Moje pierwsze razy

Kiedy po raz pierwszy po bodaj czterech tygodniach znów jadę metrem do Paryża, zaskakuje mnie, jak strasznie dużo tam jest ludzi (chociaż jak na tutejsze warunki metro jest całkiem puste) i jak oni są kolorowo ubrani. Oczywiście wydaje mi się, że wszyscy się na mnie gapią, że mam na czole wypisaną swoją historię, i muszę wkładać dużo wysiłku w przekonanie siebie, że to tylko idiotyczne złudzenie, a i tak patrzę na wszystkich ponuro spode łba. Wydaje mi się też, że wszyscy oprócz mnie toną w błogiej szczęśliwości, zajmują się swoim fajnym kolorowym życiem i nie wiedzą nic o problemach, chociaż świetnie wiem, że to nieprawda.

Kiedy po raz pierwszy od dawna jedziemy znowu samochodem po nocnym Paryżu, eM zawozi mnie – nie mam pojęcia czy świadomie czy nie – tam gdzie się poznaliśmy: na Trocadero, a potem na Montmartre. Spacerujemy tam nie rozmawiając ze sobą, jest zimno jak na czerwiec (wtedy było zimno jak na kwiecień), a ja nie mogę się powstrzymać przed uporczywą myślą, że to chyba jakaś symboliczna klamra, początek i koniec związku. „No i dobrze, niech tak będzie, mogło w końcu być gorzej, dużo gorzej” – myślę w końcu, zmęczona.

Kiedy po raz pierwszy od dawna idziemy do japońskiej knajpy, i po raz pierwszy w ogóle zaczynamy nagle rozmawiać jak ludzie – on chyba jest zbyt zmęczony, żeby się awanturować czy obrażać, a ja zbyt zmęczona, żeby odbierać to wszystko emocjonalnie – i znienacka uzyskuję w końcu konkretną odpowiedź na zadane pytanie, najpierw myślę „to niemożliwe, to naprawdę jest takie proste?” Potem wstępuje we mnie irracjonalna nadzieja, która za chwilę gaśnie – przecież to się nie da, po prostu nie da. Lecz nadzieja ma to do siebie, że nie da się jej zgasić tak łatwo.

Kiedy po raz pierwszy od dwóch miesięcy idę na basen w niedzielę o poranku, konstatuję, że jest tam jakoś dziwnie chłodno, ale nic to, dzielnie wskakuję do wody, przepływam 300 metrów, a potem przewracam się na plecy i nagle widzę nad sobą… niebo. Moja pierwsza myśl jest dość głupia i brzmi „o rany, zrobili tu szklany sufit?!” ale natychmiast przebija ją druga, bardziej zgodna z prawdą „o rany, oni zdjęli sufit! To dlatego jest tak chłodno!”, a potem pojawia się trzecia, zupełnie absurdalna „a co będzie, jak zacznie padać deszcz…?”

Kiedy po raz pierwszy w życiu zostaję wsadzona na skuter, po pięciu kilometrach przestaję wrzeszczeć na każdym zakręcie, po dziesięciu przestaję kurczowo ściskać eMa i odważam się na chwilę otworzyć oczy. Po kolejnych paru zaczynam nawet doceniać ten środek lokomocji, zwłaszcza kiedy okazuje się, że docieramy do centrum Paryża w ciągu paru chwil i zupełnie nie musimy się przejmować miejscem do parkowania, w związku z czym wypad do Włocha na lody staje się nagle rzeczywiście wypadem na lody, a nie trzygodzinnym umartwianiem się w aucie. Ale i tak na pewno nigdy nie polubię lawirowania między samochodami w korku na obwodnicy. Jestem jednak stworzona do przemieszczania się na czterech kółkach z klimą i elektrycznymi szybami, ewentualnie pod żaglami ze stateczną prędkością 6 węzłów.

