Zepsuło się, i co nam pani zrobi?

Dawno nie zepsuł mi się internet w domu, więc pod koniec sierpnia nadeszła jego kolej. Zadzwoniłam pod odpowiedni numer i już po pół godzinie oczekiwania odebrała miła pani, która na dobry początek oznajmiła, że ona mnie nie słyszy. Spróbowałam mimo to wyłuszczyć jej problem, krzycząc do słuchawki coraz głośniej, ale problemy z komunikacją były olbrzymie. Pani wpadła więc na pomysł,  że zadzwoni na moją komórkę, co następnie uczyniła. Przez godzinę wisząc na tej komórce rozłączałam i podłączałam ponownie liczne kable oraz wklepywałam sobie w laptopa rozmaite magiczne komendy, co nie było takie znów proste, ponieważ pani mówiła po francusku, ja natomiast mam system po angielsku, a myślę po polsku, ale jakoś dałyśmy radę. Niestety jedynym efektem tych czarów oraz licznych restartów było zaprzestanie działania przez mojego firewalla (pani oczywiście twierdziła, że to niemożliwe). Internetu nie było nadal i już. Po godzinie, kiedy me lewe ucho przybrało temperaturę panującą zazwyczaj we wnętrzu Wezuwiusza, a mój laptop był w stanie całkowitego rozgrzebania, pani nagle radośnie oznajmiła
– Oj, to nie z pani pecetem jest problem, to jednak u nas, właśnie zobaczyłam. Proszę o cierpliwość, w ciągu 24 godzin przywrócimy połączenie.
Istotnie przywrócili, jak widać. Można więc mówić o happy endzie.

Oddajcie mi stary pasek adresu

Osiągnęłam etap, na którym albo znów skieruję ten blog na tory równoległe do mojego życia, albo jednak przestanę pisać. Ta pusta biała przestrzeń pod hasłem „Nowa notka” przeraża mnie jak nigdy przedtem. To może tymczasem w zastępstwie napiszę, że okropnie mi się nie podoba nowy inteligentny pasek adresu w Firefoksie 3.01, który zgaduje myśli. Ja naprawdę wiem lepiej od niego, gdzie chcę się akurat udać, poza tym nie znoszę przesadnej służalczości. I w dodatku podobno on się uczy. To niech się nauczy, że ja chcę stary pasek adresu!

Moja prozopagnozja

Wspominałam już tu parokrotnie, że cierpię na brak pamięci do twarzy.
Rozwinę temat, bo ciekawa jestem bardzo, na ile ta przypadłość jest
powszechna, a na ile kompletnie niezrozumiała dla innych. Otóż poznaję
oczywiście ludzi, których znam dobrze, widuję często i wielokrotnie –
własnej siostry raczej nie zdarzyło mi się nie rozpoznać. Natomiast mam
duży problem z osobami, które widuję cały czas tylko w jednym
kontekście, powiedzmy w firmie. Nie umiem ich rozpoznać poza tym jednym
miejscem. Kiedyś pewien kolega jeszcze z polskiej pracy, codziennie tam
widywany, w poniedziałek rzekł do mnie z pretensją, że widzieliśmy się
w niedzielę w Carrefourze, a ja udawałam, że go nie poznaję. Stropiłam
się nieco, bo faktycznie w hipermarkecie byłam. Wytłumaczyłam się
roztargnieniem i przy następnej wizycie starałam się nawet na wszelki
wypadek trochę rozglądać, żeby go ewentualnie nie przeoczyć. Następnego dnia
historia się jednak powtórzyła i od tego czasu nie był już dla mnie
taki serdeczny jak przedtem.

