Żyję

wskazują na to obiektywne objawy, mianowicie ruszam się, oddycham, wkładam do ust jedzenie, czasem wydaję dżwięki. Wiem, że istniała osoba, która lubiła pisać tego bloga i czytać książki – widuję w lustrze jej twarz. Za każdym razem się dziwię, bo spodziewam się raczej zobaczyć śmierć – nie tę Pratchetta, tylko starą dobrą kostuchę, złośliwie wyszczerzoną. Wiem, że po drugiej stronie tego bloga są żywi ludzie, którzy się martwią. Ale ds już nie istnieje, a mnie nie można w żaden sposób pomóc. Jestem Państwu wdzięczna za te prawie 6  wspólnie spędzonych lat. To było fajne życie. Powinnam była wiedzieć, że kiedyś po prostu nie dostaje się już kolejnej szansy.

Dla jasności sytuacji

czyli co działo się, zanim trafiłam do szpitala i dlaczego wydarzenia potem potoczyły się, jak się potoczyły. Mieliśmy otóż gdzieś pojechać na
kolejny długi weekend (8-12 maja), i nawet udało mi się na nim wymóc
wzięcie wolnego na piątek. Terminy wyjazdu się zmieniały jak w
kalejdoskopie, bo przecież on ma tyle do roboty, nie może na całe 5 dni
wyjeżdżać, jacyś kuzyni poza tym przyjeżdżają, ale w końcu było z
grubsza ustalone, że w czwartek jedziemy. Powiedziałam, że
zarezerwowałam hotel – przyznaję, to akurat było kłamstwo. Nie zarezerwowałam, bo to
nie był taki pierwszy (ani piąty) raz, i dokładnie wiedziałam, czego
się spodziewać, aczkolwiek resztki nadziei jeszcze się we mnie tliły. W środę o 20 przypadkiem się dowiedziałam, że pan jutro
udaje się pracować. Zapytałam co w takim razie z naszym wyjazdem i z
zarezerwowanym hotelem – dowiedziałam się, że pojedziemy może w sobotę,
albo w niedzielę, a rezerwację mam odwołać, bo on koniecznie musi coś
tam skończyć w czwartek, a w ogóle przecież przyjeżdżają jego kuzyni, których nie widział 17 lat, i mam przestać marudzić. Cóż, mam jeszcze na świecie dobrych kumpli, którzy przygarną w potrzebie. Spakowałam walizkę, wsiadłam do Thalysa, wysiadłam w Amsterdamie, odebrałam telefon i powiedziałam, żeby się mną nie przejmował, bo ja sobie pojechałam na długi weekend, może się zajmować do upojenia pracą, kuzynami, czym tam chce, i nikt mu nie będzie marudził. Jak łatwo się domyślić, nadepnęłam mu na ambicję okrutnie – zwłaszcza że jak sobie wyobrażam, kuzyni pytali o kobietę i musiał przyznać, że go olała i sobie sama gdzieś pojechała – i dostał szału, którego nie mógł wyładować na nikim przez kolejne parę dni. Kiedy dodatkowo bez słowa znikłam (w szpitalu) na kolejny wieczór olewając (z braku baterii, ale nie mógł o tym wiedzieć) wrogie wiadomości na poczcie głosowej… w zasadzie należy go podziwiać, że nie wywalił wszystkich moich rzeczy przez okno, tylko spakował jedną walizkę.

Tym bardziej mi gorzko, że znowu jest maj, i dokładnie pamiętam, jak w
maju dwa lata temu idiotycznie martwiłam się tezą Beigbedera, że „amour dure
trois ans”, miłość trwa tylko trzy lata. Ktoś gdzieś chyba dostał te
dwa lata, których nam zabrakło… Cóż, oby mu bardziej na zdrowie
wyszło.

„A co się pani w nogę stało?”