Straszne przynudzanie

(Bardzo osobista i niezwykle nudna notka, naprawdę spokojnie można jej nie czytać.)
Szpitalna psycholog ma wielkie niebieskie oczy i czarujący uśmiech,
przypomina mi trochę Kaję, więc jest mi nieco głupio opowiadać jej
swoje smętne życie (a wcześniej mówiłam do siostry „przecież nie mogę
iść do psychologa po francusku!”,
na co siostra „nie musisz jej w końcu zaraz opowiadać swojego życia”,
więc dlaczego nagle teraz bredzę jej coś o niedobrym tatusiu i o mojej
matce w Polsce lat osiemdziesiątych, czego ta pani o ciepłym i
wyrozumiałym uśmiechu i tak nigdy nie zrozumie… a może wcale nie
musi). Opowiadam jej o swoim perfekcjonizmie, to jest temat, który mam
opanowany do perfekcji. Chwalę się, że jestem świadoma, że on utrudnia
mi życie, ale ja nad nim doskonale panuję, i świetnie wiem, że nie
można nigdy być perfekcyjnym i znakomicie się z tym godzę – o proszę,
na przykład przyjechałam do Francji i tu sobie żyję, chociaż wcale nie
umiem mówić po francusku. Snuję tę piękną opowieść o tym jak
perfekcyjnie udowadniam otoczeniu, a zwłaszcza sobie, że wcale nie
jestem perfekcyjna; niebieskooka psycholog nic nie mówi, uśmiecha się
tylko ciepło, a ja nagle zdaję sobie sprawę, w co ja się sama
wpędziłam. To już trzeba naprawdę dużego wysiłku, żeby stworzyć
sobie taką piętrową iluzję trzymania wszystkiego pod kontrolą, łącznie z idiotyczną potrzebą trzymania wszystkiego pod kontrolą. A potem
się dziwię, że całkowicie przerasta mnie, kiedy rzeczywistość okazuje
się jednak nie pasować do moich perfekcyjnie sporządzonych planów,
odmienianych w niezliczonych wariantach, bo przecież ja wiem, że nie
można być nigdy gotowym na wszystko, wobec czego obmyślam to wszystko
nieskończenie długo, aby w odpowiednim momencie wykazać się godną
podziwu elastycznością… a następnie przychodzi życie i w jednej
sekundzie rozwala moje wszystkie przemyślenia w drobny mak, a ja jestem
wtedy kompletnie bezradna.

Odkrycie istnienia rzeczywistości mnie całkowicie zatyka. Psycholog
wykorzystuje to, żeby zadać mi jedno kompletnie niewinne pytanie
– A właściwie to skąd się wziął ten perfekcjonizm? Czy jako dziecko też pani tak miała?
– No… chyba nie – bąkam, usiłując sobie przypomnieć odległą przeszłość.
Po chwili zatyka mnie po raz drugi, bo po trzydziestu latach nagle
łączę jedno z drugim i objawia mi się prawda.
– To przecież moja matka  – obwieszczam światu w osobie niebieskookiej
oraz siebie – moja matka, która była święcie przekonana, że zawsze
można lepiej, która nieustannie pytała, dlaczego ta piątka jest z
minusem, dlaczego skoro umyłam wannę, to nie umyłam jeszcze zlewu,
dlaczego skoro posprzątałam dom, to nie pozmywałam naczyń, dlaczego
skoro już się w końcu ładnie ubrałam, to nie mam lepszej fryzury.
Dlaczego uparcie nie jestem doskonała, skoro od doskonałości dzieli
mnie tylko jeden drobny kroczek, właściwie naprawdę żaden wysiłek…
Ja przecież byłam całkowicie pewna, że mam to już od dawna przerobione
i opanowane. Perfekcyjnie opanowane, oczywiście. Aż nagle wraca i
uderza mnie w głowę. I teraz jestem już tylko ja kontra rzeczywistość,
która się po prostu wydarza, nie zwracając żadnej uwagi na moje
mrzonki, plany, kontrolowanie, zapobieganie i inne wysiłki.
I ja mam z tym tak po prostu żyć – tak?

Cudzymi słowami

Jedyną różnicą dla mnie i dla Arlene było to, że zamiast
pięćdziesięciu lat dane nam było pięć. To była jedynie różnica
ilościowa – problem psychologiczny nie zmienił się. Byłoby inaczej
jedynie wtedy, gdybyśmy powiedzieli sobie „Inni ludzie mają lepiej, bo
żyją po pięćdziesiąt lat”. Ale to bez sensu. Po co zadręczać się
pytaniami „dlaczego mamy takiego pecha? Dlaczego Bóg tak nas pokarał?
Cośmy takiego zrobili?” – które, jeżeli rozumie się rzeczywistość i
bierze ją sobie do serca, są zbędne i pozostają bez odpowiedzi. Są to
rzeczy, na które nie mozemy nic poradzić. Taka sytuacja jest po prostu
zrządzeniem losu.

(Richard Feynman „A co ciebie obchodzi, co myślą inni?”)

