Błąd

Nie wiem po co właściwie mi to, ale wbrew rozumowi myślę i myślę, w kółko się zastanawiam, gdzie ja popełniłam błąd wierząc, że tym razem się ułoży. Czy byłam ślepa, czy tylko lekko zaślepiona, czy jak zwykle naiwna, czy za mało spostrzegawcza, czy nie dość przewidziałam, czy niepotrzebnie bagatelizowałam, czy za dużo wymagałam, czy za mało się uśmiechałam? I właściwie ciągle tylko jedno mi z tych rozważań wychodzi. Niesłusznie zakładałam, że jeśli dwoje ludzi po przejściach będzie chciało się jednak rozstać, to będą potrafili to bez strat moralnych uczynić, zdrowym rozsądkiem wiedzeni (czy ja naprawdę MUSZĘ co do joty powtarzać błędy swojej Matki?) Niesłusznie zakładałam, że jeśli miłość wygaśnie, to zostanie przynajmniej odrobina życzliwości, albo chociaż obojętność. Otrzymałam w prezencie zupełnie bezinteresowną nienawiść, i choć to idiotyczne, mam ochotę wyć do księżyca domagając się odpowiedzi dlaczego i za co mnie znienawidził. Odpowiedzi oczywiście nie ma; zapewne za to samo, za co się człowiek zakochuje, tak samo irracjonalnie. Po prostu akurat byłam pod ręką. Chciałabym tylko umieć nie odpłacać nienawiścią za nienawiść; wstydzę się tego, i nic z tym nie umiem zrobić. Tak jak odkochać na życzenie się nie da.

Pluszakowo

No proszę, a jednak nie zrobiłam się cyniczna, mimo wszystko” pomyślałam, kiedy szczerze ucieszył mnie sobotni sms od koleżanki, że właśnie się za mąż wydała (w połowie drogi między 30 a 40) i jest bardzo szczęśliwa. Od razu się też zrobiłam radosna i pełna optymizmu – fajnie żeby przynajmniej niektórym ludziom się udało coś w życiu.

Dziś w nocy natomiast zastanawiałam się (między czopkami przeciwgorączkowymi i chłodnymi okładami na czoło dla najmłodszego członka rodziny, zima nas bowiem w ogóle nie oszczędza) co by tu Państwu wesołego napisać, i przypomniało mi się, jak mnie moja siostra uradowała w święta, wyciągając nasze stare zabawki. Miś w kratkę ma już mocno wyblakłe kolory, zrobiony jest z jakiegoś gładkiego materiału i mocno wypchany czymś dziwnym, trochę szeleszczącym w dotyku, na mój gust słomą. Kangurzyca z czarnej zrobiła się brązowawa, ale nadal ma kangurzątko w torbie i trzyma się dzielnie na swoim solidnym ogonie. Mają ponad 30 lat, były z nami od zawsze, i absolutnie w niczym nie przypominają dzisiejszych mięciutkich pluszaczków produkcji chińskiej na licencji Disneya. W czasach, kiedy powstawały, nikomu się jeszcze nie śniło o praniu zabawek w pralkach automatycznych. Nie widziałam tych zabawek dobre 15 albo i 20 lat, więc kiedy je znienacka zobaczyłam, to było zupełnie przedziwne uczucie. Jakby mi kto nagle w mózgu otworzył klapkę i wyciągnął na światło dzienne wspomnienia, o których w ogóle nie wiedziałam, że je mam… Moja siostra nadal hołubi również swoją małpkę Monchichi, które przez chwilę były w Polsce popularne w szalonych latach 80-tych; musiała mieć wtedy może z 8 lat, i straszliwie chciała ją mieć, co żywo pamiętam. Ciekawe czy Mama się spodziewała, że ta małpka przetrwa kolejne 20 lat, choć w stanie już mocno wyleniałym… A Państwo mają jakieś zabawki ze swego dzieciństwa?