Nie ma szansy, żebym rozpoznała kogoś, kogo widziałam raz czy dwa,
nawet jeśli z nim rozmawiałam. Są od tego nieliczne wyjątki, jeśli ktoś
jest bardzo charakterystyczny, ale niestety ludzie są na ogół jednak
przeciętni, a w dodatku złośliwie zmieniają fryzury albo zdejmują
okulary czy zakładają czapki, i wtedy już przepadło. Najgorszym
koszmarem jest dla mnie wejście w nowe liczne grono (nowa szkoła, nowa
praca), jak w banku bowiem, że będę ze sobą mylić osoby zupełnie do
siebie niepodobne, ale mające podobny kolor włosów, podobną sylwetkę i
podobny brak znaków szczególnych. Teraz to już nie jest taki koszmar,
bo przywykłam do swej przypadłości i wiem, że na ogół jakoś sobie
radzę – zastanawiam się tylko czasem, ilu znajomych straciłam, nie poznawszy ich we właściwym momencie, czym poczuli się ciężko
obrażeni. Podejrzewam, że więcej niż jednego.

W dzieciństwie potwornym problemem było dla mnie kłanianie się
sąsiadkom, ponieważ oczywiście ich nie poznawałam – w dodatku kiedy
byłam mała, wszyscy wydawali mi się jeszcze bardziej identyczni niż
teraz. Wypracowałam sobie z czasem metodę kłaniania się wszystkim
spotkanym w windzie, ale ta metoda nie działała już na osiedlu czy w
sklepie osiedlowym, więc moja biedna Matka regularnie była nagabywana,
że ma okropnie źle wychowane dziecko, które nie kłania się sąsiadom. Ja
się następnie tłumaczyłam, że nie poznałam tej czy tamtej, na co Matka
z oburzeniem i rozpaczą wykrzykiwała
– Jak mogłaś nie poznać pani Abackiej!? Przecież mieszka na siódmym piętrze od 7 lat!
Nauczyłam się w związku z tym chodzić ze spuszczoną głową i wzrokiem
wbitym pod nogi, aby swoją postawą zademonstrować, że naprawdę nie
widzę żadnych ludzi wokół mnie, ale to mi też nie przysporzyło sympatii.

Inny intrygujący problem pojawia się przy oglądaniu filmów. Niestety dlaczegoś
większość aktorek (aktorów trochę mniej, ale też) wygląda tak samo,
czyli ładnie i szczupło, różnią się ewentualnie tylko kolorem włosów. W takim na przykład „Prison Break” myliła mi się ciągle Sara z
Veroniką (wolno się śmiać). Obie z długimi ciemnymi włosami – przepadło.
Zazwyczaj posługuję się w takich przypadkach kontekstem i po sekundzie
konfuzji już wiem, o którą to postać chodzi. W większości wypadków
działa.  Gorzej jak reżyser wymyśli, że ktoś się nietypowo przebrał,
ktoś zmienił fryzurę, ktoś znalazł się nagle w miejscu, w którym nie
powinien logicznie się znaleźć, i tak dalej. Zdarzały mi się w
karierze kompromitujące pytania pod koniec filmu „o, a to jest ta jego żona…?” – najpoważniejszy dramat potrafią zamienić w komedię,
przynajmniej dla mych współoglądaczy. Irytują mnie też wszelkie
informacje typu „no wiesz, ta a ta podobna jest do Jennifer Lopez” –
wtedy naprawdę mi ręce opadają, ponieważ większości ludzi nie da się
wytłumaczyć, że ja NIE WIEM jak wygląda Jennifer Lopez. No nie wiem i
już, co mam zrobić. Wiem jak wygląda Meryl Streep, i na tym się moja wiedza o wyglądzie ludzi kończy.

I na koniec osobna męka, czyli zdjęcia. Jeśli kogoś dobrze znam, to go
rozpoznam na zdjęciu (pod warunkiem że nie ma drastycznie innego koloru
włosów, zapuszczonych wąsów, i tak dalej). Jeśli kogoś widziałam parę
razy, jest szansa, że będę miała wątpliwości, czy to on. W drugą stronę
natomiast to nie działa: nie poznam na żywo osoby widzianej nawet na 15
wyraźnych i naturalnych zdjęciach. Bardzo mi przykro, nie poznam i już,
choćbym się bardzo upierała. I prawdę mówiąc nie wiem jak ludzie to
robią, żeby poznawać. W ogóle fascynuje mnie kwestia zdjęć
paszportowych i takich tam, bo ja bym na przykład nie wiedziała, czy to
faktycznie delikwent jest na tym zdjęciu. Wszystko, co byłabym w stanie
stwierdzić, to ewentualnie pewne podobieństwo oraz zgodność płci.
Podejrzewam, że jestem w wyraźnej mniejszości, skoro ktoś wymyślił
zdjęcia i to jakoś działa, ale muszę przyznać, że nie do końca mnie to
przekonuje…

