„Zgęść płyn, chwal futro – bądź mój, żeński!”

Ciotuchna moja – wiedzą Państwo która, bo po pierwsze mam tylko jedną, a po drugie pojawiała się niejednokrotnie już na stronach tego bloga – wysłała mi wycięty z jakiegoś „Życia na gorąco” opis ślubu Małgorzaty Kożuchowskiej. Dołączyła do tego kartkę stwierdzającą co następuje: „wysyłam Ci zdjęcia ze ślubu M.K. bo to Twoja kuzynka po kądzieli”. No pięknie. Ja już słyszałam tę wersję dawno temu, ciocia oparła się bowiem na prostym pomyśle, że skoro jej matka, a moja babka była de domo Kożuchowska, to wszyscy noszący to nazwisko są bez wątpienia naszymi kuzynami. Jest ich w Polsce aktualnie ze 2 tysiące, i ja wprawdzie zawsze chciałam mieć dużą rodzinę, ale może jednak bez przesady. Zresztą, gdyby nawet rzeczona Kożuchowska była moją siostrą bliźniaczką, to jakoś nie sądzę, żebym miała ochotę posiadać akurat jej ślubne zdjęcia wycięte z połyskliwej gazetki za dwa złote wraz z nieodzownym opisem kto zrobił fryzurę, kto zaprojektował suknię, a kto ułożył bukiet z kwiatów sprowadzonych prosto z Holandii (phi – też jest się czym chwalić, kwiaty z Holandii to i ja mogę mieć w każdej chwili. Większe wrażenie zrobiłby na mnie bukiet prosto z, bo ja wiem, Madagaskaru…)

Na szczęście w przesyłce było również nowe (bardzo ładne) wydanie „Pegaz zdębiał” Barańczaka, i jeśli ktoś z moich Czytelników nie wie co to jest, to niech się nawet do tego nie przyznaje. Tytuł notki oczywiście właśnie stamtąd. Nie żeby ciotka moja była taka domyślna – zapytała mnie ostatnio przez telefon, czy życzyłabym sobie może jakąś książeczkę z Polski. No ba. Opłaciło się bycie na bieżąco z ofertą wydawnictw polskich(jedno z których, notabene, wznawia również za chwilę „Pegaz dęba” Tuwima, hurra). To ja się oddalam czytać palindromadery, czego i Państwu życzę.

Złodziejka książek

Co mogło podkusić Australijczyka urodzonego w roku 1975 do napisania powieści o II wojnie światowej z punktu widzenia małej niemieckiej dziewczynki oraz Śmierci? I jakiej to wymagało odwagi? Albo może właśnie trzeba było kogoś niekarmionego niemal od urodzenia literaturą na ten temat, żeby się na to porwał? Potem pomyślałam, że to mógł być podobny mechanizm co w przypadku Jacka Dehnela i jego „Lali” – chęć ocalenia od zapomnienia opowieści dziadków czy rodziców (Markus Zusak jest synem Niemki i Austriaka). Potrzeba było jeszcze trochę talentu literackiego, który Zusak niewątpliwie ma. Narratorem tej powieści jest Śmierć przychodząca po Żydów i po Niemców, śledząca ich losy i relacjonująca wojenne przeżycia 10-letniej dziewczynki w małym niemieckim miasteczku. Historia inspirowana jest opowieściami matki autora, nie jest w całości prawdziwa – ale to nie ma żadnego znaczenia. Zaczęłam czytać, i po pierwszym sarknięciu „ale właściwie dlaczego on pisze stylem Vonneguta?” (Vonneguta ostatnio lubiłam jak miałam jakieś 15 lat) zostałam wciągnięta. To równie dobrze mogła być prawdziwa historia. Oczywiście nie brakuje tu masy tanich chwytów i ogólnej duszoszczypatielnosti, ale i tak podziwiam autora za odwagę i dociekliwość. A przede wszystkim – dotychczas czytając wojenne opowieści myślałam sobie, że przynajmniej ci jasnowłosi i niebieskoocy Niemcy mieli szczęście. Otóż po „Złodziejce książek” już wiem, że wcale nie.

Aby cały dom

napełnić intensywnym zapachem czekolady, od którego ślina leci na podłogę litrami:
do garnka wrzuć 200 gramów czekolady gorzkiej, 100 g masła i 100 g cukru. Na bardzo małym ogniu rozpuść to wszystko, mieszając, aż powstanie jednolita masa. Siłą woli powstrzymaj się przed wyżarciem wszystkiego z garnka. Odstaw garnek z ognia, dodaj po jednym trzy żółtka i rozmieszaj. Dodaj 25 gramów mąki i rozmieszaj. Białka z tych trzech jaj ubij na sztywną pianę i dodaj do masy, delikatnie mieszając. Całość wlej do foremki i wstaw do pieca w temperaturę 180 stopni, na 45 minut, ale już po pół godzinie dom cały pachnie czekoladą obłędnie i ślinianki pracują jak jeszcze nigdy w życiu. Efekt końcowy możesz następnie spożyć w samotności lub w towarzystwie, ale moim zdaniem najlepszy z tego jest zapach.