Na froncie

Tymczasem na moim osobistym froncie męsko-damskim sytuacja zrobiła się patowa. Przynajmniej jest jasna: od pobytu w Polsce wiem już na pewno, że nie chcę być z tym facetem (ponieważ przedtem naiwnie liczyłam na to, że może po prostu potrzeba nam odpoczynku od siebie, że może po dwóch tygodniach spojrzę na to innym okiem. Oko jednak zostało to samo). On zdaje się żywi do mnie podobne uczucia, i wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że dziecko potrzebuje ojca, a ojciec kocha to dziecko. Porozmawialiśmy nawet jakiś tydzień temu o rozstaniu, o którym rzekomo też już myślał (i nic jakoś nie wymyślił) i to był pierwszy raz, kiedy na moją sugestię, żeby się wyprowadził, nie obraził się, nie zaczął wrzeszczeć, że tak, ale dziecko zostaje z nim, tylko zaczął się zastanawiać, jakby to zorganizować. Byłam niezwykle pozytywnie zaskoczona. Po czym niestety oznajmił, że on jak się wyprowadzi, to tylko do własnego domu… i ja już widzę, jak on sobie ten dom sam dla siebie nagle kupi. Nie ma takiej opcji. Zaskakujące jest to, że po tej rozmowie zrobił się nagle na parę dni miły, nawet umył mi samochód z własnej inicjatywy. Trochę go pewnie zbiło z tropu, że ja bynajmniej nie rozpaczałam na temat rozstania, tylko się szczerze ucieszyłam, że przyjmuje taką możliwość do wiadomości. Sytuacja jest jednak, jako się rzekło, patowa, to znaczy ja kompletnie nie wiem co dalej i stosuję jedyny cytat z literatury, który się do czegoś w życiu przydaje, mianowicie „pomyślę o tym jutro” (Scarlett O’Hara), a on jak to facet, nie zmieni status quo, dopóki ktoś go do tego nie zmusi.

Wszystko, co mi przychodzi do głowy: że powinnam być bardziej wyrozumiała, że przecież jestem mądrzejsza, że powinnam to, śmo, siamto, owamto, rozbija się o podstawową rafę. Brakuje nam fundamentu, na którym można by coś zbudować. Stoimy nad pustą dziurą w ziemi i rozpaczliwie poszukujemy kariatyd, które by nam podtrzymały dach nad głowami.

A co czytałam na wakacjach

Natychmiast po przyjeździe do Polski rzuciłam się na książki, jakbym miała już nigdy w życiu nic nie przeczytać po tych dwóch tygodniach. Na pierwszy ogień poszła należąca do teściowej siostry autobiografia Doroty Sumińskiej, weterynarki, która ostatnio pisuje felietoniki w Polityce. Sporo o niej samej i jej rodzinie, dość barwnej, sporo o zwierzętach; pod koniec trochę za dużo dziwnych tekstów o niemożności porozumienia się z dorosłą córką, ale ogólnie godna polecenia wszystkim lubiącym takie tematy. Następnie rzuciłam się na osobiście nabyty „Middlesex” Eugenidesa, na który polowałam już od dawna, ale ciągle go nie było w Merlinie. W końcu jednak się udało (za to poleconego mi przez Kamenari „Shantaram” z kolei nie przysłali). To jest wciągająca historia hermafrodyty pochodzenia greckiego, we współczesnych Stanach, taka mini-saga z elementami czegoś w rodzaju realizmu magicznego… i mimo że rzecz jest naprawdę błyskotliwie napisana, ciągle marudziłam, że przecież to już wszystko było. Dojrzewanie bohatera – odmieńca w wiadomo jakim świecie… dziwnie znajomy klimat. Na pewno niektórych zafascynuje. Potem wygrzebałam siostrze z półki „Podróż ludzi Księgi” Tokarczuk, którą oczywiście kocham, i wcale nie tylko dlatego, że urodziła się 29 stycznia, jak niektórzy tutaj obecni. Cudownie posępna jest ta książka. Taka nastrojowa ponura baśń.

