Szczęśliwe dni

Miałam zamiar polecić na blogu „Szczęśliwe dni” Becketta z Mają Komorowską, kiedy tylko się dowiedziałam, że po 13 latach wraca na scenę warszawskiego Teatru Dramatycznego, ale zawahałam się jednak. Minęło 13 lat od kiedy ja to widziałam, a przez ten czas Komorowskiej przybyło parę lat, może nawet i 13… Przeczytałam jednak dziś recenzję w Polityce i myślę, że mogę jednak Państwa gorąco zachęcić do wybrania się na spektakl. Przypuszczam, że tę kreację Komorowskiej będę pamiętać, kiedy już jakiś Alzheimer zje wszystkie inne moje wspomnienia i z trudem tylko będę sobie przypominać jak się nazywam. Nawet wtedy będzie jak żywa przed moimi oczami zakopana po pas Winnie, kwintesencja kobiecości. Reżyserował Libera, który jest tłumaczem i specjalistą od Becketta. Marzę sobie, że uda mi się na to wybrać w przyszłym roku osobiście, i ta nadzieja pewnie wystarczyłaby mi jako powód do życia.

Tymczasem śni mi się jakaś wojna totalna, barykadujemy się w jednym domu z drużyną wroga, oni w jednej części, my w drugiej, strzelamy do siebie (jaki realizm w tym padającym ciele z roztrzaskaną głową, w tej kałuży krwi, a przecież ja tego nawet na filmach starannie unikam!), rzucam jakieś granaty, chowam się za szafą śmiertelnie przerażona, że mnie za chwilę zabiją. Po pewnym czasie oni proponują zawieszenie broni, spotykamy się na neutralnym terenie, jeden z nich proponuje mi „zostań z nami”, ja mówię że nie mogę. Jego ojciec i ich szef, podejrzanie podobny do Voldermorta, beznosy i z poszarpaną twarzą powtarza „mój syn zaproponował ci żebyś została”, ja nadal się upieram, że nie mogę, przecież jestem z tamtymi – nawet we śnie głupio lojalna. Za chwilę tamci przygotowują się do wyjścia z domu, zakładając się między sobą, czy uda im się na zewnątrz przetrwać dłużej niż dwa dni, wolą już tak niż wegetację w ciągłym strachu. Dziwię im się i tak się budzę – zdziwiona, zdrętwiała, przerażona i okropnie zmęczona.

Bieguni

Często się zastanawiała nad tym, jak ułożyło się jej życie, i dochodziła do wniosku, że prawda jest prosta: mężczyźni potrzebują kobiet bardziej niż kobiety mężczyzn. Właściwie, myślała Karen, kobiety mogłyby się spokojnie obejść bez mężczyzn. Dobrze znoszą samotność, dbają o zdrowie, są bardziej wytrzymałe, pielęgnują przyjaźnie – szukała w głowie jeszcze innych cech i zdała sobie sprawę, że opisuje kobiety jak wielce użyteczną rasę psów. Z pewną satysfakcją zaczęła mnożyć te psie cechy: szybko się uczą, nie są agresywne, lubią dzieci, są przyjacielskie, trzymają się domu. Łatwo w nich, zwłaszcza gdy są młode, obudzić tajemniczy, obezwładniający instynkt, który tylko od czasu do czasu wiąże się z posiadaniem dzieci. To zdecydowanie coś więcej, to ogarnianie świata, to udeptywanie ścieżek, ścielenie dni i nocy, ustalanie kojących rytuałów. Rozbudzić ten instynkt drobnymi wprawkami bezradności nie jest trudno. Potem ślepną, algorytm zaskakuje, a wtedy można rozbić namioty, rozgościć się w ich gniazdach, wyrzucając z nich wszystko, a one nawet nie zauważą, że pisklę jest monstrualne i że to podrzutek.” (Olga Tokarczuk „Bieguni”)

Żałuję głupio, że Tokarczuk dostała Nike, bo teraz to wygląda tak, jakbym ją z tego właśnie powodu czytała, a wcale nie, bo leżała na półce już od maja czekając, aż do niej dorosnę. To dorosłam i jestem w tej książce zakochana (wcale nie z powodu tendencyjnie wybranego fragmentu powyżej).

