Guzik a nie dom

Nie mogę sobie darować, że jakiś tydzień temu powiedziałam eMowi, że jeśli chce, to weźmiemy kredyt na dom wspólnie. Jest to totalna bzdura, o czym wiedziałam doskonale w momencie mówienia. Nie zamierzam mieć z nim domu, oraz nie wzięłabym z nim razem kredytu nawet na zakup guzika, bo jest nieodpowiedzialny, nie spłaca swoich zobowiązań (w tym nawet podatków), i przepuszcza całe zarobki na nie wiem co. Uległam jednak pragnieniu, żeby chociaż przez dwa tygodnie mieć namiastkę w miarę normalnego życia, a nie wysłuchiwać wiecznie, że ze mną to nic nie można i że wszystko przeze mnie. Co nie oznacza, że miałam prawo tak się zachować, czyli skłamać w żywe oczy; to nie w moim stylu, zawsze święcie wierzyłam w komunikację międzyludzką i mówienie prawdy – nawet jeśli druga strona do tej prawdy nie dorosła. Czuję się z tym fatalnie… ale nie na tyle fatalnie, żeby rzecz już teraz sprostować. Cokolwiek bym o sobie nie myślała, w końcu rozumiem te wszystkie baby, którym się człowiek latami dziwował – że żyją na przykład z pijakiem, który je bija, i nic z tym nie robią. Teraz już wiem, że bardzo niewiele trzeba, aby pragnienie schowania głowy w piasek chociaż na parę dni wzięło górę nad rozsądkiem.

Wstydliwe wyznanie

Dziś będzie wstydliwe wyznanie, mianowicie przyznam się, że są w potocznej polszczyźnie takie dwa słowa, których znaczenia bardzo długo nie znałam. Naprawdę długo. I to mieszkając jeszcze w Polsce, więc żadnego usprawiedliwienia nie mam. Pierwszym słowem jest otóż „ochajtać się„. Pamiętam, że usłyszałam to pierwszy raz od jakiejś mojej koleżanki, kiedy byłam mniej więcej na studiach, i nawet nie pamiętam, o kogo chodziło, tak mnie to słowo zafrapowało. Mam do niego stosunek mieszany. Samo w sobie mi się nie podoba, jak większość pochodzących (na moje ucho) z niemieckiego, natomiast zachwyca mnie jego praktyczność, i sama go parę razy użyłam. Cudownie wypełnia lukę, jaka istnieje w polszczyźnie, jeśli chodzi o ślub zawierany przez kobiety. „Wyszła za mąż” to zwrot absolutnie potworny, nadęty do granic możliwości: od razu widzę oczami wyobraźni, jak wzięła kiecę w garść, szła, szła, szła, góry bory lasy, ciemna noc, doszła w końcu do tego męża, wyszła za niego i teraz już całkiem nie wiadomo gdzie jest. Pewnie siedzi w oborze, krowy doi i kury karmi, albo na odwrót. Facet po prostu „się ożenił”: jakoś tak obrósł w żonę i ją sobie MA, a kobieta musi iść, nogi se kaleczyć, potykać się na kamieniach, żeby w końcu WYJŚĆ za mąż… „Chajtać” na tym tle jest wspaniale lekkie, takie samo dla obu płci, i spokojnie można sobie wyobrazić, jak ktoś płci żeńskiej mówi
– O, ochajtam się jeszcze ze dwa razy w życiu.
Proszę sobie wyobrazić to samo sformułowane w sposób „O, jeszcze ze dwa razy w życiu wyjdę za mąż”. Człowiek utknąłby w połowie i sam w to nie uwierzył.

Drugim słowem jest „zaświergolić się”: to było naprawdę straszliwie późno, bo już w czasach Internetu ktoś to do mnie napisał w stylu „no chyba się zaświergoliłaś”, i z początku myślałam, że to oznacza coś w rodzaju „zapętliłaś się” albo inne „odbiło ci”. Potem się dowiedziałam prawdy. Do tego słowa też mam stosunek mieszany, ale całkiem na odwrót. Samo w sobie jest absolutnie prześliczne, poetyckie jak z jakiegoś Leśmiana, wykorzystuje polski rdzeń „świergolenie” – piękną onomatopeję. Od razu na myśl przychodzi maj, świergolące w górze ptaszki, świecące słoneczko, niebieskie niebo, kwitnące kwiatki, inne pleonazmy, szczęście radość błogostan. A jednak, kiedy ktoś tego używa (ostatnio moja koleżanka, co świeżo się właśnie ochajtała, i stąd mi przyszła ta notka), nie mogę się pozbyć uczucia, że to strasznie infantylne słowo. Jakby mówiący sądził, że ten stan będzie trwał wieki. Wiem, że ono takie właśnie ma być, ale sama go chyba raczej nie użyję.

