Kolejna przypowieść

Jest jeszcze jedna przypowiastka, którą ostatnio często sobie powtarzam, i którą przeczytałam dawno temu nie mam pojęcia gdzie (nie ukrywam, że liczę na niektórych moich czytelników w tej kwestii). W pewnej wiosce za górami za lasami żył sobie otóż staruszek, który miał tylko syna, młodego, przystojnego, mądrego, dzielnego i dobrego, poza tym wrażliwego bezdzietnego kawalera… ups, to nie ta bajka… w każdym razie miał syna, konia i kawałeczek pola, który obrabiał tym koniem i tak sobie jakoś tam żyli. Pewnego dnia koń uciekł. Sąsiedzi wyruszyli solidarnie na poszukiwania, nie znaleźli, zebrali się więc u staruszka w chatce i dalejże lamentować „ależ nieszczęście, a  z czego wy teraz będziecie żyli, jak to się mogło stać, i co teraz będzie…”. Na to staruszek tylko się łagodnie uśmiechał i mówił „poczekamy, zobaczymy”. Dobra, w oryginale staruszek mówił coś bardziej wymyślnego literacko, ale całkiem nie pamiętam co. Następnego dnia niespodzianka – koń sam wrócił! W dodatku przyprowadził ze sobą dzikiego ogiera, młodego i silnego (hmm, może to klacz była, a nie koń, bo coś to podejrzanie brzmi). Znowu cała wioska się zbiegła i dalejże świętować, po cichu zazdrościć, i gratulować „hohoho, wy to naprawdę macie szczęście, młody koń tak całkiem znikąd i za darmo!”. Staruszek oczywiście tylko się łagodnie uśmiechał i powtarzał „poczekamy, zobaczymy”. Następnego dnia syn staruszka (ten dzielny, przystojny i mądry bezdzietny kawaler) zabrał się za ujeżdżanie dzikiego ogiera, ale spadł z niego i złamał obie nogi. Zbiegła się cała wioska i znów lamenty „co teraz będzie, co za nieszczęście, kiedyż on wyzdrowieje i czy w ogóle chodził będzie, taki młody chłopak, a taki biedny, wam to zawsze wiatr w oczy…”. A staruszek dalej swoje z łagodnym uśmiechem na twarzy. Następnego dnia przyszli heroldzi ogłosić, że wybuchła właśnie wojna z ościennym mocarstwem, i wszystkich facetów w wieku poborowym natychmiast zabierają ze sobą, żeby walczyli za ojczyznę. Syn staruszka, jako że z połamanymi nogami do niczego się nie nadawał, został oczywiście oszczędzony. I tak można by ciągnąć w nieskończoność, póki tylko życia starczy…

Analogia zamiast notki

Mogłabym Państwu napisać o moim nowym życiu, ale wcale nie mam czasu. To napiszę tylko, że znalazłam na jakimś blogu taką fajną analogię, która bardzo do mnie przemawia. Proszę sobie wyobrazić, że wybierają się Państwo w podróż życia do Włoch (komu Włochy nie pasują, niech sobie jakąś inną Tajlandię czy Japonię wymyśli). Przygotowali się Państwo, nakupili przewodników, nasłuchali opowieści, naoglądali zdjęć, a teraz zobaczą w końcu na własne oczy fontannę di Trevi, bazylikę świętego Piotra, Koloseum, kanały Wenecji, zjedzą w końcu prawdziwą włoską pizzę, pastę i lody, i tak dalej. Nareszcie  – samolot ląduje, stewardessa z uśmiechem oznajmia „witamy państwa w… Holandii!”. Okazuje się, że samolot musiał wylądować w Holandii, i tu jesteśmy i tu już musimy spędzić nasze wymarzone wakacje. Holandia w sumie nie taka zła, są tulipany, wiatraki i kanały w Amsterdamie, ale mimo wszystko: to przecież zupełnie nie to czego oczekiwaliśmy i na co byliśmy tak starannie przygotowani, a w dodatku wszyscy znajomi do końca życia będą nam opowiadać, jak fajnie było we Włoszech i jak tam wspaniale jest. O. I tak to życie wygląda…

To jest już koniec

Jak na osobę, która chorobliwie nie znosi zmian, rozstań i innych takich, to ja sobie jednak idiotycznie wybrałam zajęcie. To jest dziesiąte biuro w przeciągu dwóch lat, które opuszczam, i za każdym razem czuję się tak samo nieswojo. Człowiek już przywykł do porannego wysiadania pod Operą, do ciężkich drzwi wejściowych, schodów wyłożonych grubym czerwonym kobiercem, swoich kolegów, swojego komputera (na którym spłodził przecież liczne notki blogowe), miejsc gdzie chodzimy jeść, a tu znowu trzeba się żegnać i myśleć, że to po raz ostatni tu zasiadam. Myślałam, że w końcu przywyknę, ale nic z tego. Jutro jest pierwszy dzień reszty mojego życia, tym razem już naprawdę i na zawsze.

