Głosować byłam

Wprawdzie to tylko municipales – wybory lokalne (mam prawo uczestniczyć w takich jako obywatelka europejska zamieszkała we Francji), ale zawsze. Przyznaję, częściowo powodowała mną ciekawość, jak też z bliska wygląda maszyna do głosowania (nic nadzwyczajnego: wyświetlone są listy kandydatów, wybiera się jednym przyciskiem swojego, a drugim zatwierdza), a po drugie gdybym jednak kiedyś zapragnęła tutejszego obywatelstwa, to dobrze byłoby uzasadnić, że uczestniczę świadomie w życiu społecznym spełniając obywatelskie prawo i obowiązek, jak to jest na karcie wyborcy surowo napisane. Poza tym sam Sarkozy i za nim inni liderzy partyjni zaangażowali się w te wybory w stopniu chyba przesadnym – nieźle opisuje to dzisiejsza Wyborcza – uznałam więc, że to dobra okazja, aby utrzeć prezydentowi nieco nosa. Myślałam zresztą, że nic z tego mojego głosowania nie będzie, bo na karcie wyborczej, która przyszła pocztą w tym tygodniu, opuścili… końcowe „a” w moim imieniu (uwaga, właśnie ujawniłam na blogu, że moje imię kończy sie na „a”!) Byłam przekonana, że niezgodność danych w dowodzie i na karcie będzie problemem. Szczęśliwie jesteśmy we Francji i komisji nie zrobiło to specjalnej różnicy, o ile w ogóle coś zauważyli. Komisje do sprawdzania dokumentów były zresztą tradycyjnie dwie: jedna męska, druga damska. Muszę się kiedyś dowiedzieć, czy to celowe działanie…

Głupia baba jednak ze mnie

Że się umówiłam wczoraj na lunch z kolegą z byłej pracy, nudziarzem i lekkim mitomanem (ja wiem, to wydaje się nie iść w parze, ale zapewniam – jak już idzie, to jest dziesięć razy gorsze w połączeniu, niż każda z tych cech z osobna), to jeszcze można zrozumieć: kontakty zawodowe podtrzymywać należy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy znienacka się przydadzą. Kolega może i nudziarz, ale w robotę się angażuje. Ale że moja asertywność  poszła w kąt, kiedy kolega wymyślił, że może bym mu dzieci urodziła, to jednak przesada. No dobra, to tylko taki żart był (przynajmniej pierwsze trzy razy). Różnice kulturowe i tak dalej. Poza tym sama zaczęłam, bo mogłam go nie pytać, czy już tych dzieci się z małżonką swą dorobił – cóż, rozmawialiśmy o tym pewnego dnia jakieś pół roku temu i bardzo przeżywał, że już za chwileczkę, już za momencik, może będzie ojcem, chciałam więc dla paddierżenia razgawora zahaczyć o temat wydawałoby się bezpieczny i sympatyczny. Ech. Nie ma widać tematów bezpiecznych. Na pociechę zeżarłam najlepszy crème brûlée w moim życiu (nie mogę odżałować, że nie wzięłam dokładki), oraz dowiedziałam się przy okazji, że zarabiam nieco więcej niż ten kolega. Jakoś dopiero wieczorem dotarło do mnie, że powinnam chyba być z tego dumna, bo on jest w końcu ode mnie starszy, jest wygadanym Francuzem kształconym we francuskich uczelniach i jest facetem…

Obejrzałam w końcu słynną reklamę WBK z Cleesem. 7 razy pod rząd, za każdym razem płacząc i smarkając. A teraz sobie powtarzam „but I want one!” i dalej mnie to śmieszy do łez. Genialny on jest. Nie mam wprawdzie potrzeby kredytu, ale chyba z czystej sympatii założę u nich konto i jakieś odsetki będę im płacić. I Państwo mają tę reklamę tak na co dzień? To będzie pierwszy raz, kiedy będę zazdrościć dostępu do polskiej tv.

Holoubek nie żyje

i żadne słowa nie wydają się odpowiednie. Piękny wiek, 85 lat (i natychmiast myślę, że za tydzień mój Wujek skończy 80…). Wydaje się niemal metafizyczne, że odszedł akurat w marcu równo 40 lat po Marcu…

„Traktat o łuskaniu fasoli”