Lost in Translation

Skończyłam Evy Hoffman „Lost in Translation”. Uwaga od razu: z filmem pod tym tytułem nie ma to nic wspólnego, natomiast jest to książka, do której odwołuje się Barańczak w mojej ukochanej przecudownej „Tablicy z Macondo”, i wtedy natychmiast zapragnęłam ją – ładne parę lat to już było – temu przeczytać. Tłumaczenie tej książki wydał w połowie lat 90-tych londyński Aneks, o ile wiem nie zostało do tej pory wznowione (z powodów, których się mgliście domyślam), a szkoda. Ale kiedy ja się uprę na jakąś książkę, to nie ma na mnie mocnych – oczywiście zdobyłam, przeczytałam i… zapomniałam. Przypomniałam sobie jakiś rok temu, jako emigrantka, i uświadomiłam sobie, że tłumaczenie wprawdzie trudno zdobyć, ale mogę przecież nabyć sobie angielski oryginał, co natychmiast uczyniłam.

Kwestia oryginału jest tu o tyle zabawna, że autorka jest w zasadzie Polką, a raczej polską Żydówką. Wyjechała z Polski z rodzicami i młodszą siostrą mając 13 lat, w roku 1959, do Kanady, oczywiście nie znając języka ni w ząb. Rzecz jest właśnie o emigracji, różnicach kulturowych, nowym i starym języku, i jest fascynująca. Zaczyna się częścią zatytułowaną najprościej pod słońcem „Paradise”: wspomnienia z dzieciństwa, z Krakowa w latach 50-tych, i to jest tak piękny opis tego raju utraconego, że niemal na miarę Nabokova. Potem jest „Exile”, zderzenie nastolatki z nowym życiem, kulturą, językiem; zderzenie którego chyba nikomu z nas, w naszej globalnej wiosce, nie będzie już dane przeżyć z tą intensywnością… I na koniec „The New World”: opis dorosłego życia, radzenia sobie z dwujęzycznością i dwukulturowością, których przecież nie da się zapomnieć czy wykreślić z życiorysu. Tam jest parę absolutnie rewelacyjnych scen: spotkanie po wielu latach z przyjacielem z dzieciństwa, które chyba musi być zmyślone (ale ja w ogóle podejrzliwa jestem). Cudownie opisana rozmowa z rodzicami, którzy nie do końca rozumieją tę nową rzeczywistość, w jakiej żyją córki, i mimo wysiłków nie są w stanie się z nimi naprawdę porozumieć. To ponadczasowe, klasyczne pytanie
„Do you have a warm winter coat?” my mother asks.
(Od razu mi się dlaczegoś przypomina Koterski z jego matczynym „zupy zjedz, ciepła zupa, dobra, ulubiona twoja pomidorowa, zjedz ciepłej zupy”.)
W końcu masa rozważań na temat różnic między Polską a Ameryką, które są nie zawsze do końca trafne – bo mimo starań, tylko jedną kulturę naraz możemy naprawdę dogłębnie poznać, tylko w jednej naprawdę żyć (a może się mylę), i które dotyczą jednak lat 70-tych czy 80-tych, więc nieco się zdezaktualizowały, ale mimo wszystko są ciekawe. Pisze też sporo o tym, jak dochodziła do przeciwstawnych wniosków myśląc na ten sam temat w różnych językach, i to akurat wydaje mi się trochę naciągane.