Wycieczka

polegała na tym, że eM potrzebował drugiego kierowcy, żeby zawieźć auto do Orleanu. Nie powiem, że się tego nie spodziewałam. Tak czy siak byłam zadowolona, bo od czasu tamtego piątku dwa tygodnie temu zrobiłam się okropnie zestresowanym kierowcą. To wprawdzie była tylko stłuczunia (a ubezpieczenie uznało, że nie ma w tym ani śladu mojej odpowiedzialności), ale mimo wszystko jeździłam ostatnio 30 na godzinę obserwując podejrzliwie wszystkich za sobą, przed sobą, z boku i jeszcze z przeciwka nadjeżdżających, bo a nuż zechcieliby akurat we mnie wjechać. Jak mógł jeden, może i drugi, nieprawdaż. Tak się jeździć na dłuższą metę nie da, więc okazja żeby przejechać sobie spokojnie parę kilometrów na piątym biegu i się wyluzować, była mile widziana. Po 80 km nawet mi się w końcu udało, aczkolwiek wcześniej, kiedy eM do mnie z drugiego auta zadzwonił „a widziałaś na tym polu sarenki?!” musiałam odpowiedzieć, że niestety sarenek nie zauważyłam, bo byłam zbyt zajęta obserwowaniem sytuacji na drodze. Gdzie notabene było prawie pusto, bo była niedziela. Ale jeszcze mi się nigdy nie udało wytłumaczyć swojemu stresowi dni tygodnia.

Wieczorem po powrocie, wydusiłam w końcu z siebie „ale nie licz na mnie w kwestii tego domu, co go tak bardzo chcesz kupić”, bo pomyślałam, że skoro nic na ten temat nie mówię, to on będzie miał pełne prawo uznać, że się zgodziłam. Przynajmniej niech będzie poinformowany. Najpierw otóż zapytałam beztrosko „słuchaj, a ten dom jak go kupisz, to właściwie kto będzie w nim sprzątał?”, i powtórzyłam pytanie trzykrotnie, po to tylko żeby usłyszeć równie beztroskie „nie wiem”, i wtedy wygłosiłam kwestię „to na mnie nie licz”. Oczywiście że się obraził, bo ze mną nigdy niczego nie można zrobić, a w ogóle to dlaczego ja poruszam takie kwestie o 10 wieczorem? (Pewnie dlatego, że jeśli poruszam je rano, to jest awantura, że on się jeszcze nie obudził, a jeśli w południe, to jest awantura, że psuję mu dzień, i tak dalej.) Obraza czy nie, w tym momencie mnie w końcu oświeciło. Pozory otóż mylą, i może się wydawać że to jest mężczyzna po trzydziestce, ale mentalnie to jest nadal trzylatek, który się wydziera „mamo daj mi TO natychmiast!” i na tłumaczenia, że TO jest nie dla dzieci, albo gorące jest, albo szkodliwe, się obraża i wrzeszczy „nienawidzę cię! Wszystkiego mi zabraniasz!” Popełniłam jeden poważny błąd, mianowicie kiedy na początku mówił, że chce mieć rodzinę i dom, sądziłam, że to mówi mężczyzna. Ale to mówił trzylatek, którego umiejętności społeczne skończyły się na powiedzeniu „JA CHCĘ”. Zdaje się, że masa kobiet ma do czynienia z trzylatkami. Jeden oświadcza że się w niej zakochał na śmierć i życie, zapominając, że jeszcze ma żonę – i to jest mniej więcej ten sam mechanizm, co w przypadku trzylatka oznajmiającego przedszkolnej pani Marysi że ją kocha i teraz już będzie mieszkał z nią, bo mamusia mu na nic nie pozwala i ogólnie niedobra jest. Inny kupuje sobie wszystko na co mu przyjdzie ochota, zapominając, że jeszcze trzeba na to zarobić – ale przecież jest tylko trzylatkiem i wie, że pieniądze mamusia wyciąga ze ściany. I tak dalej.