Niech Państwo nigdy, ale to nigdy, pod żadnym pozorem, nie wylewają
sobie całego (połowy w zasadzie lepiej też nie) czajnika wrzątku na
jedną gołą łydkę i dwie gołe stopy. To naprawdę boli. Bardzo boli.
Nigdy bym nie przypuściła, że skóra na stopach jest taka wrażliwa. I
niewiele pomaga siedzenie potem przez pół nocy z nogami w misce z zimną
wodą. A jeśli w dodatku potem beztrosko pojechać sobie na wycieczkę do Amsterdamu i
włóczyć się całymi dniami po słoneczku, to po powrocie ma się na łydce
jedną wielką ranę, liczne żółtawe pękające pęcherze, i jakiś dziwny
płyn nieustannie ściekający po tym wszystkim. Koledzy w pracy zobaczywszy ten bezmiar nieszczęścia łapią się za głowę i prowadzą nogę razem z właścicielką do najbliższej apteki, a tam trzeba wydać 30 euro na rozmaite fachowe środki dezynfekujące i opatrunkowe, i
obnosić się z gustownym bandażem na łydce – na szczęście to przynajmniej
jest skuteczne.

Nie znacie dnia ani godziny

kiedy nagle ot tak prosto z ulicy zabiorą was do szpitala, a w szpitalu
ułożą w wielkim zimnym pokoju na czymś bardzo nieprzyjemnie kojarzącym
się z katafalkiem, i podłączą do mnóstwa maszyn robiących ping, i z
marsowymi minami będą co pewien czas kręcić głowami i nie słuchać
waszych wyjaśnień, że to tylko stres, gorąco i zmęczenie, i że naprawdę
czujecie się świetnie. W końcu surowo oznajmią „pani ma nadciśnienie”,
na co można tylko wybuchnąć śmiechem i wyjaśnić, że w żadnym wypadku,
to jakaś pomyłka, całe życie miałam 120/70 i JAKIE w ogóle
nadciśnienie, halo? A oni będą pokazywać cyferki na swoich maszynach,
które to cyferki rzeczywiście wynosić będą uparcie jakieś dziwne 160/95 i
nie będą słuchać żadnych tłumaczeń, że maszyny muszą mieć ewidentnie
popsute, że te wyniki nie mogą przecież dotyczyć mojej osoby. A potem
oznajmią „pani w ogóle nie reaguje na leki, w tym stanie pani nie
wypuścimy, zostaje pani tutaj co najmniej do jutra”. „Ale ja nie mogę
tu zostać, ja nie mam przecież ze sobą nic, nawet szczoteczki do zębów”
zaprotestujecie słabo, na co oni popatrzą dziwnie i powiedzą „to niech
ktoś pani przywiezie”, a wy będziecie mogli już tylko zeznać, że otóż
nikt wam nic nie przywiezie w przewidywalnej przyszłości, bo z powodu
kłótni z partnerem nagrał wam na pocztę głosową, że wyrzucił wasze
rzeczy z mieszkania i że macie je sobie wziąć i natychmiast oddać mu
klucze (ale to zupełnie inna historia), w związku z czym nie macie w
zasadzie dokąd wracać i być może nie macie też już żadnego dobytku. Na
takie dictum oni mówią, że na pewno nigdzie już w tej chwili nie
pójdziecie, karmią was środkami uspokajającymi, kładą w szpitalnym
pokoju, i pewnie za 10 minut cały szpital opowiada już sobie tragiczną
historię biednej cudzoziemki, bo co chwila przychodzi ktoś i z troską
pyta jak się czujecie i czy dacie radę zasnąć i że jutro się mną na
pewno zajmą. Nigdy w życiu nie zapomnę tej pielęgniarki w rozmiarze
kieszonkowym, która przyniosła mi szpitalną koszulę, ręcznik i jakieś
mydło, i trzymała mnie potem za rękę przyciskając  ją sobie do mostka,
i ze smutną troską w głosie pytała „ale czy on pije?” na co ja
odpowiadałam „ależ skąd, nie”, a ona wtedy z tą samą niewysłowioną
smutną słodyczą powiedziała „quand ils boivent, ils sont méchants
(kiedy oni piją, są niedobrzy)” i z absolutną pewnością mówiła z
własnego doświadczenia.

