Listopadowy listonosz

Spotykam na schodach przy wejściu moją listonoszkę, która radośnie mnie informuje, że akurat ma dla mnie polecony. Swoją drogą jak zwykle zachodzę w głowę, skąd ona wie że ja to ja: ileż w końcu razy odbierałam od niej polecone, najwyżej parę? Pewnie dlatego nie jestem listonoszką z moim kompletnym brakiem pamięci do twarzy. Może faktycznie bycie listonoszem idzie w parze z talentem do uprawiania polityki, jak to pokazuje casus Oliviera Besancenot, młodego radykała lewicowego dzielnie łączącego pracę na poczcie z polityką, który wprawdzie przegrał w wyborach prezydenckich, ale zdobywa sobie jednak coraz większą popularność. A może pani listonoszka ma po prostu jakąś chytrą ściągę. W każdym razie w zamian za podpis wręcza mi wielką kopertę i dodaje – z nutką złośliwej satysfakcji, czy tylko moja wyobraźnia szaleje? – że to tribunal d’instance, odpowiednik naszego sądu rejonowego. Czyżby podejrzewała mnie o jakieś poważne wykroczenia przeciw prawu francuskiemu i cieszyła się, że zostaną one należycie ukarane? Jeśli tak, to się myli, w kopercie jest bowiem jedynie informacja, że mogę głosować w wyborach prud’hommales, w których zatrudnieni wybierają przedstawicieli reprezentujących ich następnie we wszelkich sporach z pracodawcami, i generalnie zajmujących się relacją pracownik – pracodawca. Tak, Francja jednak jest porządnym krajem socjalistycznym.

9 lat

Już mi się wydawało, że w tym roku uda mi się zapomnieć o tej bolesnej rocznicy, ale oczywiście że nie. To idiotyczne, że po dziewięciu latach nadal odruchowo łapię za słuchawkę telefonu, by podzielić z Nią czymś dla mnie ważnym, i dopiero po długiej jak wieczność sekundzie przypominam sobie, że przecież nie żyje. Od dziewięciu lat. Niby nic bardziej naturalnego na tym najlepszym ze światów niż śmierć rodzica, dzieci są po to, żeby opłakiwać swoich przodków; a przecież ciągle boli, i zaczynam podejrzewać, że będzie tak boleć do końca świata. Dwie proste sylaby „ma – mo”, których już nigdy nie wypowiem.

Jak wyrabiałam paszport

Za trzy tygodnie i trzy dni lecę do Polski, i zabieram ze sobą faceta mego życia, mocno nieletniego obywatela francuskiego zwanego popularnie Małą Żabką, czyli syna mego, co go sobie jakiś czas temu urodziłam. Obywatel ten, choć bardzo jeszcze mały, potrzebuje jednak paszportu. Zabrałam się do rzeczy metodycznie: wzięłam z mairie rozpiskę, jakich dokumentów w tym celu wymagają, zgromadziłam je starannie na stosik, po czym udałam się do fotografa.
– Dzień dobry, zdjęcie paszportowe dla tego tu młodego pana potrzebuję.
– A nie, dzieci to my nie obsługujemy, do widzenia.
Poszłam do drugiego fotografa. Ten się zgodził obsłużyć małego obywatela, ale kazał, żeby dziecko miało oczy otwarte. Ponieważ syn mój w wózku natychmiast zasypia, musiałam poczekać dobrą godzinę, aż się obudził, i wcale nie był z tego zadowolony. Fotograf zawezwał wtedy do pomocy swą pracownicę i zrobili zdjęcia. Jakiś czas później udałam się na mairie z dokumentami i zdjęciami, a tam
– Ależ proszę pani! To zdjęcie się nie nadaje! Tu rękę widać! – istotnie było widać mały kawałek ręki osoby trzymającej młodego osobnika, który jeszcze sam się pionowo nie utrzymuje.
– Ale przecież widać całą jego buzię, a poza tym to robił fotograf i ja za to zapłaciłam 7 euro – próbowałam się wykręcać.
– Absolutnie nie ma mowy, ONI tego nie przyjmą! – pani urzędniczka powołała się na nieokreśloną wyższą instancję, co zawsze działa na szarego petenta. – Proszę pani: w domu położy go pani na prześcieradle, zrobi zdjęcie aparatem cyfrowym i zaniesie do wywołania. Tylko żeby tło było białe, a dziecko miało buzię zamkniętą i oczy otwarte…
– Wie pani, to naprawdę dość trudno wytłumaczyć trzymiesięcznemu dziecku – sarknęłam sobie, ale musiałam ulec władzy.

