsza z moich siostrzenic szczęśliwie kończy dziś 6 miesięcy, a od przedwczoraj ma pierwszy ząb. Od pewnego czasu wcina dania słoiczkowe jak mały odkurzacz, co widziałam sama na własne oczy, dzięki czemu przybiera na wadze bez żadnych zahamowań (powodując stres u swojej matki). Jest dzieckiem bardzo towarzyskim, marudzi tylko kiedy ma konkretny powód. Konktat werbalny z nią na razie nadal jest mocno ograniczony, do „ghiii” i temu podobnych, ale ani się obejrzycie, a zacznie pisać bloga.

Rozmowa z porannego korka.
– &*&$!@#*% – wyemitował niecenzuralnie eM – ten Scenic zajechał mi drogę!
– A, trzeba mu było rozbić reflektor, popłakałby dwa tygodnie i zastanowił się nad sobą – odparłam obojętnie.
– E tam, miałby to gdzieś, jesteś we Francji – uświadomił mnie eM, który wie, że w Polsce stosunek do Samochodu jest nieco inny niż tu.
– Ty – zainteresowałam się nagle – to tu jak jest stłuczka, to ludzie na siebie nie wrzeszczą i się nie wyzywają?
– Bardzo rzadko – stanowczo odpowiedział eM. Ale i tak mu nie wierzę.