A tak w ogóle

to następny piątek 29 lutego będzie za 28 lat. Rok 2036, ni mniej ni więcej. Mają Państwo już jakieś plany na ten dzień? Bo mnie przychodzi do głowy jedynie emerytura. Jeśli tylko dożyję i jeśli świat się nie skończy zawczasu…

Sen mara

We śnie siedzę w kuchni i z przejęciem opowiadam Mamie o wszystkich moich koleżankach, które odnalazłam przez naszą-klasę, o ich dzieciach i mężach i rozwoju karier oraz o tym, jaką ma fantastyczną wnuczkę, a ona zaczyna płakać. We śnie przytulam ją i pocieszam i mówię, że takie są przecież koleje losu, następstwo rzeczy, tak kręci się ten świat. We śnie jestem okropnie dojrzała, dorosła, pogodzona z losem. We śnie nie mam żadnych, absolutnie żadnych emocji. Za to potem się budzę i wszystkie te emocje w trójnasób się na mnie natychmiast zwalają. Czasem marzę o drobnej amputacji mózgu.

Bez morału

Na blogach w większości panują ostatnio nastroje melancholijne z tendencjami do narzekania, zupełnie bez związku opowiem więc historię. Moja przyjaciółka spędziła ostatnio tydzień u swojej koleżanki, informując mnie tylko zwięźle, że „Anka ma problemy”. Pomyślałam, że pewnie jakieś męsko-damskie zawirowania, i musi się wyżalić. Przyjaciółka wróciła i powiedziała mi co się stało. Rzeczona Anka (lat 30, matka dwójki małych dzieci i żona swego męża) jechała sobie prawym pasem, kiedy wyjechał jej jakiś na ten prawy pas. Żeby uniknąć stłuczki, zmieniła awaryjnie pas na lewy i nie zauważyła kobiety na pasach. Potrąciła ją. Kobieta zmarła, kiedy przyjechało pogotowie, osierocając piętnastoletniego syna. Anka jest w ciężkiej depresji, odmawia jakiegokolwiek wyjścia z domu, nie chce w ogóle mówić o tym wypadku (moja przyjaciółka dowiedziała się szczegółów od jej męża), oraz potwornie boi się wyroku. Jeżeli ją wsadzą, co chyba nie jest wykluczone, bo w końcu pieszy na pasach ma bezwzględne pierwszeństwo, to to będzie zmarnowane życie nie tylko jej, ale dodatkowo dzieci i męża. Tak czy siak, ona będzie już do końca żyła ze świadomością, że zabiła niewinną kobietę i odebrała komuś matkę.

Głupie pomysły oraz życie towarzyskie

Czasem człowiek wpada na bardzo głupi pomysł. Na przykład taki: „skoro
już właśnie skończyły się soldy, a w dodatku są ferie zimowe, to na
pewno w sklepach w sobotę nikogo nie ma, i ja sobie pojadę do Les
Halles spokojnie rzucić okiem na asortyment”. I co gorsza człowiek
pomysł ten bez dalszej refleksji wprowadza w życie. Wyszłam z tych
sklepów szybciej niż weszłam, przetaczał się bowiem po nich potworny,
przerażający,  ogłupiający i ogłupiały tłum ludzi spragnionych dóbr
wszelakich. Czyżby wszyscy zastosowali tę samą logikę co ja? Może to
zdziczały tłum turystów był po prostu? W ramach nadrabiania braków w
życiu towarzyskim poszłam następnie spotkać z mą paryską koleżanką i
jej ukochanym. Koleżanka już nie całkiem jest paryska, dostała bowiem
pracę wraz z mieszkaniem kilkadziesiąt kilometrów poza stolicą, ale i
tak jest bardzo zadowolona, choć przedtem zarzekała się, że ona kocha
Paryż, musi mieć paryskie życie na wyciągnięcie ręki i nigdzie się stąd
nie wyniesie. Plan towarzyski wykonaliśmy nadzwyczaj udany, odwiedzając
chyba ze 3 knajpki w rejonie Chatelet oraz wystawę książek dotyczących
nauk humanistycznych, gdzie nabyłam sobie zapowiadającą się niezwykle
ciekawie książeczkę „Les origines du langage”. Jeśli specjalistyczne
słownictwo mnie nie zmoże, to poczytam ze smakiem.

