No to wróciłam

Może i jestem dziwna, ale nazwy „Warszawa” czy „Wrocław” brzmią w mych uszach znacznie bardziej kusząco niż jakieś tam Grecje czy inne Wenecje. Spędziłam uroczy tydzień na ojczyzny łonie, nawet jeśli kraj mój postanowił zaprezentować mi zimę w pełnym rozkwicie – załapałam się na całkiem przyzwoitą śnieżycę i w stolicy i we Wrocławiu, ale ten widok cieszył moje oczy znacznie bardziej, niż innych obywateli polskich, jak mniemam. W końcu nie miałam wielu okazji w tym roku śniegu oglądać. Wczoraj w Warszawie była już za to przecudna wiosna pełną gębą. Odbyliśmy długi rodzinny spacer z moją siostrzenicą, która od tygodnia potrafi już samodzielnie siadać i w ogóle jest czarująca i śliczna. A wieczorem na lotnisku okazało się, że moja walizka waży 26,5 kilograma, co jest swoistym rekordem. Buńczucznie oznajmiłam „zapłacę”, po czym oklapłam, kiedy pan beznamiętnie wymienił kwotę, mianowicie 12 euro za każdy z 6,5 nadmiarowych kilogramów plus jedyne 80 zł za wypisanie kwitu.
– To ja może jednak coś wyjmę… – skapitulowałam, przeliczywszy że pewnie wysłanie nadmiaru dóbr w paczce wyjdzie jednak taniej i odeszłam na bok, gdzie moja siostra kazała mi natychmiast wyjąć z walizki wszystkie książki. Awanturowała się na ich temat już wcześniej, nie rozumiejąc, że książki po polsku są mi absolutnie niezbędne do życia i prędzej pozbędę się swetrów oraz nowych butów niż ich. Wyjęłam je jednak z walizki i włożyłam je do przezornie zabranego plecaka podróżującego jako bagaż podręczny. Walizka ważąca po tej operacji 23 kilo została łaskawie przyjęta, a ja musiałam następnie wszystkie te kartki z literkami taszczyć na własnych plecach do samolotu, ale i tak się upieram, że warto było.

A ja jadę do POLSKI!

Wiosenny deszcz pada, paryskie chodniki mokre, w słuchawkach mam Phila
Collinsa, gdyż Phil Collins jak nikt inny kojarzy mi się z deszczowym
porankiem, a dusza moja radośnie śpiewa i tańczy (no dobra, z tym tańcem to może lekko przesadziłam) bo już jutro, jeśli tylko Air France łaskawie zezwoli, wylądować mam nadzieję na warszawskim Okęciu w całej krasie jego. Nie mogę się doczekać! Zobaczę moją rodzinę i moją najpiękniejszą siostrzenicę z całkiem nowymi zębami! Tylko tym żyję od dwóch tygodni bez mała. Mam w głowie taki głos, który co pewien czas mi zadaje obrzydliwie logiczne pytanie
– Ale właściwie skoro tak strasznie tęsknisz za Polską i tak bardzo chcesz tam wrócić, to PO CO w ogóle wyjechałaś..?
Na co ja odpowiadam cicho, lecz stanowczo
– Zamknij się, w ogóle NIC nie rozumiesz.

Proszę mnie tylko nie straszyć zimą w Polsce, niczego się dziś nie ulęknę. Może sobie być nawet i zima, nie takie kłody już nam los pod nogi rzucał. A w prezencie świątecznym dla Państwa jaja, com je wczoraj na żywo podziwiała w La Maison du Chocolat (a kto raz spróbował tej czekolady, na wieki uzależnion będzie i nie zazna spokoju na Ziemi…)

Jaja

Piotruś i wilk

Jeśli nie widzieli Państwo jeszcze „naszego” Oscara, czyli „Piotrusia i wilka„, to gorąco polecam. Szukam jakiegoś przymiotnika, ale żadnego adekwatnego jeszcze nie znalazłam. Oczywiście, w dobie dzisiejszych efektów komputerowych można sobie pewnie pomyśleć „phi”, więc przy oglądaniu należy pamiętać, że żaden komputer nie był męczony przy tworzeniu tego dzieła. Każda klatka była ustawiana ręcznie. Zdaje się, że robili to jakieś dwa lata. Mój podziw dla ludzi, którzy potrafią spędzić dwa lata nad zrobieniem animacji, jest niewysłowiony.

Francją, a przynajmniej mną, wstrząsnęła dziś wiadomość o śmierci Chantal Sébire, nieuleczalnie chorej na ciężką odmianę raka, która poprosiła jakiś czas temu o eutanazję. Miała zaledwie 52 lata i trójkę dzieci. Sąd odmówił jej prośbie, a dziś rano znaleziono ją martwą w jej domu. Przyczyny śmierci nie są znane.

Rozmowa z kumplem w trzech aktach

Akt I
Kumpel na gg do mnie o jakiejś muzyce: poszukam i ściągnę
Kumpel, po chwili: cholera, pomyliłem okna i tam napisałem ‚poszukam i
ściągnę’, a tam akurat kumpela pyta, jakie bokserki sobie kupiłem, bo
wróciłem z zakupów…

Akt II
Kumpel opisuje, jakie bokserki sobie mianowicie kupił.
Kumpel, po chwili: ok, odłożę te bokserki i nie będę ich tak trzymał
rozłożonych przed sobą, bo ojciec wejdzie do pokoju i wtedy będzie mi dopiero
głupio.

