48 godzin

Jak na osobę, która POJUTRZE wylatuje do Polski (pierwszy raz po niemal dziewięciu miesiącach i pierwszy raz w ogóle z dzieckiem jako osobną istotą, panika usprawiedliwiona), jestem całkiem w lesie. Walizka nadal pokrywa się kurzem za szafą. Ale tłumaczę sobie, że przygotowana jestem mentalnie, wiem co gdzie jest i co mam zabrać… Tylko że wszelkie moje mentalne przygotowania od co najmniej roku się spektakularnie nie sprawdzają. Nadal chce mi się wyć, kiedy myślę o swoich życzeniach na 2008 zapisanych tu rok temu. „Żeby nie sprawdziły się moje najczarniejsze scenariusze”. Ano – faktycznie się nie sprawdziły. Życie przygotowało mi ten, którego w ogóle nie brałam pod uwagę, a który jest koloru czarnej dziury i mniej więcej tak samo optymistyczny. I nawet dziś, kiedy zamawiam maszynę do chleba przez internet i wszystko sobie obmyślam: że najwyżej sklep okaże się krzakiem, że maszyna nie dojdzie przed gwiazdką, kiedy mentalnie przygotowuję się na różne rodzaje porażki, okazuje się, że… wybranej i opłaconej maszyny zwyczajnie nie ma w sklepie, i facet oczywiście dzwoni z tym problemem do mojej siostry, której nie uprzedziłam, ponieważ na taką ewentualność nie byłam przygotowana. Ech. I tak to się kręci.

Myślę najpierw gorzko, że w tym roku nie będę sobie już niczego życzyć, bo i tak życie zrobi co zechce i da mi kolejnego kopniaka; a potem jednak myślę, że nie wolno mi się poddawać. A właśnie że nadal będę wierzyć, że wszystko będzie dobrze, na przekór, w jakiś całkiem nieprawdopodobny sposób. Rok 2009 będzie lepszy, i zamierzam w to wierzyć niezachwianie, i tego gorąco życzyć wszystkim Czytelnikom oraz sobie samej. Oraz oczywiście bardzo udanych Świąt – takich jak sobie po cichu marzycie, żeby były…

O życiu i całej reszcie

Bardzo bym chciała kiedyś zrozumieć, co kieruje niektórymi ludźmi, że wygłaszają pod moim adresem stwierdzenie typu „a znajomy ojca kuzynki mojej znajomej to kiedyś UPUŚCIŁ dziecko w kąpieli… a kąpiel to wiadomo w łazience… a w łazience wiadomo, na ogół jest kamienna podłoga…”. Po pierwsze może jak w radiu Erewań: to nie było dziecko jeno kot, nie on upuścił tylko jemu krew została upuszczona przez podrapanie, i nie w łazience, tylko w kuchni. Po drugie nawet jeśli naprawdę upuścił, to może był pijany, a może się poślizgnął, a może inny nieszczęśliwy wypadek to był. I czy to ma oznaczać, że ja natychmiast też pójdę upuścić swoje? Oraz właściwie jakiej reakcji się takie osobniki spodziewają po mnie, wygłosiwszy swą sensację? Czy powinnam wykrzyknąć „Och! Dziękuję! Teraz już będę uważać, gdy go kąpię! Bez ciebie nigdy bym na to sama nie wpadła!”.

Nadal prezentowo

Widzę, że temat jest nośny, może ze względu na sezon, więc pociągnijmy dalej. Jakie prezenty (otrzymane lub wręczone) zapisały się szczególnie w Państwa pamięci? Te wymarzone i wyczekane, albo przeciwnie, zupełnie niespodziewane, a jednak trafione? Ja mam natchnienie do tej notki obok siebie, w postaci małej czerwonej poduszeczki z kretyńskim napisem, którą dostałam dawno temu na urodziny (bodaj) od koleżanki. Prezent był z pewnością typu „cholera nie wiem co jej kupić, a mam tylko 5 minut”, a że mam urodziny w sezonie walentynkowym, zdaje się, że producent wstawił to do sklepów przy tej okazji. Przyznam, że kiedy dostałam tę poduszeczkę, pomyślałam mniej więcej to, co powyżej streściłam, po czym… poduszeczka od tego czasu była ze mną na paru rejsach, w Rumunii, przy okazji innych noclegów pod namiotem czy gdzie indziej, a teraz kiedyś niepostrzeżenie przyjechała do Francji i ma się dobrze. Jest z polaru z gąbką w środku, więc nic nie waży, można ją zwinąć razem ze śpiworem, łatwo się pierze, szybko schnie, jest milutka w dotyku i bardzo ożywczo czerwona. Ma milion zastosowań i jest zawsze pod ręką. Nie sądzę, żeby koleżanka przewidziała jaką furorę zrobi jej prezent, ja zresztą na początku też się wcale tego nie spodziewałam.