Ależ to jest piękna, piękna, piękna, przepiękna książka. Koniec
recenzji, bo nic więcej nie mam do powiedzenia. Można również napisać,
że jest nudna i pełna banałów, z pewnego punktu widzenia to też będzie
prawdziwe. Jeśli ktoś koniecznie chce wiedzieć o czym to jest,
to proszę: przychodzi facet do faceta kupić fasoli, siada do łuskania,
i ten drugi facet, będący już u schyłku swego życia, opowiada mu o swoim życiu, czyli kawał skomplikowanej historii naszego kraju: groby w
lesie, wojenne dzieciństwo, socjalizm lat pięćdziesiątych i emigracja
zarobkowa. Tylko że to się tak nie da streścić; to tak jakby powiedzieć, że
Dalego „Ukrzyżowanie św. Jana od Krzyża” przedstawia faceta na krzyżu.
No, przecież przedstawia. Ależ ta książka Myśliwskiego jest genialnie
napisana: w pewien sposób nie można się od niej oderwać, a jednocześnie
irytuje świadomość, że w zasadzie nie dowiemy się niczego naprawdę.
Mamy tu mozaikę wspomnień, która oczywiście układa się w pewien obraz,
ale to jest jednak bliższe naszemu codziennemu poznawaniu innych ludzi
i wyrabianiu sobie zdania na ich temat na podstawie drobiazgów, niż
literaturze. I wcale nie chcę przez to powiedzieć, że to nie jest
literatura, bo jest, niesłychanie wysokiej próby. Ach – poddaję się, nie
umiem pisać o tej książce i nie wiem czy się w ogóle da. To trzeba by
oddzielny traktat jakiś napisać.

Walkman, czyli do trzech razy sztuka

Na urodziny dostałam odtwarzacz mp3 oraz wideo. Mój dotychczasowy (Creative Zen) sprawował się co
prawda bardzo dobrze, ale ma już aż dwa
lata, czyli w zasadzie osiągnął wiek muzealny. Nowy odtwarzacz jednak
się zaparł i powiedział, że on nie chce być odczytywany przez komputer.
Żaden z trzech, na którym próbowałam. eM miał go wymienić na
działający, tymczasem oddał go całkiem, a następnie powiedział
„pojedziemy i sobie wybierzesz, jaki będziesz chciała”. Pojechaliśmy.
Po długim macaniu Creative Zena nowej generacji uległam jednak pokusie
ODMIANY i wybrałam Sony, ponieważ ma on prawo nazywać się walkmanem. Wideo, mp3 i radio… tylko że w domu odkryłam
ze zgrozą, że radia tam nie ma. Okazało się, że istnieją dwa bardzo
podobne do siebie modele, w identycznej cenie, jeden z radiem, drugi
bez (ten bez radia jest bardziej nowoczesny, czy to jest jakaś
aluzja?). Oglądałam ten pierwszy, z półki ściągnęłam ten drugi, a w
zasadzie wepchnęła mi go szybko w objęcia gorliwa panna z obsługi.
Radio jest mi potrzebne do życia, ponieważ zaczynam od niego dzień, aby się upewnić, w jaki zakątek Galaktyki rzucił mnie los. A
nosić ze sobą dwa odtwarzacze – jeden do radia, drugi do reszty – to
drobna przesada. Pojechaliśmy po raz drugi. Obawiałam się komentarza w
stylu „to trzeba było patrzeć, co pani kupuje”, bo w końcu na logikę
czemu mieliby mi wymieniać całkiem działający odtwarzacz… ale nie użyli tej
logiki, przyjęli rozkoszne wyjaśnienie „a bo ja chciałam taki z radiem”
i nabyłam sobie zaraz jeden z trzech ostatnich przestarzałych egzemplarzy z
radiem. Nasza współpraca zaczęła się obiecująco: dziś o poranku z listy 150 piosenek, którymi go na początek nakarmiłam, wybrał mi akurat te, które najbardziej chciałam usłyszeć, i w dodatku same zachęcająco energiczne, żadnych smętów. Myślę, że trochę potrafi czytać w myślach.

Francuska biurokracja jako czarny charakter

Na pierwszej stronie biuletynu informacyjnego, co go moja firma
produkuje co miesiąc dla swych pracowników, znalazłam tym razem
rzewną historię podpisaną przez samego prezesa. Opowieść w skrócie była
następująca: był sobie młody Meksykanin, który miał fanaberię, aby
skończyć studia w państwie Francja, co mu się udało bez problemu, bo
zdolna bestyja z niego była. Kończąc studia przyszedł na staż
(obowiązek we Francji) do mojej firmy, po czym rzeczona postanowiła go
zatrudnić już na etat. I tu nastąpił drobny zonk, potrzebował bowiem
zezwolenia na pobyt połączony z pracą (tego samego, które ja swego
czasu załatwiałam mozolnie, stojąc w niezliczonych całodziennych
kolejkach na prefekturze). Firma dała mu kontrakt, poszedł załatwiać
formalności, a wtedy okazało się, że biurokratyczna administracja
francuska podejrzewa, że odbierze on w ten sposób pracę jakiemuś
legalnemu obywatelowi francuskiemu. Zezwolenia nie dała, a wręcz kazała
Meksykaninowi natychmiast wynosić się z raju zwanego Francją, zanim go
siłą wyrzucą. Ostatecznie moja firma interweniowała, przekonując, że ma
pełne prawo sobie zatrudnić tegoż obywatela meksykańskiego, i historia
skończyła się dobrze, ale mimo wszystko ręce czasem opadają na myśl o
francuskiej biurokracji i stosunku do imigrantów…