Ceterum censeo IPN delendum esse

Fantastyczny jest ten kawałek Stommy: „Doświadczenie, a nawet
naukowe dzieła uczą nas jednak, że ludzie nie tylko nie potrzebują
wolności własnego spojrzenia, ale uciekają od niej, gdyż stwarzając im
zbyt wiele ewentualności, proponuje niepewny chaos, czyli konieczność
dokonywania samodzielnych wyborów. Od nikogo, rzeką mędrcy, nie można
wymagać odwagi. Kiedy zaś jej braknie, wtedy – pisze Erich Fromm –
‚jednostka przestaje być sobą; w pełni akceptując ten rodzaj osobowości
i poglądów, które oferują jej wzory z zewnątrz, staje się zupełnie
podobna do innych, taka jaką ci inni spodziewają się zobaczyć. Znika
rozbieżność między ‚ja’ i światem, a wraz z nią świadomy lęk przed
samotnością i bezsiłą. Osoba, która rezygnuje ze swego indywidualnego
‚ja’ i staje się automatem identycznym z milionem innych otaczających
go automatów, nie musi czuć się samotna i zalękniona’. I to nam właśnie
spustoszenie umysłów proponują IPN i ‚polityka historyczna’
„. (Polityka 9/2008, Felieton Stommy).

Jak dobrze tłumaczy to wyborców PIS, a także większość historii
gatunku, pożal się boże, homo sapiens. Aby zdobyć tłum popleczników,
wystarczy przecież głośno wrzasnąć „Kupą mości panowie (i panie),
powieśmy jeno na drzewach paru komuchów (żydów, ateistów, murzynów,
masonów, cyklistów, feministek,
proszę sobie wybrać, do wyboru do koloru), a nastanie raj na Ziemi.
Zabijmy tylko tego smoka, a wszystko już będzie od tej pory dobrze i
różowo, mleko i miód będą płynąć rzekami obficie. Poświęćmy ewentualnie
parę dziewic temuż smokowi, w końcu czymże jest jedna dziewica wobec
wieczności…”

Zapalniczkom mówimy stanowcze nie

Dzisiejsza tv powiedziała, że w Unii Europejskiej zakazana jest teraz sprzedaż zapalniczek bez zabezpieczeń przed dziećmi oraz zapalniczek „fantazyjnych wyglądających jak zabawki”. Ja rozumiem pragmatyzm i szlachetną chęć ochrony najmłodszych, ale naprawdę – mam wrażenie, że zbliżamy się coraz bardziej do Lemowego mli-mli („Powrót z gwiazd”). Ograniczamy coraz bardziej prędkość, każemy zapinać pasy, zagradzamy wszelkie miejsca potencjalnie niebezpieczne, ostrzegamy przed zbyt gorącą kawą, niedługo pewnie nie będzie można kupić ostrego noża kuchennego… tymczasem w Stanach coraz częściej dochodzi do potwornych, bezsensownych strzelanin. Może to przesada twierdzić, że jedno z drugim ma coś wspólnego, ale może gdyby ci młodzieńcy, którzy strzelają do swoich kolegów jak do puszek po piwie, sparzyli się w dzieciństwie na przykład jakąś zapalniczką, to parę lat później mieliby nieco więcej empatii. W każdym razie życie z natury swojej jest ryzykowne i niebezpieczne, i nie jestem przekonana, czy pozbawianie go tych cech jest naprawdę słuszne z filozoficznego punktu widzenia.

A w ogóle to proszę już odejść od tego komputera, przestać się poddawać szkodliwym wpływom, i odstawić już te butelki z piwem oraz pornografię! 

O 7:20 jest już jasno

Co by nie mówić, to jednak bardzo przyjemnie jest wrócić wieczorem do domu i zastać w nim faceta radośnie, głośno i bardzo fałszywie podśpiewującego „I will survive” i z zapałem przygotowującego mnóstwo pysznego spaghetti po bolońsku. Naprawdę pysznego. A wiatr w tym czasie sobie szalał, wiał, wył i niszczył rozmaite dzieła rąk ludzkich.

Głosować byłam

Wprawdzie to tylko municipales – wybory lokalne (mam prawo uczestniczyć w takich jako obywatelka europejska zamieszkała we Francji), ale zawsze. Przyznaję, częściowo powodowała mną ciekawość, jak też z bliska wygląda maszyna do głosowania (nic nadzwyczajnego: wyświetlone są listy kandydatów, wybiera się jednym przyciskiem swojego, a drugim zatwierdza), a po drugie gdybym jednak kiedyś zapragnęła tutejszego obywatelstwa, to dobrze byłoby uzasadnić, że uczestniczę świadomie w życiu społecznym spełniając obywatelskie prawo i obowiązek, jak to jest na karcie wyborcy surowo napisane. Poza tym sam Sarkozy i za nim inni liderzy partyjni zaangażowali się w te wybory w stopniu chyba przesadnym – nieźle opisuje to dzisiejsza Wyborcza – uznałam więc, że to dobra okazja, aby utrzeć prezydentowi nieco nosa. Myślałam zresztą, że nic z tego mojego głosowania nie będzie, bo na karcie wyborczej, która przyszła pocztą w tym tygodniu, opuścili… końcowe „a” w moim imieniu (uwaga, właśnie ujawniłam na blogu, że moje imię kończy sie na „a”!) Byłam przekonana, że niezgodność danych w dowodzie i na karcie będzie problemem. Szczęśliwie jesteśmy we Francji i komisji nie zrobiło to specjalnej różnicy, o ile w ogóle coś zauważyli. Komisje do sprawdzania dokumentów były zresztą tradycyjnie dwie: jedna męska, druga damska. Muszę się kiedyś dowiedzieć, czy to celowe działanie…