W ten sposób odkryłam, że jestem skazana na trzylatka, któremu się nie da dać klapsa ani wysłać do kąta, bo wyrośnięty jest nad podziw, z którego nic już nie ma szans wyrosnąć, i którego nawet w sumie nie lubię. Chociaż pokazuje mi sarenki. Niewdzięczna jakaś jestem.

Kara od losu

Los postanowił mnie najwyraźniej ukarać za głupie komentarze na cudzych blogach, bo ledwie na takim jednym zdążyłam napisać „a czemu sobie pozwalasz na takie teksty, one wcale nie są zabawne”, a już wczorajszego wieczora eM wpadł o 20 do domu i rzucił się do komputera, że on będzie dla nas poszukiwał… domu. Udałam się do łazienki, gdzie usiłowałam potrenować przed lustrem wypowiadanie słów „ale ja nie zamierzam mieć z tobą domu”, ale pewne jest jedno: jeśli są na świecie kobiety, które potrafią takie słowa wyrzec z odpowiednią dozą asertywności, to z pewnością one akurat nie miewają po temu okazji. Wyszłam z łazienki i postanowiłam się na wszelki wypadek nie odzywać, poprzestając na obserwowaniu. W trakcie obserwacji doszłam do wniosku, że albo go ktoś podmienił w drodze z pracy, albo to jest jego brat bliźniak, albo porwali go kosmici i poprzestawiali mu druciki w mózgu, albo on jednak ma jakąś cyklofrenię. Nie dość, że sam sobie zrobił jedzenie, bez marudzenia, że ja się nie przyłożyłam, to jeszcze mnie poczęstował, z własnej woli umył po sobie talerz (niespotykane od jakichś pięciu miesięcy), zapytał jak się czuję i czy bym się nie położyła skoro się źle czuję, odmówił koledze pojechania razem do sklepu (!!! pierwszy raz odkąd się znamy!), bo on niby się tak dobrze czuje w domu (!), nalał nam obojgu wina, a potem jeszcze zażądał, żebyśmy się przytulali. Szczękę musiałam trzymać oburącz, bo inaczej w Australii bym ją odnalazła. I to miał być ten sam facet, który jeszcze poprzedniego dnia się na mnie obraził, bo ośmieliłam się zapytać, co w końcu robi na Święta (no przecież on NIE WIE co robi na Święta, to co ja się go głupio pytam – logiczne, nie?) Który co najmniej od miesiąca codziennie znajdował sobie nowy powód, żeby się mnie czepiać? Do którego od pewnego czasu się na wszelki wypadek staram jak najmniej odzywać, bo czego nie powiem, i tak będzie foch? Doszłam ostatecznie do wniosku, że albo ktoś mu powiedział, co ja tu na blogu wypisuję, albo… nie wiem. Mnie to przerasta. A w niedzielę podobno jedziemy na wycieczkę. W sumie to nie wiem czy się cieszyć czy obawiać…

Powrót prokonsula

Postanowiłem wrócić na dwór cesarza
jeszcze raz spróbuję czy można tam żyć
mógłbym pozostać tutaj w odległej prowincji
pod pełnymi słodyczy liśćmi sykomoru
i łagodnymi rządami chorowitych nepotów

(…)
postanowiłem wrócić jutro lub pojutrze
nie mogę żyć wśród winnic wszystko tu nie moje
drzewa są bez korzeni domy bez fundamentów
deszcz szklany kwiaty pachną woskiem
o puste niebo kołacze suchy obłok
więc wrócę jutro pojutrze w każdym razie wrócę


Znam ten wiersz na pamięć od dobrych 15 lat, i nigdy się już nie dowiem, czy to był przebłysk jasnowidzenia, że tak bardzo go polubiłam za młodu, czy może podświadomie zrobiłam wszystko, żeby dostosować do niego swoje życie. Obstawiam to drugie. No i ciekawe do czego postanowi mnie dopasować moja podświadomość, jak już wrócę?