Akt III
Kumpel:
mój kot drapał do drzwi, że chce wejść do pokoju,
to go wpuściłem. Skierował się na łóżko, bo to jego pora na spanie,
tylko ja tam rzuciłem te glajdorki. To podszedł, popatrzył i poszedł do drzwi drapać, że
chce wyjść
. Krytyk jeden…

Coming out

W niedzielę wykonałam coming out. Przyznałam się mianowicie mojej rodzinie (ciotka, jej mąż i córka, razem mają ponad 200 lat) do posiadania życia prywatnego ze szczegółami. Wymusiła to na mnie najukochańsza z moich sióstr, która głowę mi już od miesięcy suszy mówiąc coś w stylu „i tak się kiedyś dowiedzą, więc lepiej, żeby od ciebie”. Ma całkowitą rację, a ja tam u góry po prawej stronie miewam dewizę Russella „nie opłaca się ukrywać faktów, bo i tak wyjdą na jaw”. Wychodzę jednak z założenia, że to nie oznacza ujawniania KAŻDEMU WSZYSTKICH faktów NATYCHMIAST. Tak czy siak zebrałam w końcu odwagę i zadzwoniłam. Teoretycznie jestem mocno dorosłą rozwiedzioną kobietą, zarabiającą na własne życie od ponad 10 lat i posiadającą prawa wyborcze, ale w oczach niektórych nadal jestem gówniarą, i można mi zadawać pytania typu „a KTO to jest?” (jedyna prawidłowa odpowiedź na to pytanie brzmi „powszechnie szanowany chirurg z doktoratem z prawa, który w wolnych chwilach grywa Haendla na fortepianie oraz wnikliwie studiuje obrazy Matisse’a i dzieła zebrane Prousta”) oraz „a kiedy weźmiecie ślub?” (prawidłowa odpowiedź na to z kolei pytanie z całą pewnością nie powinna brzmieć „nie mamy tego aktualnie w planach”). Nie wymyśliłam również poprawnej odpowiedzi na pełne gorzkiej pretensji „a dlaczego dopiero teraz nam o tym mówisz?”.

Naprawdę, świat całkiem stoi na głowie. To są ludzie, którzy spędzili długie lata w wielu krajach na różnych kontynentach, wykształceni i oczytani tak, że bardziej chyba się nie da. Moja siostra cioteczna chodziła do szkoły w Kanadzie. Wydawałoby się, że akurat oni nie mają żadnego prawa być zaściankowi, a w dodatku nie są nawet katolikami – i masz, trzy chodzące ucieleśnienia pani Dulskiej. Jakim cudem moja fantastyczna liberalna Matka ze swoim cudownym bratem, który w wieku 74 lat jest pełen zrozumienia dla wszelkich wybryków swoich siostrzenic, jakim cudem oni mają taką siostrę? Nigdy tego nie zrozumiem.

A pisząc to czuję się w dodatku nie w porządku, bo to są poza tym wspaniali ludzie, którzy byli wsparciem dla mojej Matki w trudnych życiowych chwilach, i pożyczali jej kasę nie żądając ani kwitów ani zwrotu. Potem ja stałam się rodzinną persona non grata, poślubiwszy zdaniem mojej kuzynki schizofreniczki niewłaściwego faceta, i teraz pewnie znów wrócę do tej roli mieszkając z kolejnym niewłaściwym – o zgrozo całkiem bez ślubu. Ech. I co ja mogę?

Talk to the Snail

Złamałam się i w braku innych lektur nabyłam sobie „Talk to the Snail
Stephena Clarke’a, o której najpierw myślałam z pewną dozą pogardy, że
pewnie popłuczyny po bestsellerowej (a też różnie ocenianej) serii
Merde. Otóż zaskoczenie – zaczęłam się szczerze śmiać na 11 stronie i
potem już prawie nie przestawałam. To chyba nawet lepsze niż Merde, bo
nie ma żadnego wydumanego pretekstu fabularnego (oraz pakowania
bohatera do łóżka ze straszną liczbą pięknych Francuzek) – to właściwie
zbiór felietoników z punktu widzenia Anglika we Francji, a on
rzeczywiście ma felietonowe zacięcie i angielskie poczucie humoru. Z
mojego punktu widzenia to jest prawda, sama prawda i cała prawda, i aż
zaskakujące, że mamy z Anglikiem dokładnie te same spostrzeżenia.
Jedyne, co się zdezaktualizowało, to kwestia dymu w restauracjach, od
stycznia wprowadzili bowiem tutaj całkowity zakaz, ale przedtem było
dokładnie tak, jak Clarke opisuje. Zastrzegam, że nie wiem jak wypada polskie tłumaczenie,
ale jest to jednak lektura, w którą warto zaopatrzyć swoich bliskich
oraz znajomych, gdyby się wybierali do kraju żabojadów na krócej lub
dłużej, lub jeśli w ogóle tematyką są zainteresowani.

Tulipany i ogórki

Wierzcie lub nie, ale pani stojąca wczoraj koło mnie w RER, na którą zwróciłam uwagę, bo miała wielką torbę pełną żółtych tulipanów, jakieś dziesięć sekund po tym, jak zaczęłam się jej tulipanom przyglądać, wyciągnęła z torebki telefon i zaczęła doń radośnie gadać po holendersku… Pomyślałam sobie, że w takim razie ja chyba powinnam jeździć z torbą pełną – bo ja wiem – kabanosów czy innych ogórków kiszonych. A potem przyszłam do domu, i okazało się, że mój facet znienacka nabył w lokalnym sklepie dwa słoje ogórków kiszonych, według etykiety produkowanych w podparyskim Nanterre, ale pyszniących się napisami po polsku i „gwarantowaną tradycyjną recepturą polską”. Po skosztowaniu – może nie rewelacyjne, ale jędrne, chrupiące, słone i bez wątpienia są to ogórki KISZONE, och – stanowczo kazałam mu wrócić do sklepu i nabyć jeszcze 10 takich słojów. Niestety podobno kupił dwa ostatnie…