Głupia baba jednak ze mnie

Że się umówiłam wczoraj na lunch z kolegą z byłej pracy, nudziarzem i lekkim mitomanem (ja wiem, to wydaje się nie iść w parze, ale zapewniam – jak już idzie, to jest dziesięć razy gorsze w połączeniu, niż każda z tych cech z osobna), to jeszcze można zrozumieć: kontakty zawodowe podtrzymywać należy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy znienacka się przydadzą. Kolega może i nudziarz, ale w robotę się angażuje. Ale że moja asertywność  poszła w kąt, kiedy kolega wymyślił, że może bym mu dzieci urodziła, to jednak przesada. No dobra, to tylko taki żart był (przynajmniej pierwsze trzy razy). Różnice kulturowe i tak dalej. Poza tym sama zaczęłam, bo mogłam go nie pytać, czy już tych dzieci się z małżonką swą dorobił – cóż, rozmawialiśmy o tym pewnego dnia jakieś pół roku temu i bardzo przeżywał, że już za chwileczkę, już za momencik, może będzie ojcem, chciałam więc dla paddierżenia razgawora zahaczyć o temat wydawałoby się bezpieczny i sympatyczny. Ech. Nie ma widać tematów bezpiecznych. Na pociechę zeżarłam najlepszy crème brûlée w moim życiu (nie mogę odżałować, że nie wzięłam dokładki), oraz dowiedziałam się przy okazji, że zarabiam nieco więcej niż ten kolega. Jakoś dopiero wieczorem dotarło do mnie, że powinnam chyba być z tego dumna, bo on jest w końcu ode mnie starszy, jest wygadanym Francuzem kształconym we francuskich uczelniach i jest facetem…

Obejrzałam w końcu słynną reklamę WBK z Cleesem. 7 razy pod rząd, za każdym razem płacząc i smarkając. A teraz sobie powtarzam „but I want one!” i dalej mnie to śmieszy do łez. Genialny on jest. Nie mam wprawdzie potrzeby kredytu, ale chyba z czystej sympatii założę u nich konto i jakieś odsetki będę im płacić. I Państwo mają tę reklamę tak na co dzień? To będzie pierwszy raz, kiedy będę zazdrościć dostępu do polskiej tv.

Holoubek nie żyje

i żadne słowa nie wydają się odpowiednie. Piękny wiek, 85 lat (i natychmiast myślę, że za tydzień mój Wujek skończy 80…). Wydaje się niemal metafizyczne, że odszedł akurat w marcu równo 40 lat po Marcu…

„Traktat o łuskaniu fasoli”

Ależ to jest piękna, piękna, piękna, przepiękna książka. Koniec
recenzji, bo nic więcej nie mam do powiedzenia. Można również napisać,
że jest nudna i pełna banałów, z pewnego punktu widzenia to też będzie
prawdziwe. Jeśli ktoś koniecznie chce wiedzieć o czym to jest,
to proszę: przychodzi facet do faceta kupić fasoli, siada do łuskania,
i ten drugi facet, będący już u schyłku swego życia, opowiada mu o swoim życiu, czyli kawał skomplikowanej historii naszego kraju: groby w
lesie, wojenne dzieciństwo, socjalizm lat pięćdziesiątych i emigracja
zarobkowa. Tylko że to się tak nie da streścić; to tak jakby powiedzieć, że
Dalego „Ukrzyżowanie św. Jana od Krzyża” przedstawia faceta na krzyżu.
No, przecież przedstawia. Ależ ta książka Myśliwskiego jest genialnie
napisana: w pewien sposób nie można się od niej oderwać, a jednocześnie
irytuje świadomość, że w zasadzie nie dowiemy się niczego naprawdę.
Mamy tu mozaikę wspomnień, która oczywiście układa się w pewien obraz,
ale to jest jednak bliższe naszemu codziennemu poznawaniu innych ludzi
i wyrabianiu sobie zdania na ich temat na podstawie drobiazgów, niż
literaturze. I wcale nie chcę przez to powiedzieć, że to nie jest
literatura, bo jest, niesłychanie wysokiej próby. Ach – poddaję się, nie
umiem pisać o tej książce i nie wiem czy się w ogóle da. To trzeba by
oddzielny traktat jakiś napisać.