Pytanie do czytelników

Abstrahując od moich ostatnich notek chciałabym się dziś dowiedzieć, czy Państwa denerwowałoby, gdyby partner (płci dowolnej) bez pytania rozporządzał Waszymi rzeczami lub wspólnymi, lecz używanymi przez Was? Nie, nie chodzi mi o bieliznę. Bardziej o sytuację typu: siedzicie sobie razem na kanapie (zakładamy, że wszystko w związku się akurat układa), partner gada przez telefon z kumplem, i nagle słyszycie jak mówi „oczywiście mogę ci pożyczyć gps, będę za pięć minut u ciebie”. Przy czym dany gps czy inny odtwarzacz mp3 jest prezentem dla Was i Wy go użytkujecie. Albo nagle spostrzegacie, że zniknął spod domu Wasz samochód, bo partner akurat pożyczył go kumplowi. To jak: denerwujące, dziwne, czy całkiem normalne – bo przecież żyjecie razem, wszystko jest wspólne i gdybyście Wy akurat chcieli jego samochód pożyczyć swojej koleżance, to też by nie miał nic przeciwko temu?

Ostatniej szansy nie będzie

Na Salon de l’Automobile, który odbywał w Paryżu przez ostatnie dwa tygodnie, w końcu nie doszliśmy. Mogą Państwo zgadywać dlaczego, i to nie będzie bardzo trudna zagadka. Wczoraj – czyli ostatniego dnia, kiedy już naprawdę mieliśmy na pewno tam iść – zapytałam łagodnie koło 14, czy się nadal tam wybieramy, i dowiedziałam się, że on tu musi jeszcze coś skończyć, a poza tym… mamusia właśnie dzwoniła z prośbą o pomoc. I dobrze, wcale mi nie zależało, to w końcu jego pasja, nie moja. Wieczorem, w ramach asertywności i dawania ostatniej szansy, oznajmiłam zwięźle, że jestem bardzo rozczarowana, że znowu nie dotrzymał swoich obietnic, i spodziewam się w takim razie, że w przyszły weekend zorganizuje nam jakieś wyjście, bo jak nie, to naprawdę nie mamy ze sobą już nic wspólnego. Fuknął na mnie „no, jeśli TAK to widzisz…”. A jak mam widzieć: różowo w złote gwiazdki?

Ale co ja tu ciągle o ostatniej szansie; ją można dawać tylko, jeśli człowiek CHCE ją dostać. Tak samo wybaczać jest sens tylko wtedy, gdy człowiek CHCE od nas tego wybaczenia. A gdy mu to zwisa, to i wyrecytowanie całego „Romea i Julii” stojąc na głowie nic nie pomoże. Mogę sobie rozważać, analizować, werbalizować, porównywać, debatować o winie i niewinie jak się komu nawinie, doktorat nawet zrobić ze swojego nieudanego związku: niczego to nie zmieni. Ja już nie chcę, po prostu nie chcę, jestem zmęczona. Potwornie zmęczona. Zaniosłam więc dziś na pocztę siedmiokilogramowe pudło z niektórymi książkami, a drugie jest w przygotowaniu. Za nimi wkrótce udam się i ja, acz mam nadzieję, że nie w paczce. Pan na poczcie, któremu powierzyłam mą przesyłkę i musiałam się wyspowiadać z zawartości („och, zawartość nie jest cenna, to tylko stare książki, w dodatku po polsku…”) sprzedawał mi następnie drugie takie samo pudło, i zamiast podać je przez taki mechanizm obrotowy, który tu mają na każdej poczcie do przekazywania paczek właśnie (antyterrorystyczny zapewne), udał się z nim osobiście naokoło do drzwi. Złapałam szybko za karton i machinalnie odrzekłam „merci monsieur”, ale napotkałam dziwny opór, spojrzałam więc na niego zdziwiona, a on z powagą popatrzył mi w oczy i wydukał „dzia-ku-jen!”