Poza tym doskonale pamiętam zegarek elektroniczny od Mamy, w latach 80-tych otrzymany, gdy dopiero weszły na rynek, i z pewnością wydała na ten prezent dużo więcej pieniędzy niż powinna była sobie pozwolić. Strasznie chciałam mieć zegarek elektroniczny (będąc młodą nastolatką), ale z racji ceny nie spodziewałam się takiego prezentu, więc radość moja była ogromna. Zapisałam nawet w ówczesnym blogu (prowadzonym w zeszycie, który też był wcześniejszym prezentem na Gwiazdkę) wielkimi wołami na pół strony, że dostałam mianowicie ZEGAREK ELEKTRONICZNY. Jakoś też mniej więcej w tamtym okresie dostałam z kolei pod choinkę łańcuszek do okularów, i oznajmiłam Mamie szczerze, że nie trafiła, nie chcę tego nosić, bo będę wyglądać jak stara baba. Mamie zrobiło się wyraźnie przykro, i chyba dlatego jednak zaczęłam go nosić (z całą pewnością wyglądałam jak swoja własna babcia, ale zawsze byłam abnegatką, więc to nie był aż taki problem), a jak się już przyzwyczaiłam, to tak go nosiłam ładne parę lat. Poza tym  mam do dziś srebrny łańcuszek już na szyję, też od Mamy na urodziny, który uznałam za zaginiony i odnalazłam go cudem parę lat później (we własnej łazience), co gdzieś jest na tym blogu opisane.

A w końcu jest prezent, który chyba nie był prezentem, mianowicie kompletne wydanie „Baśni z tysiąca i jednej nocy”, które przyniósł pewnego dnia do domu mój ojciec. Nie jestem pewna, skąd się wzięło moje przekonanie, że to jest prezent dla mnie (miałam wówczas bodaj 9 lat i to na pewno nie była literatura dla osób w tym wieku) – albo była wtedy jakaś okazja (moje urodziny), o której on zapomniał i powiedział na odczepnego że to jest dla mnie, albo tak sobie powiedział dla śmiechu, albo nie miał pojęcia co zawierają te „Baśnie” (w co jednak nie chce mi się wierzyć, był zdecydowanie piśmienny). W każdym razie żyłam w przekonaniu, że to są książeczki dla mnie, a że w tytule było słowo „baśnie”, zabrałam się za lekturę. Mając lat 9. Nie twierdzę, że przeczytałam całość, grubych tomów było koło 10, ale przeczytałam wystarczająco dużo, żeby to wpłynęło na moją wyobraźnię w sposób nieodwracalny, nawet jeśli mnóstwa rzeczy nie pojmowałam. W którymś momencie Mama nawet zabroniła mi to czytać, ale oczywiście zabranianie nie odniosło żadnego skutku, albo wprost przeciwny.

Marudnie

Naprawdę, ale to naprawdę jestem zdegustowana tym, że w dodatku do Polityki pt. „120 pomysłów na prezenty” znalazł się zestaw Nivei zawierający dezodorant. W dodatku w kategorii „romantyczne”! Ja może niedzisiejsza jakaś jestem (no dobra, „może” w tym zdaniu jest zupełnie niepotrzebne), ale dezodorant to NIE JEST prezent, nie może być prezent, nie bywa to prezent, nie nadaje się na prezent z definicji, i już. Tak samo jak nie nadaje się na prezent papier toaletowy, pasta do butów albo szczoteczka do zębów. I nie ma od tej reguły wyjątków. A już drukowanie takiej sugestii na papierze to jest coś, co się w głowie (mojej) nijak nie mieści. Skłonna jestem nawet przypuszczać, że to był jakiś głupi dowcip, który tam poszedł przez niedopatrzenie, ale obawiam się, że to tylko moje złudzenie, niestety.

Przy okazji napomknę, że chętnie przyjmę w prezencie zdjęcia tablic z zakazem, nakazem albo informacją, do kolekcji na stronę z komentarzami.

