W wieczór św. Walentego

homosapienski płci męskiej przynoszą bukiet czerwonych róż i przemawiają ludzkim głosem. Ale męskie „troszczę się o ciebie i mi zależy, no przecież przyniosłem kwiatki” oraz damskie „wsadź sobie ten wiecheć, tu nie chodzi o kwiatki” nie mają żadnych szans odnaleźć wzajemnego porozumienia. (Nie no, nie powiedziałam tego na głos.)

Oczywiście, że obejrzałam wczoraj „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”. Jestem okropnie przewidywalna.

Wal-gorzko

Dwa lata temu spędziłam Walentynki na nartach na Chopoku, w
przewybornym towarzystwie własnej siostry. Rok temu pisałam, że „to
miała być tylko histoire de cul„. Dzisiaj intensywnie zastanawiam się, dlaczego u  licha nie posłuchałam wtedy własnej intuicji i nie poprzestałam na histoire de cul. Dlaczego, no dlaczego?!  (A echo odpowiada „maććććć”).

Za rok będzie zupełnie inaczej. To jedno jest pewne. Pewnie dlatego ciągle jeszcze oddycham.

Nieprzysiadalnie

Lenistwo się skończyło, mam nową robotę, dla odmiany metro Opera, samo
centrum Paryża. Kiedy o dziewiątej wynurzam się z metra na
powierzchnię, poranne słońce zapala ognie na złotych zdobieniach Opery,
poranny Paryż pachnie Paryżem, wtedy przez chwilę sobie przypominam,
dlaczego właściwie chciałam tu mieszkać. Rzadko mi się to ostatnio
zdarza.

W niedzielę byliśmy w trzynastej dzielnicy obejrzeć paradę z okazji
chińskiego Nowego Roku. Czerwone lampiony wszędzie, petardy
pozawieszane na drzewach i w odpowiednim momencie wybuchające ze straszliwym hukiem, do tego
walenie w bębny, bo hałas podobno odstrasza demony. Taniec smoków:
imponujące kolorowe łby i wężowate cielska niesione na długich kijach
przez korowód taneczny, na pewno musieli przedtem nieźle poćwiczyć.
Złote szczury jadące na ciężarówce, rozpoczął się bowiem właśnie Rok
Szczura. Kiedy zrelacjonowałam to siostrze, westchnęła z zazdrością, że
w Warszawie takich imprez to nie ma. Odparłam racjonalnie „no wiesz,
Chińczyków tam w końcu jak na lekarstwo…” i zaraz sobie pomyślałam, że
przecież Wietnamczyków trochę jest, gdyby tak się zebrali w sobie,
mogliby też jakiś program artystyczny przygotować.

Nastrój mam ostatnio kompletnie nieprzysiadalny, wszystko jest na opak, nic mi się nie podoba z moim życiem na czele, nawet fryzjer tu chyba nie pomoże. Muszę być poważnie chora zresztą, bo nabytego w sobotę brokuła zamiast jak człowiek zblanszować i pożreć, z własnej woli przerobiłam znienacka na zupę. Na zupę, tak. Po czym zupę zjadłam. To nie jest normalne.

Nagle straciłam serce do blogowania. Przez 5,5 roku nigdy tak poważnie jak teraz nie zastanawiałam się nad „skasuj blog”.

Blade Runner i zagadka na weekend

Dodatkiem do wspomnianej wczoraj suszarki była nowa wersja „Blade
Runnera” (jeśli ktoś z czytających nie widział filmu, to chyba nie ma
sensu, żeby czytał dalej, przepraszam i proszę się udać od razu do drugiego akapitu). Ten facet mnie jednak
podejrzanie dobrze zna. Nowa wersja jest pięknie
poprawiona cyfrowo i ma krótką przedmowę Ridleya Scotta na temat, że
jest to najlepsza wersja z dotychczasowych. Trudno w sumie, żeby mówił
coś innego, ale nawet ma rację. Z wyraźnych lapsusów, które pamiętam,
poprawili tego brakującego androida: nadal z kolonii uciekło 6, ale tym
razem w ataku na Tyrell Corp. usmażyły się dwa, więc się wszystko
zgadza. I zmienili pogodne niebo na pochmurne, kiedy Batty wypuszcza
gołębia w kulminacyjnej scenie (ja tam akurat lubiłam to niebieskie
niebo, taki fajny optymistyczny symbol, ale niech im już będzie). W
zasadzie to mam tylko pretensję do Ridleya, że się tak uparł przy
Deckarda byciu androidem. W ten sposób robi podział na „my” i „oni” –
oni są androidami, więc emigrują sobie gdzieś w spokoju umrzeć, i oto
koniec filmu. O ileż milej byłoby, gdyby Deckard jednak był
człowiekiem, i gdyby końcowe „too bad she won’t live. But then again,
who does?” oznaczało, że przecież nas wszystkich, ludzi i androidów,
czeka ostatecznie ten sam los. I nigdy nie wiemy, ile tego losu jeszcze
przed nami.