Po paru dniach prób udało mi się uzyskać zdjęcie, które z grubsza spełniało wymogi urzędasów. Przy okazji spaceru wzięłam aparat ze sobą i wparowałam na mairie.
– Czy to zdjęcie się nadaje do paszportu?
– No, może być. Ale sama będzie pani kadrować? Nie może pani sama! Musi fotograf!
Rzekłam, że dobrze, poszłam do domu, wykadrowałam zdjęcie i poszłam do fotografa.
– Proszę mi tu to zdjęcie wywołać w formacie paszportowym, 3.5 na 4.5 – zażądałam precyzyjnie.
– Nie można sobie samemu robić zdjęć paszportowych – rzekł kategorycznie fotograf.
– Ale na mairie mi tak właśnie kazali! – osłupiałam.
– Na KTÓRYM mairie? – z przekąsem i podejrzliwie zapytał spec.
Wymieniłam nazwę (fotograf administracyjnie znajdował się w miejscowości sąsiedniej).
– Aaaaa, na TYM. No tak – z jeszcze większym przekąsem odrzekł fotograf. – Proszę pani, ja tego nie mogę zrobić.
– Ale ja tylko chcę wywołać to zdjęcie w formacie 3.5 na 4.5, to chyba moja sprawa, co ja z tym potem zrobię – spróbowałam się kłócić, fotograf jednak odwrócił się na pięcie i przestał na mnie zwracać uwagę. Poszłam do drugiego obok, gdzie byli mili, wywołali bez dyskusji w żądanym formacie, i zażądali za to raptem euro 2. Zyskali w ten sposób stałą klientkę, a ja wkrótce potem odebrałam paszport dziecka, który niedługo przetestujemy w boju.

Żeby oddać

sprawiedliwość eMowi, to nawet nie mrugnął okiem, kiedy mu oznajmiłam, że za tydzień przyjeżdża do mnie kumpel z dziewczyną i będą nocować przez parę dni. Ja bym to uznała za świetny powód do irytacji na temat „ignorujesz mnie, nawet mnie nie spytałeś o zdanie, ja też tu mieszkam, może nie mam ochoty żeby ktoś nocował, a może mam inne plany”, zwłaszcza że to w końcu jego mieszkanie. On nie widzi żadnego problemu. Mamy wrażliwość w innym miejscu, ale przynajmniej jest konsekwentny. Żeby tak jeszcze dało się wypracować wspólne zasady postępowania, oparte na kompromisie, a nie tylko na moim dostosowaniu do jego sposobu życia; żeby dotarło do niego „ok, tobie to czy owo nie przeszkadza, ale mnie owszem, więc czy możemy ustalić coś, co nam obojgu będzie odpowiadało i trzymać się tego?”. Świat byłby wtedy miejscem idealnym, i nie trzeba by już było pisać bloga…

Szał

twórczy nadal mnie trzyma w swych szponach, i zdaje się nie odpuści, dopóki nie skończę strony z komentarzami, a że czasu nie mam ostatnio nijak, to nie wróży dobrze kolejnym notkom. Ale muszę odnotować, że nie sądziłam, że jeszcze w tym wieku (XXI) zaskoczy mnie jakaś animacja, nawet w wykonaniu firmy Pixar, i otóż naprawdę zaskoczył mnie „Wall-E”. Tematyką, wykonaniem, humorem. Śmiałam się do łez. No dobra, akcja oczywiście przewidywalna w drugiej części (oraz jakim cudem oni niby sobie rozmawiają w próżni?), ale film jest niesłychanie urokliwy i oryginalny. Nie wiem co brali jego twórcy, ale ja poproszę o to samo.

Uprzejmie informuję

że nie mam czasu pisać, gdyż wpadłam w szał twórczy i tworzę. Jak stworzę, to będzie. Nowa notka też będzie. Na razie tworzę, oglądam „Niekończącą się opowieść” i wspominam jak moja siostra była mocno nieletnia i kochała się w Atreyu, i chodziłyśmy na „Niekończącą się opowieść” w kółko. I kto by przypuścił, że będę go oglądać dwadzieścia lat później we Francji na wynalazku zwanym dvd. A czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, dlaczego faceta tak strasznie trudno skłonić, żeby powiedział, że mu smakuje to co ugotowałam?

Dzisiaj po prośbie

W tym roku mam ułatwione zadanie gwiazdkowe, wyszłam bowiem w kierunku mej siostry z propozycją, że kupię im maszynę do chleba, i spotkałam się z odzewem entuzjastycznym. Tak zatem wiem CO, a nie wiem całej reszty. Nie będę tego wiozła z Francji, bo bez sensu. Idealnie byłoby kupić wysyłkowo w Polsce, ewentualnie w weekend przedgwiazdkowy mogę się udać do sklepu w Warszawie. Proszę więc Państwa o podzielenie się po pierwsze swoimi doświadczeniami z maszynami do chleba różnych firm (szyper, liczę na Ciebie, bo już nie pamiętam co masz), tak pozytywnymi jak i negatywnymi. Po drugie gdzie wysyłkowo można kupić taki sprzęt AGD, żeby było szybko i solidnie, a po drugie bis gdzie w Warszawie jest dobrze zaopatrzony sklep z takim sprzętem. A kto nic na ten temat nie wie, niech mi w zamian poradzi co się kupuje dziecku półtorarocznemu, bardzo żywemu (sistermoon, na pewno wiesz, prawda?).