Przypadek

Byliśmy w sobotę w knajpie z eMa kolegą z pracy, a w zasadzie to uczniem. Faceci jednak naprawdę nigdy nie dorastają, ja bym z  nieletnią nie miała o czym rozmawiać, a eMowi różnica wieku w niczym zupełnie nie przeszkadza.
– To ile ty masz lat, Jeremy? – zapytałam z lekkim niepokojem, bo małolat wciągał piwo z wyraźnym doświadczeniem i co chwila wychodził na papierosa.
– 17 – odparł młodociany z dumą.
– Jego ojciec jest w moim wieku – radośnie uzupełnił eM.
Zanim zdążyłam wykonać odejmowanie, Jeremy dodał
– Tak, ojciec mnie zrobił w wieku 19 lat!
– Mhm. A mama? – zapragnęłam uzyskać pełen obraz.
– Mama miała rok mniej – chętnie poinformował Jeremy.
– Ty, to oni cię zrobili PRZYPADKIEM, tak? – eM się nawet nie spróbował ugryźć w język. Mnie nieco zatkało, Jeremy jednak nie stracił kontenansu
– No tak, niechcący mnie zrobili…
Chyba zmieniliśmy temat, i dopiero dziś rano wpadłam na odpowiednią ripostę.
– Kochanie, a właściwie… to ty też zostałeś zrobiony przypadkiem, prawda? – spytałam słodko.
– Nie – burknął eM.
– No jak to nie, skoro twoja mama miała 20 lat i brała ślub, jak już byłeś całkiem dobrze widoczny – ciągnęłam bezlitośnie. eM z braku argumentów salwował się szybkim wyjściem do pracy.
Swoją drogą we Francji aborcja i antykoncepcja to nie są jedynie brzydkie słowa na „a”, więc jak już ktoś się urodził, to znaczy że jego urodzenie nie było bardzo niepożądane, więc rozważania na powyższe tematy mogą być traktowane z pewną lekkością. Ale zawsze.

A Sarkozy to zdaje się myślał, że jak się spotka z Dalajlamą w jakiejś odległej i nikomu nieznanej Polsce, to nikt tego nie zauważy, a na pewno nie Chińczycy. Wiadomo, „w Polsce czyli nigdzie”.  No to się pan prezydent przeliczył…

Osobnik szumnie zwany dziadkiem

Bardzo spodobało mi się, jak zareagował wielce nieszanowny tatulek eMowy na wieść, że narodził się mu wnuk pierworodny. Oznajmił on otóż, cytuję
– No wiesz eM?! Już mnie dziadkiem zrobiłeś?!
Abstrahując od meritum, sensu w tej wypowiedzi tak czy siak niewiele, nieszanowny ma bowiem szczęśliwie (lub nieszczęśliwie, zależy od tego kto ocenia) lat 58 skończone, co jak myślę nie jest szczególnie przedwczesnym momentem na bycie dziadkiem. Ale przyznać trzeba, że facet jest przynajmniej konsekwentny i istnienie niewygodnego wnuka ignoruje starannie. Dziecko nie dostało od niego najmniejszej grzechotki, i mam dziwne wrażenie, że w ogóle nie wie jak młodzian ma na imię. W każdym razie kiedy ostatnio na ten temat rozmawialiśmy (a w zasadzie on monologował, a ja wydawałam nieokreślone pomruki) zapytał czy to prawda, że tak właśnie zamierzamy mu dać na imię, nie będąc absolutnie świadomym, że potomek posiada już od jakiegoś czasu imię, nazwisko, akt urodzenia, a nawet własny paszport. No cóż, nie spodziewałam się po tym osobniku niczego zgoła innego, dziwi mnie tylko trochę, że eM na to kompletnie nie reaguje. Mnie by było zwyczajnie przykro, gdyby moja bliska rodzina tak traktowała moje dziecko. Ale ludzie w końcu różni są…

Królowa Gafy

Ja wiem nie od dzisiaj, że mi się ten tytuł należy, ale ostatnio chyba
trochę straciłam czujność. Starannie unikam na wszelki wypadek tematu,
że zamiast mojej siostrzenicy mogła być trójka naraz (to znaczy nie
tyle zamiast, co oprócz niej jeszcze dwójka), bo nie wiem tak do końca co
moja siostra sobie myśli na ten temat, i podejrzewam, że uczucia może
mieć mieszane. Ja bym miała. Wiadomo, nie mówi się o sznurze w domu
powieszonego. Ale ostatnio jak gadałyśmy przez telefon o tym, że
jej dziecko jest bardzo żywe i ruchliwe, oczywiście wyskoczyłam bezmyślnie
z czymś w stylu „a gdybyś tak miała…” i tu mnie zamurowało, bo sobie
przypomniałam, że właśnie MIAŁA MIEĆ i że mam o tym nie mówić, więc
dokończyłam niezręcznie „no, całą gromadkę, z piąteczkę na przykład
takich Aś biegających…” plując sobie już w brodę i zastanawiając się
gorączkowo jak zmienić temat, co oczywiście mi się nie udało, bo moja
bezwzględna siostra natychmiast mi przypomniała, że to akurat MOGŁY być trojaczki i
co wtedy by było, i ja naprawdę nie miałam odwagi powiedzieć „no to
dobrze że nie są”, więc coś tam mamrotałam bez sensu, a potem jednak
zmieniłyśmy temat, ale i tak jest mi ciągle trochę głupio. Wybaczajcie tym, co gafy popełniają, albowiem ciężkie jest ich życie.