Ale z kolei w bardzo piękny sposób podsumowuje istotę wewnętrznego konfliktu emigranta, i zresztą pewnie konfliktu międzypokoleniowego również: „My American friends are so many, and they share so many assumptions that are quite invisible to them, precisely because the’re shared. These are assumptions about the most fundamental human transactions, subcutaneous beliefs, which lie just below the stratum of political opinion or overt ideology: about how much „space”, physical or psychological, we need to give each other, about how much „control” is desirable, about what’s private and what’s public, about how much interest in another person’s affairs is sympathy and how much interference, about what’s a pretty face or a handsome body, about what we’re allowed to poke fun at and what we have to revere, about how much we need to hide in order to reveal ourselves. To remain outside such common agreements is to remain outside reality itself – and if I’m not to risk a mild cultural schizophrenia, I have to make a shift in the innermost ways. I have to translate myself.(…) A true translation proceeds by the motions of understanding and sympathy; it happens by slow increments, sentence by sentence, phrase by phrase.

Szalenie mnie ubawił drobny passus: „Perhaps a computer species would be more appropriate to our overpopulated world. Computer people wouldn’t have so much ego, which might have been suitable to a midsized country but loses all persuasiveness in a global village. In our new situation, they would comport themselves with less fuss and more innate dignity.” Zupełnie nie przewidziała, że ten „computer species” – czyli my, żyjący w Internecie na blogach i forach – będzie się składał WYŁĄCZNIE z ego, bo nic innego w sieci nie ma. Wielkie rozdęte bańki ego w globalnej wiosce, z praktycznie tymi samymi odnośnikami kulturowymi niezależnie od szerokości geograficznej. Ciekawa jestem, czy ona to zna i co o tym teraz myśli.

A jeszcze jest uroczy kawałek o przyjacielu Japończyku, którego irytują zupełnie inne rzeczy niż ją: na przykład nieuprzejmość sprzedawców w sklepach, to że mamroczą pod nosem i ignorują klientów! Oglądałam o tym kiedyś program we Francji – podobno właśnie Japończycy przyjeżdżający do Paryża przeżywają załamanie nerwowe z powodu niedobrej obsługi sklepowej, i trafiają do psychiatryków. Chciałabym ich zobaczyć w Polsce w latach 80-tych…

I tak dalej, mogłabym całą książkę przepisać, bo jest arcyciekawa, aż po prześliczne, głębokie w swej prostocie, pełne filozoficznej pogody ducha zdanie kończące „I am here now”. Fajnie by było się dowiedzieć, jak ją odbierają współczesne emigrantki do amerykańskiego eldorado.

Doubt

Wczoraj zasiadłam przed tv, bo reklamowali uprzednio że „Dr. House” wraca i postanowiłam w końcu zobaczyć czym się wszyscy zachwycają. Dobra, widziałam już przelotnie parę odcinków, ale jakoś mnie nie wciągnęły. Tym razem było prawie tak samo, to znaczy po pierwszym odcinku stwierdziłam, że nie rozumiem zachwytu zupełnie. Ale natychmiast potem dali drugi odcinek, i nie zdążyłam w porę sobie pójść sprzed telewizora. W ten sposób w połowie drugiego odcinka zaczęłam rozumieć o co wszystkim chodzi. A potem był jeszcze trzeci. Nie żebym od razu była zapaloną fanką niebieskich oczu House’a, ale muszę przyznać, że ma on coś w sobie, i to nawet kiedy jest zdubbingowany po francusku (przypuszczam, że w oryginale kupiłby mnie ze dwa razy prędzej). W każdym razie ten, kto wymyślił mu rekwizyt w postaci laski, miał przebłysk czystego geniuszu. Bez tej laski cały szarm lodowatego spojrzenia i wszechwiedzącej arogancji nie byłby nic wart.

A dziś byłam na filmie pt. „Doubt„, i od razu powiem, że jest on zrobiony na podstawie dramatu (znaczy sztuki, znaczy takiego czegoś, co się gra w teatrach) oraz gra w nim głównie Meryl Streep, co pewnie wystarczy, żeby jakieś 90% czytelników tu przerwało lekturę tej notki. Pozostałym mogę powiedzieć, że film jest świetny, w końcu jestem całkowicie usatysfakcjonowana pobytem w kinie, ale ja bym poszła na Meryl Streep nawet gdyby recytowała książkę telefoniczną. Zboczenie takie, każdy ma jakieś. Tu nie recytuje książki telefonicznej, za to ma cudowne wejście. Dalej jest dużo gadaniny, nic się nie dzieje, i jest naprawdę świetne zakończenie. W tym niczym, co się nie dzieje, chodzi głównie o moralność, zasady, możliwość ich łamania, cel uświęcający środki, i takie tam nudziarstwa. Bardzo podobał mi się też Philip Seymour Hoffman. Facet z taką gębą, który się uparł zostać aktorem, musi być dobrym aktorem, nie ma innej możliwości. Potem wyszłam z kina bardzo zadowolona i rzekłam do siebie z przekąsem „w sumie to mogłaś sobie przeczytać tę sztukę, nie musiałaś zaraz do kina chodzić, po co komu kino polegające na gadaniu?” i odpowiedziałam sobie logicznie „tak, ale wtedy nie zobaczyłabym Meryl Streep w tej roli”. Jest to argument ostateczny. Oraz mam jedno marzenie. Chcę zobaczyć Meryl Streep w roli babci Weatherwax. Proszę, niech ktoś machnie czarodziejską różdżką!