A potem nastał nowy dzień i znowu wszyscy pytali jak się czuję (a ja
ciągle z uporem i zgodnie z prawdą twierdziłam, że świetnie) oraz co mi
się stało w nogę (miałam ją bowiem profesjonalnie zabandażowaną na
dużej powierzchni, ale to zupełnie inna historia) i co chwila dawali mi
nowe leki i podłączali do kolejnych maszyn i zmieniali dawki leków i
kręcili głowami, a potem nawet zaserwowali mi zastrzyki w sempiternę i
uważam to za pogwałcenie mojej godności, bo ostatnio zastrzyki w to
szlachetne miejsce dostawałam, jak jeszcze byłam nieletnia, ale byli
tacy mili i przejęci, że już nie protestowałam. Czułam się tam zupełnie
jak Yossarian i marzyłam o tym, żeby się przynajmniej chociaż trochę
poczuć źle i usprawiedliwić ich wysiłki, ale nic z tego. Zastanawiałam
się nawet, czy nie wymyślić sobie jakiegoś całkiem nowego fajnego
objawu, na przykład z przejęciem zeznać, że chyba właśnie spuchł mi
trzeci palec u lewej stopy, ale oni z pewnością mają maszyny do
mierzenia opuchlizny trzeciego palca u lewej stopy i niewątpliwie
biegaliby i solennie mierzyli opuchliznę i dawali kolejne na nią
lekarstwa. W tym czasie pani asystentka socjalna cierpliwie usiłowała
się dodzwonić do mego partnera życiowego, aby się dowiedzieć czy mam
właściwie w ogóle dokąd wracać, jeśli kiedyś mnie stąd wypuszczą, ale
ten uparcie nie odbierał telefonów.

Widać mnie polubili, bo zatrzymali mnie tam w ten sposób aż do piątku,
kiedy w końcu uznali, że satysfakcjonująco reaguję na leki. Dali zapas
leków, jakieś głupie zwolnienie i surowo przykazali odpoczywać. Oni
naprawdę nie rozumieją, że moja wizja odpoczynku obejmuje całodzienne
bieganie po Tatrach, jeżdżenie na nartach, albo ewentualnie rejs po
Bałtyku z wachtami co 4 godziny, a nie siedzenie w pomieszczeniu
mieszkalnym. Oraz że ja uwielbiam pracować i nie należy mi tej radości
odbierać. Już trudno. Do eMa w końcu udało się dodzwonić, asystentce
socjalnej stanowczo oznajmił, że przecież madame
doskonale wie, że to jest również jej mieszkanie i wcale nie zamierzał
jej stamtąd wyrzucać (potem – w ramach zapewne zabawnego żarciku –
znalazłam jednak swoją walizkę pod drzwiami, ale to już inna historia)
i nawet w środową noc dostarczył mi jakieś majtki na zmianę, co już
mnie dostatecznie uszczęśliwiło, przynajmniej na chwilę. A poza tym
pobyt w szpitalu francuskim wiąże się z otrzymywaniem do łóżka
śniadanka, a następnie dwóch ciepłych trzydaniowych posiłków dziennie,
które można sobie w dodatku samodzielnie komponować z pięciu
proponowanych alternatyw, więc naprawdę nie mam żadnego powodu do narzekania…