Panna Schizofrenia, która od lat zamieszkuje umysł mojej siostry ciotecznej, znów uznała mnie za persona non grata. Kiedy dzwonię, rzeczona nie chce ze mną rozmawiać i tylko swojej matce podrzuca kwestie z offu. I tak nie jest jeszcze tak źle jak 10 lat temu, kiedy wyjeżdżałam z domu rodzinnego, i rzeczona siostra cioteczna zabroniła mi się kontaktować z siostrą mą rodzoną, ponieważ mam na nią zły wpływ i w ogóle jej szkodzę nieslychanie. Dlaczegoś uznała, że ówczesny mój mąż to ubek, choć w stanie wojennym był on zajęty uczęszczaniem do liceum, i nawet gdyby bardzo chciał zostać ubekiem, to pewnie by mu się nie udało. Nie wspominając już o tym, że przekonania polityczne miał zgoła odwrotne. Schizofrenia przynajmniej na swój sposób jest logiczna, bo kiedy się z nim rozwiodłam, wróciłam na jakiś czas do łask. Teraz widzę, że znów jest problem, od kiedy przyznałam się do posiadania faceta. Naiwnie sądziłam, że skoro już zaakceptowała mego szwagra, to może będzie lepiej, ale lepiej to już w tym przypadku nigdy nie będzie.

Rody skazane na sto lat samotności

Babka moja miała czworo dzieci (brzmi całkiem jak początek jakiejś
bajki, nieprawdaż?). Wszystkie były śliczne, mądre, zdolne, pracowite,
troszczące się o bliźnich, i napisałabym „szlachetne”, ale to słowo w
dzisiejszych czasach straciło już chyba całkiem znaczenie. A kiedy
spojrzeć potem na ich losy, widzi się ze zdumieniem cztery życia
zmarnowane w bardzo rozmaite sposoby. Najlepiej jeszcze chyba wyszedł
na tym mój Wujek, który wprawdzie żadnej rodziny się nie dorobił i całe
życie był boleśnie samotny, ale na emeryturze spędza czas organizując
sobie wycieczki w egzotyczne miejsca, i całkiem jest zadowolony z
życia, bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Wprawdzie zdrowie mu już
nieco szwankuje, ale i tak jak na człowieka, który 20 lat temu był
pobity niemal na śmierć, trzyma się fantastycznie. Z trzech wnuczek
mojej babci wszystko ułożyło się dobrze tylko najmłodszej, która ma
fajnego męża przy kasie, fajną córkę, fajne mieszkanie, fajny kawałek
ziemi z domkiem, i fajny doktorat. Oraz niedługo będzie miała trochę
mniej fajną biopsję szpiku kostnego, i ja staram się nie dopuścić do
siebie nawet cienia myśli, że to może być jakaś tajemnicza klątwa,
która chyba została rzucona na moją babkę wraz z jej potomstwem, bo
inaczej nie umiem tego wytłumaczyć.

Skarpetki Feynmana

Do czytania literek w książkach wróciłam przy pomocy Feynmana „A co ciebie obchodzi co myślą inni?”. Lektura oczywiście wspaniała, chociaż nie mogłam się pozbyć irracjonalnego uczucia rozczarowania, bo okazało się, że to na tej podstawie wiernie nakręcony został „Nieskończony umysł„, więc większość anegdot już znałam. Jeżeli ktoś nie zna ani jednego ani drugiego, to polecam najpierw lekturę, bo tam jest też opowieść, jak wyjaśniał przyczyny katastrofy promu kosmicznego Challenger, i to się czyta lepiej niż najlepszy kryminał. Ten facet miał naprawdę nadzwyczajny umysł, a do tego wyjątkową skromność. Poza tym jest tam parę listów do żony, przy których człowiek (płci kobieta) myśli „ach jakie ta żona miała szczęście” i „dlaczego ja się nie urodziłam we właściwym miejscu i czasie” po czym musi sobie przemawiać do rozsądku i wizualizować Feynmana rozrzucającego brudne skarpetki po domu (no dobra, mimo starań nie całkiem mi się udało).

Ruskie pierogi

w knajpie pod polskim kościołem niedaleko placu Concorde są sensacyjne. Z kapustą i grzybami też bardzo dobre, ale ruskie sensacyjne. Barszcz czerwony też bardzo dobry (trochę za mdły), ale ruskie… Smakowały wszystkim, bez względu na narodowość. Widok Marokańczyka, muzułmanina, z trzęsącymi się uszami wsuwającego ruskie – bezcenny.

W weekend

zaliczyłam pierwszą przejażdżkę skuterem w sukience, gdyż nie miałam wyjścia. Sukienka na szczęście długa, więc poupychałam ją skromnie wokół siebie i nie zgorszyłam całego Paryża widokiem mych nieprzystojnie obnażonych kończyn lub, o zgrozo, bielizny. Następnie zaliczyłam również pierwsze zderzenie z autem – pan z prowincji, czyli nieprzywykły, nie spojrzał w lewe lusterko i spróbował nas zepchnąć na chodnik, a że między skuterem i samochodem znalazła się akurat moja goła łydka, ona ucierpiała najbardziej. Prędkość mieliśmy na szczęście spacerową, ja się rozdarłam bardziej ze strachu niż czego innego, pan z prowincji wyraźnie wystraszył się jeszcze bardziej niż ja, bo zaraz uciekł, do nas natychmiast podszedł jakiś starszy pan z pieskiem, który koniecznie chciał nam dać rejestrację uciekiniera, ja ochłonęłam, łydkę rozmasowałam i pojechaliśmy. Ale powiadam, ani ja nie jestem stworzona do skuterów ani one dla mnie.