Historie rodzinne

Korzystając z chwilowego milczącego zawieszenia broni między nami, w ciemności auta eMowi zbiera się na zwierzenia.
– A kiedy Geraldine wyrzuciła mnie z domu – mówi ni stąd ni zowąd – matka nie chciała mnie z powrotem przyjąć…
To jest ten kawałek jego biografii, który znam tylko fragmentarycznie, więc daję się wciągnąć.
– Wiesz, byłeś już całkiem dorosły – mówię nieco złośliwie – i raczej przedtem nie pytałeś matki, czy masz zamieszkać z Geraldine, więc co się dziwisz, że musiałeś ponieść konsekwencje swoich decyzji…
Ponoszenie konsekwencji to nie jest jego mocna strona, więc się nie odzywa.
– A co właściwie matka powiedziała dokładnie? – dopytuję, bo jednak znam co nieco babcię mego dziecka, i jestem prawie pewna, że sprawa nie wyglądała tak prosto jak to przedstawia eM.
– Że nie ma miejsca. I że mam się z nią pogodzić – wydusza z siebie eM.
– No i co?
– No… pogodziłem się – przyznaje niechętnie – ale tylko na chwilę!
– Znaczy, matka miała rację – konstatuję bezlitośnie. – MOGŁEŚ się jednak pogodzić, czyli sprawa nie była beznadziejna…
eM milczy, ja i tak już wiem co było dalej: obraził się wtedy na matkę śmiertelnie, nie odzywał do niej przez całe trzy lata, dopóki ciotka go nie namówiła do zgody. Kiedy Geraldine go rzeczywiście wyrzuciła na dobre, tułał się po różnych kumplach, mieszkał nawet jakiś czas z tatusiem. Myślę, że gdyby wtedy jeszcze raz poprosił matkę, przyjęłaby go jednak z powrotem, ale oczywiście był już obrażony. No cóż.
– A w ogóle to ona się zakochała, big love, i nie zwracała na nas w ogóle uwagi – zmienia nagle front eM, któremu wyraźnie tego wieczoru zebrały się pretensje pod adresem własnej matki.
– Mhm, i dziwisz się? – nadal jestem bezlitosna. – Przypominam ci, że miała 20 lat, jak się urodziłeś, i bynajmniej nie miała łatwego życia z twoim… tatusiem. I masz jej za złe, że kiedy mając już prawie czterdziestkę i niemal dorosłe dzieci znalazła w końcu kogoś dla siebie, to skorzystała z ostatniej pewnie szansy w życiu?
– Ale on się rządził – burczy eM, który jest na przegranej pozycji i o tym wie.
– A próbowałeś kiedyś porozmawiać z matką i jakoś ułożyć wasze wzajemne stosunki? – dobijam go, chociaż znam również konkubenta matki i doskonale mogę sobie wyobrazić ich relacje. Nie było możliwości, żeby koegzystowali w pokoju, nawet gdyby pomagała im cała ekipa wyszkolonych mediatorów. eM milczy urażony, ja zaś myślę, że jego matka naprawdę zrobiła chyba wszystko co mogła, żeby jakoś wychować swoje dzieci o niełatwym charakterze, z tatusiem idiotą u boku. Że łatwo jest oceniać, trudniej zaś docenić.

