Mrożąca krew w żyłach historia dentystyczna

We wtorek rano świeciło piękne słońce, była prawie wiosna, zakwitły już nawet jakieś drzewa owocowe (chyba że mi się tylko zdawało, co niewykluczone), i unosiłam się na chmurce błogiej szczęśliwości, zupełnie nieprzystającej do mych niedawnych ponurych nastrojów. Życie zdecydowanie jest sinusoidą. We wtorek w południe po obiedzie stwierdziłam, że ułamał mi się kawałek zęba. Czwórki górnej, kawałek z przodu. Wpadłam w panikę malowniczo przetykaną histerią, ponieważ zęby są moją słabą stroną, pognałam do łazienki sprawdzać czy ten ząb czasem zaraz się nie złamie całkiem, i tak dalej. Kiedy już nieco ochłonęłam, przypomniało mi się, że po pierwsze to z prawie całkowitą pewnością nie był kawałek zęba, a po prostu plomba założona mi tam ongiś przez moją wrocławską szaloną dentystkę; a po drugie, że na świecie istnieją ludzie zwani dentystami, i złapałam telefon. Dentysta eMa ignorował telefony. Trzej dentyści znalezieni w książce telefonicznej, a zlokalizowani w pobliżu domu, powiedzieli kolejno, że: w ogóle nie przyjmują, przyjmują w kwietniu, albo żeby może zadzwonić kiedyś później. Czwarty dentysta zaproponował następną środę. Środę wzięłam z braku lepszego pomysłu, a wczoraj o poranku spróbowałam poszukać jeszcze czegoś w pobliżu pracy. Propozycje były podobne: albo nie przyjmowali w ogóle, albo kazali dzwonić w poniedziałki między 11:07 a 11:12, ale tylko przy pełni Księżyca. Aż tu nagle jakiś jeden zapytał, czy nazajutrz o poranku mi odpowiada. Odrzekłam „oui” i spędziłam resztę dnia zastanawiając się czy to jakiś rzeźnik, desperat, czy może bierze za jedną wizytę równowartość biletu lotniczego do Polski i z powrotem. Uznałam, że ta ostatnia hipoteza jest prawdziwa z uwagi na lokalizację (przypominam: Opera, samo centrum eleganckiego Paryża) i poszłam spać.

Dzisiaj rano odnalazłam pod właściwym adresem kamienicę ze złotą tabliczką doktora przy wejściu, weszłam do przestronnego mieszkania, zostałam na pięć minut usadzona w poczekalni przypominającej raczej niezwykle wytworny salon, a potem zaproszona do gabinetu. Sprzęt na szczęście wyglądał znacznie bardziej nowocześnie niż urządzenie salonu. Dentysta przeprowadził sympatyczny wywiad (obejmujący również pytania, co robię w życiu i skąd jestem), sprawnie znieczulił co trzeba, załatał co trzeba, obejrzał resztę zębów, pochwalił że zadbane i poprosił o 45 euro. Które przynajmniej w dużej mierze zwróci mi ubezpieczenie. Tak to ja mogę chodzić do dentystów nawet codziennie.

W gołębniku

To jest takie stare biuro, jak zazwyczaj w centrum Paryża:
ważące chyba z kwintal solennie drewniane ogromne drzwi, dalej szkło i
marmur, i kapryśna winda, która akceptuje tylko jeden przycisk naraz, a
i tak trzeba jej drzwi ze trzy razy domykać, zanim w końcu łaskawie i
niechętnie się ruszy. Potem jeszcze kręte drewniane schody wyłożone grubym dywanem.
Siedzimy na ostatnim piętrze, pod samym dachem, wyśmiewają się z nas,
że to gołębnik. Ciasnota niewyobrażalna, kable od komputerów
porozwalane wszędzie, a w każdym kącie duchy mieszkańców, którym się o
żadnych komputerach jeszcze nie śniło. Firma ma się gdzieś przenieść
niezwłocznie, stąd warunki nieco partyzanckie, wdycham więc
niepowtarzalną atmosferę, póki się da.

Nie wiem na czym to polega, że nieustannie spotykam jakichś Francuzów
chwalących się związkami z Polską. Jak nie babcia, to polska żona,
dziadek, albo chociaż kuzyn pracujący w Warszawie dla tepsy. Mam
wrażenie, że mniej więcej połowa spotkanych przeze mnie białych
Francuzów się do czegoś takiego przyznała. Tym razem mam w ekipie
dziewczynkę o przepięknym bez wątpienia rosyjskim imieniu: od razu
przyznała, że ojciec owszem Rosjanin, zaś babcia Polka. Drugi zaś
Francois nie chcąc być gorszy, zaraz się pochwalił, że jego dziadek urodził
się w Warszawie, choć nazwisko z kolei zaposiadł niewątpliwie
niemieckie. Ciekawe te koleje losów. Moi polscy znajomi w zdecydowanej
większości są Polakami od pokoleń – choć może tak tylko mi się wydaje i
po prostu nigdy nie poznałam szczegółów czy tajemnic rodzinnych?

