Nie znacie dnia ani godziny

kiedy nagle ot tak prosto z ulicy zabiorą was do szpitala, a w szpitalu
ułożą w wielkim zimnym pokoju na czymś bardzo nieprzyjemnie kojarzącym
się z katafalkiem, i podłączą do mnóstwa maszyn robiących ping, i z
marsowymi minami będą co pewien czas kręcić głowami i nie słuchać
waszych wyjaśnień, że to tylko stres, gorąco i zmęczenie, i że naprawdę
czujecie się świetnie. W końcu surowo oznajmią „pani ma nadciśnienie”,
na co można tylko wybuchnąć śmiechem i wyjaśnić, że w żadnym wypadku,
to jakaś pomyłka, całe życie miałam 120/70 i JAKIE w ogóle
nadciśnienie, halo? A oni będą pokazywać cyferki na swoich maszynach,
które to cyferki rzeczywiście wynosić będą uparcie jakieś dziwne 160/95 i
nie będą słuchać żadnych tłumaczeń, że maszyny muszą mieć ewidentnie
popsute, że te wyniki nie mogą przecież dotyczyć mojej osoby. A potem
oznajmią „pani w ogóle nie reaguje na leki, w tym stanie pani nie
wypuścimy, zostaje pani tutaj co najmniej do jutra”. „Ale ja nie mogę
tu zostać, ja nie mam przecież ze sobą nic, nawet szczoteczki do zębów”
zaprotestujecie słabo, na co oni popatrzą dziwnie i powiedzą „to niech
ktoś pani przywiezie”, a wy będziecie mogli już tylko zeznać, że otóż
nikt wam nic nie przywiezie w przewidywalnej przyszłości, bo z powodu
kłótni z partnerem nagrał wam na pocztę głosową, że wyrzucił wasze
rzeczy z mieszkania i że macie je sobie wziąć i natychmiast oddać mu
klucze (ale to zupełnie inna historia), w związku z czym nie macie w
zasadzie dokąd wracać i być może nie macie też już żadnego dobytku. Na
takie dictum oni mówią, że na pewno nigdzie już w tej chwili nie
pójdziecie, karmią was środkami uspokajającymi, kładą w szpitalnym
pokoju, i pewnie za 10 minut cały szpital opowiada już sobie tragiczną
historię biednej cudzoziemki, bo co chwila przychodzi ktoś i z troską
pyta jak się czujecie i czy dacie radę zasnąć i że jutro się mną na
pewno zajmą. Nigdy w życiu nie zapomnę tej pielęgniarki w rozmiarze
kieszonkowym, która przyniosła mi szpitalną koszulę, ręcznik i jakieś
mydło, i trzymała mnie potem za rękę przyciskając  ją sobie do mostka,
i ze smutną troską w głosie pytała „ale czy on pije?” na co ja
odpowiadałam „ależ skąd, nie”, a ona wtedy z tą samą niewysłowioną
smutną słodyczą powiedziała „quand ils boivent, ils sont méchants
(kiedy oni piją, są niedobrzy)” i z absolutną pewnością mówiła z
własnego doświadczenia.

A potem nastał nowy dzień i znowu wszyscy pytali jak się czuję (a ja
ciągle z uporem i zgodnie z prawdą twierdziłam, że świetnie) oraz co mi
się stało w nogę (miałam ją bowiem profesjonalnie zabandażowaną na
dużej powierzchni, ale to zupełnie inna historia) i co chwila dawali mi
nowe leki i podłączali do kolejnych maszyn i zmieniali dawki leków i
kręcili głowami, a potem nawet zaserwowali mi zastrzyki w sempiternę i
uważam to za pogwałcenie mojej godności, bo ostatnio zastrzyki w to
szlachetne miejsce dostawałam, jak jeszcze byłam nieletnia, ale byli
tacy mili i przejęci, że już nie protestowałam. Czułam się tam zupełnie
jak Yossarian i marzyłam o tym, żeby się przynajmniej chociaż trochę
poczuć źle i usprawiedliwić ich wysiłki, ale nic z tego. Zastanawiałam
się nawet, czy nie wymyślić sobie jakiegoś całkiem nowego fajnego
objawu, na przykład z przejęciem zeznać, że chyba właśnie spuchł mi
trzeci palec u lewej stopy, ale oni z pewnością mają maszyny do
mierzenia opuchlizny trzeciego palca u lewej stopy i niewątpliwie
biegaliby i solennie mierzyli opuchliznę i dawali kolejne na nią
lekarstwa. W tym czasie pani asystentka socjalna cierpliwie usiłowała
się dodzwonić do mego partnera życiowego, aby się dowiedzieć czy mam
właściwie w ogóle dokąd wracać, jeśli kiedyś mnie stąd wypuszczą, ale
ten uparcie nie odbierał telefonów.