A z zupełnie innej beczki, zagadka na weekend, bo mi się przypomniało, że się jeszcze z Państwem nią nie dzieliłam, a trochę zaskakująca jest. Proszę najpierw spróbować odpowiedzieć intuicyjnie, i najlepiej w komentarzu mi to wpisać, a potem sobie policzyć. Otóż mamy wyspę, na której pary małżeńskie koniecznie chcą mieć córkę i tylko jedną córkę. Jak już mają córkę, to natychmiast przestają się dalej rozmnażać. Jeśli mają syna, to błyskawicznie robią kolejne dziecko mając nadzieję na córkę, i tak dalej. Pytanie brzmi: jak w takich warunkach będzie wyglądał stosunek dziewczynek do chłopców w tej populacji? (Dla uproszczenia zakładamy, że w naszych warunkach jest to 1:1, znaczy tyle samo dziewczyn co chłopaków.)

Suszarka story

Chyba coś jest poważnie nie tak z moją fryzurą – do tego wniosku nie doszłam jeszcze, kiedy na Gwiazdkę dostałam od siostry suszarkę z pięcioma końcówkami modelującymi. W końcu to miły i praktyczny prezent, nie trzeba się od razu doszukiwać na siłę aluzji. Ale kiedy wróciłam w styczniu do Paryża i okazało się, że osobisty ukochany postanowił obdarować mnie… prawie identyczną suszarką, tylko innej firmy, to jednak trochę się zmartwiłam. Nie okazałam jednak zmartwienia, tylko radość, a następnie zademonstrowałam prezent od siostry. Nazajutrz więc domyślny eM poszedł cichaczem do sklepu i wymienił suszarkę na gpsa. To akurat NA PEWNO była aluzja, ale już trudno.

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Jeśli ktoś się nazywa Llosa i na początku XXI wieku chce napisać książkę o miłości trwającej całe życie, to nie może udawać, że nie było Márqueza z „Miłością w czasach zarazy”. Niestety „Szelmostwa” nie dorastają jej do pięt, a nawet obok siebie na półce głupio byłoby je postawić.  Zresztą gdyby nawet wspiąć na wyżyny miłosierdzia i zapomnieć chwilowo o Márquezie, to i tak niewiele się da tu dobrego powiedzieć. Historia opowiada o fatalnym zauroczeniu, które się zaczęło, kiedy oboje bohaterowie mieli lat około 15, i ciągnęło się całe życie. Zauroczenie jest jednostronne, to znaczy narrator jest idiotycznie zakochany w tytułowej „niegrzecznej dziewczynce”, ona zaś usiłuje ułożyć sobie życie z odpowiednio bogatymi facetami, a do narratora wraca na chwilę, kiedy ma problemy, wykorzystuje go i znika. Narrator jest emigrantem z Peru mieszkającym w Paryżu, bo tak sobie w dzieciństwie wymyślił, i słowo daję – gdyby nie ten szczegół, to nie wiem czy w ogóle doczytałabym do końca. W tle mamy kawałek burzliwej historii Peru. Kompozycja powieści jest w porządku,  bohaterowie i detale mniej. Nie chodzi już nawet o to, że on jest żałosny, a ona jest zwykłą suką, chociaż to przy czytaniu przez ileśset stron zwyczajnie męczy. Gdyby może Llosa spróbował dać jakieś ciekawe wyjaśnienie ich postępowania… nic z tego. Ona była w dzieciństwie biedna, więc udawała kogoś, kim nie była, i tak jej zostało, a on był słaby i słaby pozostał. Uprzedzam, gdyby kogoś jak mnie wciągnął pierwszy rozdział – jest najlepszy, potem jest coraz gorzej. Llosa usiłuje epatować rozmaitymi scenami, które mają zdaje się szokować, niestety są głównie niesmaczne. Dobrze, trochę przesadzam – daje się to przeczytać, ale po tym nazwisku i po dacie wydania 2006 wcale nie tego się spodziewałam.

O miłości graniczącej z obsesją oprócz Márqueza pisali na przykład, ad hoc wymienię co mi przy lekturze „Szelmostw” przychodziło na myśl: oczywiście Nabokov w „Lolicie” i Fowles w „Magu”; Scott Spencer w „Miłości bez granic”, bardzo podobny motyw i kompozycja, powieść literacko może nie wybitna, natomiast bardzo interesująca; oraz damski punkt widzenia: „Kochanek” Marguerite Duras (akurat odświeżyłam sobie wspaniały film Annauda). Każda z tych książek jest co najmniej o klasę lepsza od „Szelmostw” i ja bym najchętniej zaleciła Llosie przeczytanie ich wszystkich, a potem przemyślenie swoich błędów. Nigdy jednak nie sądziłam, że w ogóle kiedykolwiek ośmielę się coś akurat Llosie zalecać…