Następnie pojechaliśmy na Sylwestra do koleżanki, gdzie na parapecie poniewierał się Chmielewskiej „Babski motyw”, więc zakrzyknęłam „o jak ja DAWNO nie czytałam Chmielewskiej” i książkę na wieczór zaanektowałam. Czytałam ongiś lepsze jej dzieła, ale to też się dało znieść mimo straszliwie trzeszczących naciągnięć miejscami. Styl ten sam co kiedyś w każdym razie, i to mnie cieszyło wystarczająco, chociaż szczególnie śmieszna nie była, ale w końcu „Lesio” jest tylko jeden. Na drugi wieczór zabrałam koledze, fanowi fantastyki, opowiadania Dicka, niestety z tej serii co były ułożone chronologicznie, i jak się czyta opowiadania Dicka napisane w ciągu dwóch lat, to one są strasznie na jedno kopyto, mimo niezaprzeczalnej oryginalności, bo to jednak świetny pisarz był. Potem oddałam koledze Dicka, a zabrałam mu „Inwazję opoponaksów” Brosnana i to jest typowe czytadło, jak ktoś już naprawdę musi mieć cokolwiek do czytania, a nie czyta romansów czy tam kryminałów medycznych, które w dużym wyborze miała ze sobą koleżanka. To ja już wolę sf, dziękuję.

Potem sobie przypomniałam „Metodę wodną” Johna Irvinga i ze zdumieniem stwierdziłam, że to jest naprawdę dobra rzecz jak na Irvinga. Jedna z jego pierwszych, więc nie ma jeszcze tego zadęcia „a ja jestem takim genialnym pisarzem, spijajcie me słowa na klęczkach”, nie ma też na szczęście żadnego szokującego trupa w szafie; jest za to kawałek szpitalny bardzo w stylu „Paragrafu 22” oraz problemy męskie ze stworzeniem związku z kobietą. Główny bohater posiada otóż żonę (młodą i atrakcyjną), z tą żoną synka, a pewnego dnia prawie zdradza tę żonę z jakąś tam znajomą. Nie zdradza jej tak całkiem do reszty, bo ma nagły wyrzut sumienia i wraca przez pola i bagna pieszo do domu. Ale żona się i tak dowiaduje (w widowiskowy sposób, ale nie będę aż tak streszczać). I co robi tenże facet? Otóż bez słowa wyjeżdża do Wiednia, i pozostaje tam 6 miesięcy, tylko że jemu się wydaje, że to tylko tydzień, bo on przecież jest nieszczęśliwy i w szoku…. Ja wiem że to jest tylko powieść, nieszczególnie nawet realistyczna, ale ona jest jednak napisana przez faceta, więc jestem skłonna uwierzyć, że oni naprawdę tak myślą. Kończy się to wszystko w każdym razie obrzydliwie grafomańsko szczęśliwie, o czym muszę uprzedzić, jakby ktoś chciał czytać.

Moja siostrzenica

(Notka jest głównie dla mnie ku pamięci; kto nie lubi czytać o cudzych dzieciach, niech wróci za parę dni).