U fryzjera takie toczą się rozmowy

Ostatnio fryzjerka, zaglądając mi w czuprynę, rzekła tak
– Ale po co pani farbuje włosy? Przecież pani nie ma siwych włosów…
Muszę przyznać, że mnie zatkało całkiem i do dziś nie wiem, jaka jest
prawidłowa (lub choćby oczekiwana) odpowiedź. „BO TAK”? „Bo jestem kobietą i lubię zmiany? „Bo
mogę”? „Bo mam ochotę zupełnie bez sensu wydać akurat u państwa me ciężko
zarobione pieniądze, ale jeśli to pani nie odpowiada, to oczywiście
mogę je wydać na coś całkiem innego…”? „Bo nie znoszę nowych ciuchów, lubię za to nowy kolor włosów”?
A może to był jakiś test i ja go nie zdałam…?

Wiatry z mózgu

Z Polski ostatnio przyjechały do mnie oczywiście książki, herbata
Rooibos (dygresja: poprosiłam przywożącą, żeby jeśli się przy okazji
natknie na takową, łaskawie kupiła mi paczkę, bo we Francji nawet
chwilowo była ona dostępna w ramach fair trade, ale się już zmyła,
widać niedoceniona przez konsumentów wina i kawy. Przywożąca nie poszła
na łatwiznę i zaopatrzyła mnie w całe pudło zawierające 10 paczek
Rooibosa) oraz jedno dvd – „Wiatry z mózgu”, czyli Galę Przeglądu Piosenki Aktorskiej z roku 2003, zrobioną przez Formację Chłopięcą Legitymacje.
Chłopaków (Konrad Imiela, Cezary Studniak i Sambor Dudziński) znam nie
od dziś, bo to nasz wrocławski fenomen muzyczno-kabaretowy. Tę Galę w
właściwym czasie niestety przeoczyłam, bo w ogóle w ostatnich latach
PPA strasznie nie po drodze mi bywało. Na szczęście ukazało się to dvd.
Ja wiem, że 50 zł piechotą nie chodzi, oraz że każdy ma własne poczucie
humoru (a ich jest mocno absurdalne i bywa czasem sztubackie), więc nie
będę nikogo namawiać do zainwestowania tej kwoty, ale powiem jedno: kto
nie widział co najmniej Hambrrrydy,
Agnieszki Dygant w przecudownej i przeuroczo zaaranżowanej „Robbie Loe
d’Amour”, czy piosenki o świni Jacka Kleyffa w wykonaniu Sambora
Dudzińskiego, ten trąba i nie wie ile traci. Chłopcy dobrali naprawdę
interesujące teksty (kochałabym ich już tylko za kawałek z „Oparów
absurdu” Słonimskiego i Tuwima, ja się na tym wychowałam) oraz
fantastycznie je zaaranżowali, czyniąc z każdego małe arcydziełko –
ach, ta rozczochrana Dygant w tej krzywo zapiętej białej piżamie, tego się nie da
zapomnieć! Zresztą ja osobiście dałabym te 50 zł tylko za możliwość
posiadania na własność Ceziego Studniaka wcielającego się w
„Depresyjnego diskopana” (piosenka szerzej znana jako „Jesienna
deprecha” zespołu Kury). Pierwszy raz widziałam go z tym numerem na
którymś konkursie PPA – chyba wtedy, kiedy również Maria Peszek tarzała
się po scenie, i do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego on tego konkursu
nie wygrał, a nawet zdaje się do finału nie wszedł, w przeciwieństwie
do wytarzanej Peszkówny…

A ja o tym samym

Szyper i Kamenari dali mi mocno do myślenia w komentarzach trzy notki temu. Myśląc doszłam do wniosku, że gdyby numer z „idź do ambasady i załatw papiery, żeby wziąć ślub” eM zrobił jakiś rok temu, to ja bym go zapewne zupełnie inaczej odebrała i opisała na blogu nieco innymi słowy, i Państwo też by wtedy w komentarzach pisali „ach, jaki on męski, konsekwentny i zdecydowany”, albo coś w ten deseń. Taka drobna manipulacja, której się kłamca doszukiwał, chociaż główną zmanipulowaną byłabym jednak ja. Ostatecznie niewiele się to podejście różniło od tego dwa lata temu, kiedy stałam cały dzień pod prefekturą celem załatwienia papierów na pobyt, a eM telefonicznie zaproponował „nie stój w tej kolejce, pójdziemy do mairie, weźmiemy ślub i będzie z głowy”. (Dygresja: w absolutnie żaden sposób nie mogę uwierzyć, że minęły już dwa lata). Teraz poszedł tylko krok dalej. To nie on się zmienił, to chyba ja. Oraz sytuacja, ale to widzę tylko ja.