Jest port wielki jak świat

W długi weekend majowy (naprawdę długi – 8 maja święto państwowe z okazji kapitulacji Niemców, 9 wolne BO TAK, 12 wolne bo Zielone Świątki, i nikt nie ma nic do gadania) grane było miasto Amsterdam. Wakacjowałam się ongiś w Holandii z dużym zapałem, ale to było Bardzo Dawno Temu, a tymczasem Thalys z Paris Nord do Amsterdam Centraal jedzie ledwie 4 godziny, więc czemu by nie skorzystać… Pierwsze wrażenie brzmiało „o rany, ile tu jest rowerów!” – ja wiem, wyjątkowo mało oryginalnie, ale mnie się ostatnio wydawało, że już w Paryżu dzięki Vélib’ -systemowi rowerów do wynajęcia – jest bardzo dużo rowerzystów. Otóż nie miałam pojęcia, co to znaczy „dużo”. Zaprezentowany mi został trzypoziomowy parking dla rowerów, koło dworca centralnego, i rzekłam na to
– Dobrze, niech będzie, ja to widzę. Ale ja tego nie przyjmuję do wiadomości i nie ogarniam umysłem…
Poza tym z zupy zmałpowałam Keukenhof, ostatni moment, w ten weekend zamykają i sporo tulipanów już przekwitało, ale i tak warto to zobaczyć raz w życiu. Załapaliśmy się przy okazji na pokaz ptaków drapieżnych, bardzo malowniczy – z pokazem m.in. jak sokół surowe mięsko łowi w locie, szkoda tylko że narracja była oczywiście po holendersku, ale podobno niewiele straciłam. Fantastyczne jest muzeum Zuider Zee, skansen znaczy, odtworzony z holenderską perfekcją i pieczołowitością. Największy mój podziw wzbudził kowal (a raczej aktor odgrywający jego rolę), który z poświęceniem stał przy prawdziwym piecu z prawdziwym ogniem, gdy temperatura w okolicy wynosiła jakieś 28 stopni. Płynie się do tego muzeum łódką, więc poczułam się już zupełnie wakacyjnie, a przedtem jeszcze pływaliśmy po amsterdamskich kanałach. Zaliczyłam też oczywiście dzielnicę czerwonych latarni, która wzbudziła mój zdecydowany sprzeciw. W zasadzie nie mam nic przeciwko prostytucji, nie wierzę że zakazami się ją da zwalczyć, i wolę już legalną i kontrolowaną, ale tych porozbieranych dziewczyn w oknach nie mogłam w żaden sposób zaakceptować. Miałam jakąś podświadomą nadzieję, że to tylko atrakcja dla turystów i że to nie jest naprawdę, ale obawiam się, że świat jednak nie jest aż tak ładnie urządzony. Trudno. Tak czy owak mam wrażenie, że ta mała płaska pragmatyczna Holandia jest fajnym miejscem do życia na Ziemi.

Radiowy obyczaj

Jest taki obyczaj w radiu, który bardzo mnie bawi. W porannej audycji mianowicie mają zwyczaj wspominać, że dziś są urodziny jakiejś znanej osoby. Może to być jakiś słynny aktor, na przykład Jack Nicholson albo Renée Zellweger. Żeby tę postać przypomnieć szerokiej publiczności, puszczają następnie jakąś kwestię wypowiadaną przez tego aktora w znanym filmie. Tak ze dwa-trzy zdania. Wszystko pięknie, tylko że jesteśmy we Francji i oczywiście jest to wypowiedź zdubbingowana po francusku, więc bynajmniej nie jest to głos rzeczonego Nicholsona ani Zellweger… Ja wprawdzie rozumiem, że obywatel francuski, który oglądał ten film z dubbingiem, ma sobie skojarzyć scenę i postać, ale i tak nieodmiennie mnie ten pomysł szalenie bawi.

Jedno z tych pytań egzystencjalnych

Czy to tylko mnie się notorycznie zdarza nie móc znaleźć końca rolki na papierze toaletowym, jak on jest zamknięty w takim wielkim nieprzystępnym pudle, i spędzać następnie długie minuty kręcąc całą tą rolką w obie strony, podskubując ją, i usiłując trafić na końcówkę, która jest złośliwie gładko przylepiona do reszty i nijak nie chce się odlepić i dać złapać?