Moja półtoraroczna siostrzenica jest rzeczywiście niesłychanie żywym
dzieckiem. Mieliśmy porównanie spędzając parę dni z
czternastomiesięcznym jej kolegą – też rozrabiał jak to małe dziecko
wszystkiego ciekawe, ale w porównaniu z Asią był naprawdę spokojny.
Jest śliczna, chociaż strasznie podobna do ojca, do którego tego
epitetu nie można zastosować nijak; ma już wszystkie zęby, oprócz dwóch
trójek, które zaczęły właśnie w święta wychodzić. Ma ciemnoblond
czuprynkę z prześmiesznymi zakolami. Mówi „mama”, „tata”, oraz na
wszystko pokazuje palcem mówiąc „to” co jest jednocześnie
stwierdzeniem, prośbą i pytaniem. Zwrot „po po pouu” oznacza natomiast
„dlaczego”. Podczas mojej u nich bytności nauczyła się mówić „lapa”
(lampa), co na początku przybierało formę „lapa-pa” albo nawet
„lapapapa”, kiedy się dobrze rozpędziła. Potrafi powiedzieć, „jak robi”
owieczka (me me me), koń (ii-ha), pies (aa-u), kura (koko), oraz… lew (to trzeba
zobaczyć). Pokazuje „jak robi motylek” żywo machając łapkami. Potrafi również zrozumieć całkiem złożone polecenia jak
„zaprowadź mnie do miejsca, skąd to wzięłaś” i wykonać. Umie znaleźć
masę rzeczy, które zna z nazwy. Świetnie odpowiada „tak” na wiele
pytań, ale to jeszcze nie znaczy, że właśnie to ma na myśli. Mówienie
„nie” jakoś mniej jej się udaje. Na razie, jak sądzę. Zaskoczyła mnie raz bardzo, kiedy
mówiłam do mego synka po posiłku „synu, a może byś beknął?”. Biegająca
po pokoju Asia pozornie zajęta czym innym odparła na to „be be be”, a
ja umarłam ze śmiechu. Drugi raz popłakałam się ze śmiechu (pesząc zresztą dziecko), kiedy
zobaczyłam jak tańczy. Zostawili mnie pewnego
wieczoru z nią samą, bo nalegałam. Moja siostra najpierw oczywiście
odmawiała, wychodząc z założenia, że tylko ona umie się należycie zająć
swym dzieckiem, ale w końcu dała się przekonać.  Dziecko wcale nie było
zmartwione brakiem rodziców, położyłyśmy razem jej lale spać (rytuał
wieczorny, drugim jest sprzątanie, oraz czytanie książeczki),
poczytałam jej trochę i widząc że jest zmęczona, namówiłam do wejścia
do łóżeczka. Płakała wprawdzie 5 minut, ale w końcu pięknie zasnęła.
Niestety ma zwyczaj parę razy budzić się w nocy z płaczem, zapewne z
nadmiaru wrażeń.

Takie tam wydarzenia piątkowe

Dziś byłam na lunchu z kolegą. Nie zdarza mi się to ostatnimi czasy codziennie, więc należy to odnotować. Byliśmy wprawdzie w uroczym towarzystwie mego syna, ale ten zachowywał się bardzo przyzwoicie, znaczy spał. Kolega sprowadził się do Francji czasowo w grudniu i nie włada językiem francuskim, z którego to powodu podziwiam go niezmiernie. Ja bym się załamała najpóźniej po tygodniu. Jego firma (nie napiszę jaka, ale bardzo dobrze znana i w Polsce i we Francji, acz nieszczególnie lubiana…) załatwiła mu jednak osobę, z którą może konwersować po angielsku i ona mu następnie załatwia wszelkie sprawy z bankiem, mieszkaniem itd. Dziś jednak osoby nie miał pod ręką, i kiedy chciał zapłacić za nasz lunch kartą (francuską Visą), ta odmówiła współpracy. Wyśmiałam go, że na pewno wydał już całą kasę ze swego konta, zapłaciłam własną kartą, a potem udaliśmy się do bankomatu nieopodal, gdyż nalegał. Kolega nalegał, nie bankomat. Bankomat natomiast powiedział, że pieniędzy nie da. Kolega wszedł do oddziału banku, a ja za nim. Rzekł do pani w okienku całkiem zrozumiale po francusku „Parlez-vous anglais?” ale pani odrzekła twardo „non”. Wzięłam sprawy w swoje ręce, a raczej na swój język, i wyjaśniłam, że karta przestała współpracować i chcemy wiedzieć czemu. Pani zażądała dowodu tożsamości, którego kolega oczywiście nie posiadał przy sobie… Ale jak to uczynna Francuzka spojrzała na nas, wnikliwie oceniła że nie jesteśmy wyrafinowanymi złodziejami, i podzieliła się z nami informacją, że jeśli bankomat mówi „operacja niedozwolona” to znaczy, że limit karty został przekroczony, co ja zresztą już wcześniej koledze sugerowałam, mając w tym względzie osobiste bolesne doświadczenia. Sprawdziliśmy jeszcze, że bankomat właśnie to mówi, pocieszyłam kolegę, że w poniedziałek limit mu się odnowi i pożyczyłam mu 20 euro. Nie wiem wprawdzie, jak przeżyje weekend za 20 euro, ale jak go znam to sobie poradzi.