Starocie samochodowe

Najpierw mi się śniło, że poleciałam do Polski na ślub spt (nie, pojęcia nie mam z kim), która uprzejmie użyczyła mi samochód, bardzo starego żółtego mercedesa (z tych takich imponujących o obłych kształtach, modnych chyba w latach 80-tych), i natychmiast tego mercedesa mi spod domu ukradli, nad czym strasznie ubolewałam, a poza tym kompletnie nie miałam się w co ubrać na ślub i nad tym też ubolewałam. Potem niedzielne popołudnie spędziliśmy na wystawie staroci samochodowych, „Retro mobile” znaczy, ale nie było tam żółtego mercedesa o obłych kształtach (no, jak go wcześniej ukradli z mojego snu, to w sumie nic dziwnego…). Był natomiast absolutnie przecudowny mercedes jeszcze dziewiętnastowieczny, trójkołowy, na wielkich cieniutkich kołach, w dużej mierze drewniany, osiągający podobno imponujące 16 km/h. Zakochałam się w nim natychmiast, ponieważ ja w ogóle uwielbiam te stare samochody, które miały duszę, a nie były tylko nudnymi blaszankami jak dziś. Innym cudem był rolls-royce wielki jak domek, oszklony jak akwarium, i nawet z wycieraczkami na schodku przed drzwiami. Można sobie było kupić nowego starego jeepa za niecałe 30 tys. euro, albo oryginalnego bentleya z lat bodaj 60-tych za 80 tysięcy z kawałkiem. Niestety do żadnego auta nie można było wsiąść, co mnie straszliwie rozczarowało. Ale potem odkryłam sportowy rower damski Peugeota z końca XIX wieku, z drewnianymi błotnikami i szprychami, oraz z napędem bezłańcuchowym – miał taki pręt z dwiema zębatkami zamiast łańcucha, pojęcia nie mam jak to się nazywa po polsku, i zupełnie nie wiem czemu to się nie przyjęło. Wyglądało na znacznie bardziej praktyczne niż łańcuch. Pojazd podobno przyczynił się do kobiecej emancypacji, gotowa jestem nawet w to uwierzyć. Poza tym widziałam sporo aut z maską zapinaną na normalne skórzane paski, co mnie urzekło, oraz forda model T z roku 1907, oczywiście był czarny. Ech, i czy te samochody nie mogły pozostać takie ładne do dziś? Musieli je naprawdę przerobić na puszki dla sardynek?

W wieczór św. Walentego

homosapienski płci męskiej przynoszą bukiet czerwonych róż i przemawiają ludzkim głosem. Ale męskie „troszczę się o ciebie i mi zależy, no przecież przyniosłem kwiatki” oraz damskie „wsadź sobie ten wiecheć, tu nie chodzi o kwiatki” nie mają żadnych szans odnaleźć wzajemnego porozumienia. (Nie no, nie powiedziałam tego na głos.)

Oczywiście, że obejrzałam wczoraj „Eternal Sunshine of the Spotless Mind”. Jestem okropnie przewidywalna.

Wal-gorzko

Dwa lata temu spędziłam Walentynki na nartach na Chopoku, w
przewybornym towarzystwie własnej siostry. Rok temu pisałam, że „to
miała być tylko histoire de cul„. Dzisiaj intensywnie zastanawiam się, dlaczego u  licha nie posłuchałam wtedy własnej intuicji i nie poprzestałam na histoire de cul. Dlaczego, no dlaczego?!  (A echo odpowiada „maććććć”).

Za rok będzie zupełnie inaczej. To jedno jest pewne. Pewnie dlatego ciągle jeszcze oddycham.

Nieprzysiadalnie

Lenistwo się skończyło, mam nową robotę, dla odmiany metro Opera, samo
centrum Paryża. Kiedy o dziewiątej wynurzam się z metra na
powierzchnię, poranne słońce zapala ognie na złotych zdobieniach Opery,
poranny Paryż pachnie Paryżem, wtedy przez chwilę sobie przypominam,
dlaczego właściwie chciałam tu mieszkać. Rzadko mi się to ostatnio
zdarza.

W niedzielę byliśmy w trzynastej dzielnicy obejrzeć paradę z okazji
chińskiego Nowego Roku. Czerwone lampiony wszędzie, petardy
pozawieszane na drzewach i w odpowiednim momencie wybuchające ze straszliwym hukiem, do tego
walenie w bębny, bo hałas podobno odstrasza demony. Taniec smoków:
imponujące kolorowe łby i wężowate cielska niesione na długich kijach
przez korowód taneczny, na pewno musieli przedtem nieźle poćwiczyć.
Złote szczury jadące na ciężarówce, rozpoczął się bowiem właśnie Rok
Szczura. Kiedy zrelacjonowałam to siostrze, westchnęła z zazdrością, że
w Warszawie takich imprez to nie ma. Odparłam racjonalnie „no wiesz,
Chińczyków tam w końcu jak na lekarstwo…” i zaraz sobie pomyślałam, że
przecież Wietnamczyków trochę jest, gdyby tak się zebrali w sobie,
mogliby też jakiś program artystyczny przygotować.

Nastrój mam ostatnio kompletnie nieprzysiadalny, wszystko jest na opak, nic mi się nie podoba z moim życiem na czele, nawet fryzjer tu chyba nie pomoże. Muszę być poważnie chora zresztą, bo nabytego w sobotę brokuła zamiast jak człowiek zblanszować i pożreć, z własnej woli przerobiłam znienacka na zupę. Na zupę, tak. Po czym zupę zjadłam. To nie jest normalne.

Nagle straciłam serce do blogowania. Przez 5,5 roku nigdy tak poważnie jak teraz nie zastanawiałam się nad „skasuj blog”.