Widać mnie polubili, bo zatrzymali mnie tam w ten sposób aż do piątku,
kiedy w końcu uznali, że satysfakcjonująco reaguję na leki. Dali zapas
leków, jakieś głupie zwolnienie i surowo przykazali odpoczywać. Oni
naprawdę nie rozumieją, że moja wizja odpoczynku obejmuje całodzienne
bieganie po Tatrach, jeżdżenie na nartach, albo ewentualnie rejs po
Bałtyku z wachtami co 4 godziny, a nie siedzenie w pomieszczeniu
mieszkalnym. Oraz że ja uwielbiam pracować i nie należy mi tej radości
odbierać. Już trudno. Do eMa w końcu udało się dodzwonić, asystentce
socjalnej stanowczo oznajmił, że przecież madame
doskonale wie, że to jest również jej mieszkanie i wcale nie zamierzał
jej stamtąd wyrzucać (potem – w ramach zapewne zabawnego żarciku –
znalazłam jednak swoją walizkę pod drzwiami, ale to już inna historia)
i nawet w środową noc dostarczył mi jakieś majtki na zmianę, co już
mnie dostatecznie uszczęśliwiło, przynajmniej na chwilę. A poza tym
pobyt w szpitalu francuskim wiąże się z otrzymywaniem do łóżka
śniadanka, a następnie dwóch ciepłych trzydaniowych posiłków dziennie,
które można sobie w dodatku samodzielnie komponować z pięciu
proponowanych alternatyw, więc naprawdę nie mam żadnego powodu do narzekania…

25 thoughts on “Nie znacie dnia ani godziny

  1. Witaj w klubie 😦

    Przez chwilę wyobraziłem sobie analogiczną historię szpitalną u nas w Polsce – i – jednak masz duuużo szczęścia (czarny humor trochę może), że zdarzyło Ci się to tam a nie tu.

  2. O tempora o mores !
    Jak ja się godzę z moją kobietą, z zasady zdejmuję jej majtki, a ten Twój złoczyńca Ci zakłada 🙂

  3. wow.
    po prostu wow.

    jestem pod ogromnym wrażeniem tej historii.

    ta noga mnie zaciekawiła, co Ci jest w nogę?

    (no dobrze, wątek walizki również, ale nalezy udawać, że się nie jest ciekawskim)

  4. laska, wszystko się wydarzyło naprawdę w miesiącu maju 2008, nie licząc pewnych skrótów oraz drobnych literackich ubarwień 🙂

    kłamca, no ba! ja zawsze twierdzę że mam masę szczęścia!

    Klu, ale to nie był etap godzenia 😉

    lumpiata, proszę grzecznie czekać na kolejne notki 😉

  5. ja pier- ekhm … bajkowo. no po prostu bajkowo. bo będzie co wspominać jak przyjda dobre czasy 😉

    a tak naprawdę ds to pieprzona klasyka dnia i godziny.

    dajesz radę ?

  6. Biedne Dziecko!Przejęłam się,ale,jak widać,ds już szczęśliwie wróciła do nas i podzieliła się swym nowym doświadczeniem życiowym.I ta notka już chyba nadana z miejsca pracy,czy tak? Nie życzę więcej tego rodzaju doświadczeń,ale przy okazji to ds – jako nasz człowiek w Paryżu -wzbogaca naszą wiedzę o różnych aspektach tamtejszego życia i czyni to jak rasowy reporter.
    I już wiemy,że chyba lepiej być pacjentem tam niż u nas,ale,proszę,żadnych wypadków już więcej(!)

  7. a ja myślałam, że nie piszesz, bo jakoś tak jeste,ś zajęta czymś fajnym , czy coś.
    no kurcze.
    ale już dobrze, chociaz troszkę lepiej ?

    :*

  8. zatem odszczekuję wszystkie zachwyty pod adresem eMa.
    Straciłam do niego wszelkie zaufanie.
    wracaj, bo Cię tam zamęczą w tym Paryżewie!

  9. O matko… Trzymaj się, dziewczyno.
    Ja wiem, że Ty masz ostry język i nie sposób wygrać z Tobą na słowa, ale, na honor, nie wyobrażam sobie jak można kobiecie wystawić walizkę za drzwi po najgorszej choćby kłótni!
    Powiedz serowi, że to co zrobił nie spodobało się Twoim polskim kumplom i że dostaje pierwsze upomnienie. Przy trzecim pogadamy z nim po swojemu i zakopiemy.