Mowa jako podstawowa cecha homo sapiens

Jeśli chodzi o olimpiadę, którą oglądam od czasu do czasu jednym okiem i jednym uchem, żeby nacieszyć się inwencją komentatorów francuskich w zakresie wymowy nazwisk egzotycznych (wielkie szczęście miała nasza Anna Jesień, która okazała się mieć piękne francuskie nazwisko – „żezjen”), to najbardziej mnie bawią wywiady ze zdobywcami medali i innych rekordów. Zawsze się zastanawiam, co ci wywiadowcy spodziewają się usłyszeć poza „Jest wspaniale, czuję się fantastycznie, to zasłużona nagroda za naszą cieżką pracę, jestem dumny z siebie i mojego kraju”. Nagraliby se to na kasetę i odtwarzali zamiast latać za biednymi sportowcami i ich zmuszać do wypowiadania tych samych frazesów 150 razy. Może oni liczą na to, że któremuś medaliście w ferworze emocji niechcący się wypsnie „no tak, przy tych specyfikach, które brałem, musiałem wygrać, całe szczęście, że to nie wyszło na kontroli antydopingowej”. Albo chociaż szczere „właśnie zgarnąłem kupę kasy i nie będę musiał się już nigdy męczyć na tych cholernych treningach!” Ale tak w ogóle to podejrzewam, że chodzi o udowodnienie szerszej publiczności, że sportowcy potrafią również mówić oprócz biegania, skakania, rzucania i czego tam jeszcze, znaczy że do gatunku homo sapiens jednak przynależą. To musi być ten sam tok myślenia, który każe zadawać pytania kandydatkom do tytułu miss…

Cytat

To bardzo ważne, ponieważ zbyt łatwo powiedzieć, że ludzie mają pewne
cechy i to się nigdy nie zmieni, że natury ludzkiej nie da się
przebudować. To nieprawda. Zmieniliśmy się niezmiernie w ciągu
ostatnich 50 lat. Zdaje pan sobie sprawę z tego, jak inna była długość
życia w 1950 r.? Dodaliśmy 20 lat do naszego życia, więc jesteśmy teraz
innym typem człowieka. Kształcimy nasze dzieci, ale nie myślimy o tym,
jak kształcić ludzi, którzy idą na emeryturę, a mają 30 lat życia przed
sobą. Kobiety weszły do sfery publicznej w sposób, w jaki tego nigdy
wcześniej nie robiły. Mamy też kulturę młodości, która dodaje jeszcze
innego wymiaru. Nie jesteśmy tym samym rodzajem ludzi.


Nie nauczyliśmy się jeszcze akceptować faktu, że życie składa się
z ciągłych niespodzianek. Naukowcy zaczynają akceptować niepewność jako
jedną z cech kosmosu, inaczej niż według starej idei niezmiennych,
przewidywalnych atomów. Ale my nie przyzwyczailiśmy się jeszcze do
życia w niepewności.