Ukochany mej koleżanki jest osobnikiem niezwykle interesującym, jest to
bowiem Francuz pochodzenia hiszpańskiego, który jednak odcina się od
swoich korzeni, marudzi tak samo jak my obie na francuską
dezorganizację pracy i sprowadzanie całej działalności do niezliczonych
reunions, z których nic nie wynika. Chciałby też przenieść się do…
Niemiec, co jednak trochę mnie szokuje jako pomysł. (Ale ja z kolei
chciałabym mieszkać w Szwajcarii, więc jest remis.) Zapytał mnie w
którymś momencie, co mi najbardziej przeszkadza w życiu we Francji, na
co ja odparłam, że oprócz wiadomej mu i przedyskutowanej przez nas
szeroko dezorganizacji pracy, jest to kwestia językowa. Nieco się
zdziwił i uznał to pewnie za wymuszenie komplementu, że przecież tak
dobrze mówię po francusku. Trudno mi było mu wytłumaczyć, do jakiego
stopnia ja jestem związana z polszczyzną, jak bardzo myślę w tym
języku, jak przeszkadza mi po francusku brak bogatego słownictwa,
wyczucia najdrobniejszych niuansów, niezrozumienie niektórych dowcipów
słownych. A dochodzi do tego brak podstaw kulturowych – kiedy moi
koledzy zaczynają rozmawiać na przykład o francuskich aktorach, ja z
konieczności się nudzę, bo z francuskich aktorów znam Sophie Marceau, a
to tylko dlatego, że nieszczęsną żoną Żuławskiego była. Oczywiście, to
nie jest konieczne do życia. A gdybym się uparła, to bym to nadrobiła.
Tyle, że po pierwsze jestem za leniwa, a po drugie to jednak nigdy nie
będzie to samo co język i kultura ojczysta…

Wiosna

Francuzi intensywnie przeżywają Oscara dla Marion Cotillard, trudno im się w sumie dziwić. Dziewczyna albo faktycznie się nie spodziewała takiego wyróżnienia, albo dała niezły popis swoich zdolności aktorskich – ja w każdym razie uwierzyłam w jej wzruszenie do łez i brak słów (co tv francuska pokazywała o poranku na okrągło). Aż chyba pójdę zobaczyć tę „Môme”, skoro to aż tak nagrodzili. Przy całym szacunku dla braci Coenów, Oscarów i pozytywnych recenzji nie wybieram się natomiast na „To nie jest kraj dla starych ludzi”, bo zdaje się, że ilość krwawych i brutalnych scen przekracza mój próg wytrzymałości. Bardzo niski on jest, ten próg, ale nie wiem czy to się jakoś leczy.

Czy to jest całkiem normalne, że w drodze do pracy miałam ogromną ochotę położyć się na kafelkach na dworcu RER i tam spokojnie sobie zasnąć, zważywszy, że nawet jeszcze nie ma marca?

Blogosny

Zupełnie tego nie rozumiem, ale mam ostatnio jakąś fazę na sny o blogowych znajomych. Poprzedniej nocy siedziałam z zupą na kanapie u gogi i świetnie się bawiłyśmy. Dziś natomiast odwiedzałam sistermoon w Dublinie, wyśniłam sobie wszystko dokładnie łącznie z lotem samolotem. Gospodyni była niesłychanie serdeczna, a jej mąż przemiły. Zastanawiam się, czy to znak, że należy odstawić blogi, ale to chyba tylko mój dramatyczny brak życia towarzyskiego daje o sobie znać. Co prawda mam teraz w pracy sympatycznych kolegów, chodzimy codziennie razem na obiady i nie gadamy wyłącznie o pracy, ale to jednak nie to samo…