Francuska poczta

łaskawa była zgubić mi od początku roku trzy przesyłki, co jest całkiem niezłym wynikiem. Muszę sprawiedliwie przyznać, że mają też dobre osiągnięcia, jeśli chodzi o odzyskiwanie tego co zgubili, bo dwie się znalazły, ale musiałam się sporo nachodzić, żeby tak się stało. Za pierwszym razem mieli otóż strajk i kazali mi przyjść nazajutrz, zaś nazajutrz nie wiedzieli co się stało z moją przesyłką, powiedzieli więc że będą szukać i zadzwonią. Po 4 dniach istotnie znaleźli i zadzwonili, całość kosztowała mnie więc tylko trzy wizyty na poczcie. Za drugim razem na pocztę nie chodziłam w ogóle, bo sprawa była beznadziejna: z zaprenumerowanej Polityki dotarła do mnie jedynie nalepka adresowa przylepiona do koperty zaadresowanej do sąsiada. Byłam naprawdę zła, ale ochłonąwszy muszę przyznać, że to się niestety może zdarzyć raz na jakiś czas, bo te nalepki z folii odlepiają się bardzo łatwo. Trzeci raz był dopiero co: czekałam mianowicie parę tygodni na przesyłkę od siostry, i w końcu zjawiło się w skrzynce awizo. Udałam się na pocztę, odstałam swoje w kolejce, a tam rzekli „nie możemy znaleźć tej przesyłki, niech pani sobie wróci do domu i zadzwoni na podany numer”. Właściwie nie wiem, czemu bez protestu sobie poszłam, podejrzewam, że byłam w szoku. Zadzwoniłam, tam podali mi inny numer, gdzie powiedzieli, że owszem oni się zajmują paczkami, ale NIE TAKIMI, podali mi kolejny numer, i tak siedemnaście razy, aż wróciłam do punktu wyjścia. Krótko mówiąc: paczki wysłanej z zagranicy, nawet w ramach Unii Europejskiej przy pomocy najzwyklejszej poczty, Francuzi nie są w stanie nijak wyśledzić na terenie swojego kraju i bezradnie odsyłają do nadawcy. Może Bruksela by się tym zajęła, bo moim zdaniem to żadnych unijnych standardów nie spełnia. Poszłam więc na pocztę jeszcze raz i zażądałam twardo, że mają mi znaleźć tę przesyłkę, bo ona tu jest i ja nie wyjdę, dopóki mi jej nie dadzą. Znaleźli, a jakże.

Podziękowawszy nadawczyni-siostrze nadmieniłam, żeby na przyszłość pisała jednak me imię i nazwisko drukowanymi literami, bo biedacy mieli problem z odczytaniem pisanego… Nie do końca mi uwierzyła, ale Państwu też to radzę, gdyby Państwo coś ekspediowali do kraju Francja, co zasadniczo jednak odradzam.

Rozmowa z pracownikiem

Szwagier mój ulubiony, kiedym się trochę użalała na swój los i niemożność dogadania się z takim jednym, opowiedział mi dykteryjkę. Mianowicie ma pracownika (ma kilku, ale na razie będzie o jednym). Pyta więc pewnego dnia tego pracownika, lat podobno czterdzieści i cztery:
– Słuchaj, a czeklistę to ty zrobiłeś? (czeklista to coś tam, co się u nich robi, aby współpracę z klientem nawiązać).
– Nie.
– No, a dlaczego? – zapytał cierpliwie szwagier.
– Nie traktuj mnie jak dziecko!
– No dobrze, czeklista w sumie nieważna, a ilu masz klientów?
– Nie wiem. Nie będę teraz liczył!
– Ale ja właśnie proszę, żebyś teraz policzył i powiedział…
– Nie traktuj mnie jak dziecko!!!
Tu już szwagier się lekuchno zirytował i wyjaśnił pracownikowi swemu, że albo robi to co do niego należy, czyli ma klientów i im sprzedaje co ma sprzedać, albo nie ma klientów lub nie umie udowodnić że ich ma, i wtedy nie ma żadnych podstaw, żeby mu wypłacić pensję, do widzenia. Podobno pracownik już po 25 minutach takiego objaśniania rzeczywistości zrozumiał i nieco zmiękł.

Różnica między mną i szwagrem polega niestety na tym, że jemu płacą (dużo) za prowadzenie takich rozmów, oraz że on ma możliwość pozbycia się pracownika, jeśli ten nie daje się przekonać do wypełniania swoich obowiązków.