Wymieniłam

ostatnio ze dwa maile z byłym małżonkiem, bo chciał jakieś papiery urzędowe pozałatwiać. Zdążył mnie zresztą natychmiast zdenerwować, bo wysłał jeden mail o godzinie 16, a następny tego samego dnia o godzinie 22, z pytaniem czy ten poprzedni aby doszedł i żebym potwierdziła. No naprawdę – żył sobie szczęśliwie dobre 4 lata nie odzywając się do mnie wcale, a teraz nagle uważa, że mam warować przed kompem i mu odpisywać w tej samej sekundzie? Zirytowałam się, po czym przypomniałam sobie, że nie jesteśmy już małżeństwem i bardzo mnie to ucieszyło. W każdym razie wyjaśniwszy urzędowe zapytałam go jak mu się życie układa, czy dorobił się jakichś samochodów, zwierząt albo dzieci. Odpisał mi, że nie ma dzieci i mieć nie będzie, bo nie czuje powołania do rodzicielstwa. Co mnie znowu ucieszyło, bo znaczy, że jednak w porę się z nim rozstałam. Jakbyśmy tak byli nadal razem i bym się o tym braku powołania dowiedziała nad pozytywnym testem ciążowym… Albo jeszcze lepiej, odprowadzając potomstwo do żłobka… Swoją drogą świat jest jednak bardzo dziwny, znałam faceta przez 10 lat, z czego większość byliśmy razem, i nigdy w życiu by mi nie przyszło do głowy, że nie ma powołania do rodzicielstwa.

A wczoraj

urodził się nowy wrocławianin, 3,5 kg oraz 57 cm! Osobisty syn mojej ulubionej Kai, której nie poznałabym, gdyby nie ten blog, co dowodzi, że warto go jednak było zacząć pisać. Bardzo proszę dziś wieczorem wypić odpowiednią ilość ulubionego trunku za jego długie i szczęśliwe życie oraz za szybki powrót do formy świeżo upieczonej matki.

Filmowo

Widziałam w końcu film polski pt. „Lejdis” i nawet mi się podobał, więc byłam bardzo mile zaskoczona. Wprawdzie wiem, że np. Idiomka jest jego wielbicielką, co powinno mnie było zachęcić, ale w głowie miałam jakieś mocno krytyczne recenzje, które nastawiły mnie do dzieła negatywnie. A wystarczyłoby żeby napisali, że jest tam narracja z offu. Ja uwielbiam narrację z offu (wiem, że głównie służy do maskowania dziur w scenariuszu, ale wcale mi to nie przeszkadza). Poza tym realizm życiowy na piątkę i nie będę na ten temat polemizować. Realizmu życiowego jest nieco mniej w „U Pana Boga w ogródku” Bromskiego, ale kocham ten film od pierwszego wejrzenia i dlaczego nikt mi nie powiedział, że on jest? Znowu coś Państwo przede mną złośliwie ukrywali, tak? Na szczęście odkryłam sama, że jeszcze jest pierwsza część i też ją sobie kiedyś obejrzę. Przypomina mi on klimatem książki o Don Camillu Guareschiego, i jak jestem od urodzenia uczciwą i zatwardziałą ateistką, tak Don Camilla ongiś uwielbiałam. Przedtem obejrzałam „Juno” i nie mam na ten temat właściwie nic do powiedzenia. Spodobał mi się jedynie motyw Marka czy jak mu, który ma adoptować dziecko nastoletniej bohaterki: starał się z żoną przez wiele lat o dziecko, teraz Juno ma już wielki brzuch i wszystko jest ustalone, więc Mark, jak to facet, oświadcza że on to właściwie się pomylił, zawsze chciał być bezdzietnym muzykiem rockowym podrywającym nastolatki i odchodzi, i niech dziewczyny radzą sobie same. To było bardzo życiowe. Reszta zdecydowanie mniej. Obejrzałam też „Układ idealny” (w oryginale „Prete moi ta main”) bo go dawali w niedzielę w TF1 i nawet eM go ze mną obejrzał, a wręcz bronił Charlotte Gainsbourg, którą skrytykowałam za kompletny brak cycków (ale naprawdę kompletny). eM jej bronił mówiąc, że jest bardzo podobna do matki – Jane Birkin – i że Birkin też podobno nie posiadała biustu. O realizmie życiowym nie wspominamy – we francuskiej komedii takie coś nie występuje z założenia. I widziałam jeszcze „Sztuczki” Jakimowskiego, bardzo urokliwy film, który ma pomysł, klimat, świetnego dziesięcioletniego aktora w roli głównej (co zadaje kłam twierdzeniu, że w filmach polskich nie umieją grać dzieci), i niestety do tego wszystkiego ma dłużyzny. Zrobiłam sobie chyba z 15 przerw w oglądaniu. Pewnie w kinie byłoby inaczej. Jakby Amerykanie zrobili mu jaki remake, też byłoby inaczej, acz obawiam się, że jednak gorzej. Jakiegoś drobiazgu mu tak czy siak do doskonałości zabrakło. Motyw z gołębiami natomiast jest prześliczny i dla niego samego warto było obejrzeć.