Brak wymówek

Zaglądam na własnego bloga z nadzieją, że może nowa notka się tam sama z siebie pojawiła, ale nic z tego. Zdaje się, że muszę ją osobiście napisać. I nie mam już nawet żadnej wymówki w rodzaju „wolę oglądać Monka niż pisać notki na bloga”, ponieważ obejrzałam już całego Monka puszczonego w eter do tej pory. Trochę nad tym ubolewam, chociaż ostatnie odcinki zrobiły się naprawdę okropnie wydumane. Przeczytałam również absorbujący mnie przez ostatni tydzień „Diamentowy wiek” Stephensona. Ja go już kiedyś oczywiście czytałam, ładne parę lat temu, ale ostatnio nabyłam sobie wznowienie wydane w tym roku przez ISĘ i ponownie oddałam się lekturze. Bardzo lubię i cenię Stephensona, któremu nie można odmówić wielkiego talentu w tworzeniu światów fantastycznych, a dodatkowo facet ma znakomite poczucie humoru (co go pozytywnie odróżnia od takiego na przykład śmiertelnie poważnego Chiny Mielville’a). „Diamentowy wiek” nie należy do cyberpunku, chociaż z początku można odnieść takie wrażenie, i bezsprzecznie powieść wiele mu zawdzięcza. Mnóstwo tu nanotechnologii, którą równoważą sztywne maniery neowiktorian stanowiących jedną z głównych enklaw na Ziemi. Drugą są Chińczycy, i zdaje się zamysłem Stephensona było właśnie zderzenie kultury Zachodu i Wschodu w nietypowej scenerii. Do tego mamy proces dorastania małej Nell, którą uczy interaktywny Lekcyjonarz, i mam niejasne wrażenie, że Stephensona mocno tu zainspirowała „Gra Endera” (muszę ją znowu kiedyś przeczytać). Czyta się to ogólnie świetnie, ale zakończenie mnie nie przekonuje wcale a wcale, i odłożyłam powieść z myślą, że „Zamieć” jest chyba jednak lepsza. A w ogóle dręczy mnie od tygodnia pytanie, dlaczego ja jeszcze się nie zabrałam za Trylogię Barokową. Naprawdę nie mogę tego zrozumieć w żaden sposób. Muszę w takim razie złożyć to zamówienie w Merlinie…

Samochód Lema

O poranku miałam plan, by napisać tu jakąś niezwykle ponurą notkę odzwierciedlającą mój nastrój, ale zamiast tego zrobiłam quiche z szynką i pieczarkami, którą następnie zeżarłam (no dobra, nie całą, tylko jej sporą część – musiałam resztę zostawić eMowi, który mnie nagle znowu szalenie kocha, od kiedy odkrył, jaką ja robię dobrą quiche; mężczyźni to są jednak proste istoty), a do niej pochłonęłam mnóstwo fasolki szparagowej ugotowanej na parze w szybkowarze, co jest jedynie słusznym sposobem przyrządzania fasolki szparagowej. Jestem najedzona po dziurki w nosie, a mój ponury nastrój gdzieś sobie poszedł. Widać nie był kompatybilny z dobrym jedzeniem. Poza tym wyszedł właśnie nowy Pratchett, w związku z czym będę musiała się złamać i zamówić sobie w końcu transport książek pocztą z Merlina, ryzykując że poczta polska lub francuska zgubi moją paczkę (to jest podwójne ryzyko i bardzo mnie to niepokoi). Na razie przeczytałam jednak wreszcie „Potworny regiment”, który jest jeszcze lepszy niż wszystkie poprzednie jego książki, chociaż za mało tam Śmierci. A nie chciałby ktoś z Państwa kupić mi w prezencie samochodu Lema?

Pytanie retoryczne

Jeśli moja siostra wysyła mi z urlopu smsa treści „Zarzygałam dziś pół pokładu. Tu jest sajgon.”, to czy można liczyć na to, że jeszcze kiedyś uda się jej małżonkowi lub mnie namówić ją na ponowne wypłynięcie w morze? I czy po powrocie powinnam ją pytać jak odpoczęła, czy może lepiej roztropnie pominąć ten temat milczeniem?