Theodore Zeldin w rozmowie z Markiem Ostrowskim

Aluzje senne

Subtelną to mojej podświadomości nazwać ostatnio nie można, chyba że kto młot pneumatyczny za wzór delikatności uważa. Jednej nocy śni mi się, że urodziłam córkę, którą eM bez mojej wiedzy nazwał Catherine, po czym ja usiłowałam mu wytłumaczyć, że mógł chociaż ze mną najpierw porozmawiać na ten temat, i czułam się tak samo bezsilna jak czasem na jawie, kiedy próbuję z nim o czymś ważnym dla mnie porozmawiać (acz nie o imionach dla córki). Kolejnej nocy śni mi się, że zdradzał mnie z jakąś Justyną, więc wstaję i pytam, czy zna jakąś Justine, bo wyszło mi z mojego snu, że byłaby odpowiednią kobietą dla niego. Twierdzi, że żadnej nie zna. Następnej nocy z kolei śni mi się, że telefonuję do mojego faceta z mojej komórki, numer jest pod tym samym klawiszem skrótu, co normalnie numer eMa, ale facet ma na imię… Andrzej. Przypadkiem lub nie to było ulubione imię męskie mojej Mamy i, o ile nic nie pomyliłam, również imię jej pierwszego męża. Podświadomości moja: informuję pisemnie, że aluzju poniała, a teraz zmień płytę, bo nudno.

Sfrancuziałam już całkiem

założyłam sobie bowiem Livret A. Mimo intrygującej nazwy jest to najzwyklejsza lokata oszczędnościowa, która wyróżnia się tym, że każdy Francuz może mieć tylko jedną taką oraz nie może na niej trzymać więcej niż 15 tysięcy z groszami. Czymś się w końcu Francuzi muszą odróżniać od reszty świata. Oczywiście oszczędzanie w euro nie ma aktualnie wielkiego sensu przy mocnej złotówce, ale wyznaję zasadę dywersyfikacji inwestycji, więc dałam się skusić. Początkowo odrzucałam ten pomysł, bo Francuzi i bankowość to naprawdę nie idzie w parze i byłam przekonana że jak zwykle coś pokręcą, ale ostatecznie rzekłam sobie, że 60 mln ludzi żyje w tym kraju i prawie każdy ma jakieś konto, więc mnie też się chyba uda.
Wypełniłam więc papierek, gdzie należało wpisać kwotę początkową umieszczaną na lokacie, wpisałam tam powiedzmy tysiąc, i papierek wysłałam. Za jakiś czas otrzymałam inny papierek, gdzie stało napisane „Pani ds, otworzyliśmy pani Livret A zgodnie z życzeniem i umieściliśmy tam kwotę tysiąc euro, a potem jeszcze tysiąc euro, więc teraz ma pani tam tysięcy dwa”. Przecież ja od razu wiedziałam, że coś pokręcą. Wzięłam telefon, wykręciłam numer podany na papierku i oznajmiłam
– Bo ja mam nowy Livret A, ale ja chciałam tam mieć tysiąc, a wy mi tam umieściliście dwa tysiące, i proszę mi to teraz odkręcić.
– Znaczy, zrobiła pani drugi przelew i chce pani z niego zrezygnować? – upewniła się konsultantka.
– Nie, wy mi zrobiliście, a ja go wcale nie chciałam – wysłowiłam się najklarowniej, jak się dało.
– Ahaaaa – rzekła konsultantka, poklikała chwilę i radośnie oznajmiła – ale ja tu NIE WIDZĘ szczegółów pani konta… a nie ma pani jakiegoś innego numeru telefonu, żeby na niego zadzwonić?
– Nie mam, dzwonię na ten, co był na papierku – wyjaśniłam cierpliwie.
– Ahaaaa – rzekła znów konsultantka, po czym powiedziała, że ona właściwie to na niczym się nie zna, i nic nie może, ale żebym spróbowała przez internet, bo może się da ten tysiąc z powrotem przelać na bieżące konto, acz ona nie jest pewna. Powstrzymałam cisnące się na usta pytanie retoryczne „to po co pani tam siedzi i kto pani za to płaci?”, podziękowałam i jakiś czas później istotnie sprawdziłam przez internet, że na mej lokacie Livret A posiadam… jeden tysiąc, jak sobie życzyłam. Pozostaje pytanie, czy to komuś kto drukował papierek się pomyliło, czy Pani Która Nie Mogła jednak mogła, czy co, ale nie będę już tego wyjaśniać.