Rachuba świata

Gdzieś mi wpadło w oko, że podobno na niemieckich listach bestsellerów „Rachuba świata” Kehlmanna wyprzedziła nawet Rowling. Jeśli tak, to mam wielki szacunek dla Niemców, bo to rzeczywiście świetna książka i na pierwszy rzut oka wcale nie taka znów łatwa w odbiorze. Nawet mimo tego, że traktuje o dwóch wybitnych Niemcach: przyrodniku baronie Aleksandrze von Humboldcie i matematyku Carlu Gaussie. Żeby zacząć od przyczepienia się, rzecz jest miejscami przesadnie melodramatyczna, nie podobały mi się też wstawki, w których Gauss antycypuje obecną naszą teraźniejszość; ale to jest tylko czepialstwo, bo Kehlmann odwalił naprawdę niezłą robotę grzebiąc po źródłach, a jego postaci są rewelacyjne. Humboldt opętany pasją zbadania absolutnie wszystkiego co się da, nieludzko twardy, nie cofający się przed żadnym wyzwaniem, kompletnie pozbawiony emocji, poza być może jedyną – rywalizacją ze swoim równie uzdolnionym i ówcześnie sławniejszym starszym bratem. Gauss, któremu przeszkadza, że wszyscy inni ludzie tak strasznie wolno myślą, kładący jakoś mimochodem podwaliny pod całą współczesną matematykę, rozczarowany własnymi dziećmi i życiem osobistym, gorzkniejący na starość. Obaj – choć każdy inaczej – sądzili, że za chwilę już wszystko zostanie zbadane, zmierzone, opisane i ujęte w teorię. To chyba nie wygląda zachęcająco, ale ta książka jest tak fantastyczna, że w połowie ją zamknęłam i odłożyłam na parę tygodni, bo nie chciałam żeby już mi się skończyła, a niestety zwolnić tempa pochłaniania lektury się nie dało.

Gauss łyknął herbaty, skrzywił się z odrazą i odstawił filiżankę jak najdalej. Człowiekowi, ciągnął, wydaje się, że stanowi o sobie. Że coś tworzy, coś odkrywa, gromadzi dobra, znajduje sobie drugiego, którego kocha nad życie, płodzi dzieci, może mądre, a może gamoniowate, widzi śmierć kogoś ukochanego, starzeje się, głupieje, choruje i w końcu idzie do ziemi. Jak mu się zdaje, o wszystkim rozstrzyga sam. Dopiero matematyka pokazuje, że zawsze wybierał utarte szlaki. A tu jeszcze mowa o despotyzmie! Książęta to też jakieś nieszczęsne istoty, co żyją, cierpią i umierają jak wszyscy. Prawdziwymi tyranami są prawa przyrody.

Po trzech dniach

posiadania w domu gości, stwierdzam, że gość idealny to taki, który przywozi mi Pratchetta, zmywa po sobie, sam sobie robi herbatę oraz samodzielnie sobie zwiedza. Nie żebym nie chciała pozwiedzać trochę z nimi, ale oczywiście w czwartek dopadł mnie jakiś katar zabójca, którego nie miałam ochoty wyprowadzać na spacer, a już na pewno nie w ten ziąb na wieżę Eiffla. Trudno. Natomiast aby utrzymać status gościa idealnego przez całą wizytę: kiedy otwieram piekielnie drogie bardzo ekskluzywne czekoladki prosto z Salon du Chocolat, NIE NALEŻY odpowiadać beztrosko „a najlepsze czekoladki, jakie jadłam w życiu, były belgijskie”. Ale cóż, ideałów, jak wiadomo, nie ma, a jak już są, to tylko u innych. Przynajmniej chwalili co ugotowałam i nawet eM się od nich nieco zaraził. Doszłam jednakowoż do wniosku, że u mnie chyba połączyły się w równych proporcjach geny tatusia socjopaty i towarzyskiej mamusi, które nieustannie ścierają się ze sobą w moim wnętrzu, bo ja w tym samym momencie cieszę się szczerze z posiadania gości, oraz denerwuje mnie że są, siedzą na mojej kanapie i oddychają moim powietrzem. Zaczynam rozumieć, dlaczego tak kocham internet, gdzie mogę sobie być towarzyska, serdeczna, przejęta losem bliźnich i tak dalej, bez konieczności znoszenia tych bliźnich w bezpośredniej fizycznej bliskości. Moim ideałem byłaby jakaś porządna wieża z kości słoniowej z dostępem do netu, gdzie miałabym na parterze apartamenty dla gości, którzy by mnie przez okrągły rok nawiedzali tłumnie, a ja bym do nich schodziła z mej wieży na przyjemną wizytę kilkugodzinną, po czym oddalała się z powrotem w błogosławioną samotność. To już Państwo wiedzą co chcę na gwiazdkę.