O seksie i innych takich

Fajny program był wczoraj w tv. Zasadniczo o seksie dla nastolatków,
ale było tam parę ciekawostek również dla osób, które nastolatkami już
jakiś czas temu być przestały. Na przykład statystyka – podobno
Francuzi uprawiają seks średnio trzy razy w tygodniu i są w ten sposób
na 11 miejscu na świecie, na pierwszym są Grecy. Zawsze co prawda mnie
fascynuje, jak oni właściwie to liczą, ale niech im już będzie.
Przeciętny Francuz ma około 11 partnerek, a Francuzka 4,4, co mnie
jednak mocno zdziwiło, ale może wliczali do tej statystyki też dzieci.
Ucieszył mnie natomiast wiek inicjacji seksualnej: 17,2 lat dla
chłopców i 17,6 dla dziewcząt. I to w liberalnej Francji, gdzie
antykoncepcja „awaryjna” jest w aptece bezpłatnie dostępna dla
nieletnich. Ponieważ mocno zastanowiła mnie ostatnio wiadomość, że
ochroniarze w klubie sfilmowali parę 15-latków uprawiającą seks w
toalecie (film oczywiście natychmiast trafił do internetu), i to że
nikt nawet nie skomentował, że może 15 lat to nieco za wcześnie na
takie pomysły (pisała o tym Ola
w ostatniej notce), to te francuskie przeciętne 17 lat mnie jednak
pociesza. Tej sprawie zresztą też był poświęcony fragment programu,
różni ankietowani opowiadali o swoim pierwszym razie, urzekła mnie
zwłaszcza 16-latka o twarzy aniołka, która słodkim głosikiem zeznawała,
że straciła dziewictwo w wieku 13 lat i że było super. Z kolei mocno
starsza pani powiedziała, że miała 23 lata i wspomina to bardzo źle.
Sądząc po jej tonie i wyrazie twarzy to był jej pierwszy i ostatni raz
w życiu.

Z Carlą Bruni Francuzi mają nowy drobny problem, mianowicie nie ma ona
obywatelstwa francuskiego, jest bowiem Włoszką. Trochę  głupio, że
Pierwsza Dama nie jest  nawet Francuzką, więc ktoś z gabinetu
prezydenta stwierdził, że oczywiście skoro pan prezydent zawarł
małżeństwo z obywatelką Unii Europejskiej, to automatycznie natychmiast
uzyskuje ona obywatelstwo francuskie. Niestety gazety błyskawicznie mu
wypomniały, że jest to pomysł sprzeczny z prawem francuskim głoszącym,
że obywatelstwo w takim przypadku uzyskuje się dopiero cztery lata po
ślubie. Mnie tam się podoba, że pan prezydent jest synem imigranta
węgierskiego, a jego żona jest Włoszką; to pozwala poniekąd uwierzyć w
ideę zjednoczonej Europy. Chociaż, czy mogą sobie Państwo wyobrazić, że
taki na przykład książę William zostaje królem poślubiwszy jakąś Polkę,
która przyjechała do pracy na Wyspy?

Prywatne rozdrapy

Moje osobiste bagienko (patrz trzy notki wcześniej w celu wyjaśnienia metafory) aktualnie udaje, że jest milutką zacienioną łączką i nawet kwiatki tam rosną. Jakoś nie do końca umiem w to uwierzyć, ponieważ nie mam już żadnych wątpliwości, że przy kolejnym najdrobniejszym konflikcie wylezie z niego znów ta druga natura. Facet uważa, że każde swoje postępowanie może wytłumaczyć „a bo ja taki wściekły byłem” i to ode mnie domaga się unikania konfliktów. W życiu to jakoś nie działa; może zresztą to faktycznie mój z natury wredny charakter, nie poradzę. Jego osobista matka stwierdziła radośnie, że zawsze tak miał, i że trzeba „tolerować” – nie próbować zmieniać. Ja otóż jakąś połowę życia temu przestałam wierzyć w to, że ktoś SIĘ zmieni, natomiast od rozumnego człowieka można chyba oczekiwać zmiany niektórych swoich postępowań. Nie wiem też, czy tolerowanie wystarczy do tego, żeby chcieć z kimś spędzić resztę życia, ostatecznie toleruję już większość ludzi mijanych w metrze. A z drugiej strony owszem – miło by było siąść i poczekać, aż pod mym okienkiem pojawi się zalotnik na białym rumaku i zawoła „ds, spuść mi swój złoty warkocz”, tylko że złotego warkocza przed czterdziestką mogę nie zdążyć wyhodować.

W sobotę Sarko nam się szczęśliwie i oficjalnie ożenił, komentatorzy
cieszą się więc, że może teraz zacznie się w końcu zajmować sprawami
kraju, a nie swym życiem prywatnym. Oby, w sondażach bowiem leci na łeb
na szyję, i chyba nie bez powodów. W dzienniku porannym pokazali kilka
miłych prywatnych zdjęć młodej pary. Ciekawa jestem bardzo, ile ze
strony Carli Bruni było w tym wyrachowania, a ile autentyzmu, pewnie
nikt się już nie dowie. Chociaż, może za 40 lat jakieś dzienniki
intymne opublikuje.