  10. spt, no ba, trzeba mieć co wspominać 🙂 pewnie, że daję radę!

    kwoka, wychodzę z założenia, że doświadczeń życiowych różnego rodzaju nie da się uniknąć. inaczej by człowiek jak to warzywo przewegetował zamiast żyć…

    girri, no przecież wszystko opisane czarno na białym 😉

    ferita, raz wzloty, raz upadki 😉

    goga, a tam zamęczą. ja się nie dam tak o zamęczyć… z brakiem zaufania niestety prawda, i to mnie martwi. jego zasrany tatuś jednak wyłazi, mam wrażenie…

    szyper, spokojnie, nie wiesz w końcu co ja zrobiłam. może zasłużyłam 🙂 ale dzięki za wsparcie 🙂

  11. Ja wpierwolę… Cieszę się, że wreszcie coś napisałaś, bo już się zaczynałam martwić, lecz zaprawdę, wolałabym, żebyś napisała coś innego.
    Zgadzam się z Szyprem, niech żabojad uważa, bo będzie gleba. ;-/

  12. Wychodzi na to, że eM święty człowiek, obiektywnie rzecz biorąc każdy inny by mógł ukatrupić 🙂

    Ale wiedz Ds masz u nas wsparcie, jak trza to i wpierdolim 😉

  13. 😦 teraz mi glupio, ze zartowalam, ze ty na czerwonym karpecie w Cannes sie turlasz, a tu takie cos:( Och, przykro mi, ze musialas szpital przejsc, jeszcze z w takim stanie psychicznym. Trzymaj sie dziewczyno, i jak ochloniesz i wydobrzejesz, to pomysl o wlasnym lokum. XOXOX

  14. Dobrze ze tak sie skonczylo ale jednak bedac na obczyznie trzeba miec jakis drugi numer telefonu, czlowiek wciaz zapomina jak ulotne sa chwile i nie docenia tego co ma- zdrowia.Przykre ze eM nie mial odwagi odebrac tego telefonu ze szpitala.

  15. matyldaa, no czasem tak bywa, że nagle nadmiar przeżyć się koncentruje w jednym momencie czasoprzestrzeni 🙂

    nielot, ja bym też wolała napisać coś innego 🙂 ale będzie jeszcze okazja!

    Klu, no ba, a mógł zabić, nie? święty nie jest bynajmniej, ale ja też nie, i splot okoliczności był wyjątkowy, jak to zwykle bywa…

    ania, zaraz tam głupio, skąd niby miałaś wiedzieć 🙂

    Grażyna, na szczęście mam inne numery telefonów, a nieodbieranie to akurat nie była kwestia braku odwagi, tylko kolejny głupi przypadek. i to ja osobiście się upierałam żeby pani asystentka nie zostawiała wiadomości, bo on przecież zawsze odbiera. nie należy się upierać jednak.

    zupa, nie pierwiastkuj. różniczkować możesz 🙂

  16. rety 😦 tak mi przykro. wiesz co, dolacze tam do Ciebie i zawsze bedziesz mogla zadzwonic do mnie, co? lub ew. sie sprowadzic w kryzysowych sytuacjach. (dziadek znalazl sobie narzeczona(!) i chyba bedzie mi troche latwiej podjac decyzje) sciskam cie mocno, trzymajsie cieplo

  17. no pieknie! pozostaje tylko wierzyc,ze ten splot niefortunnych „wypadkow” po cos tam jednak byl, nawet jesli jeszcze o tym nie wiesz:)
    trzymaj sie cieplo!

  18. A to sie porobilo.

    Z eMA tak swoja drogo wylazlo tutaj co najgorsze imho.

    Ja rozumiem ze ludzie sie kloca, ze to sro i tak dalej ale na boga.

    Ciezko mi wyobrazic sobie, zebym Lubego walizki wystawila za drzwi a potem przestala odbierac telefony (mieszka u mnie). Nie wiem co musialby zrobic, chyba ganiac za mna z nozem albo probowac rozwalac sciany czy cos w tym guscie…

    Zakladam, ze Ty nie ganialas za EMem z nozem ani nie rozwalalas mu scian 🙂

  19. kaja, no proszę, czyżbyś dojrzewała do decyzji 🙂 tylko sprawdź tę narzeczoną czy aby porządna!

    miss, zawsze jest po coś. poza tym nie można życia przeżyć unikając wszelkich nieprzyjemności…

    Nina, nie czyń takich porównań, bo z całą pewnością radzisz sobie z emocjami lepiej niż on, a w dodatku ma charakter potwornie porywczy. musiał się na czymś wyżyć, i dobrze że to była tylko jedna spakowana walizka. nie zamierzam twierdzić że jest święty, ale nie jest też diabłem wcielonym…

Odpowiedz na milena Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s