O pieniądzu

Bardzo ciekawa jest rozmowa Żakowskiego z Robertem Mundellem, noblistą i ojcem euro. Proponuje on wprowadzenie jednej światowej waluty (na początek przynajmniej w Europie, Ameryce, Chinach i Japonii – Azjaci podobno są bardzo za). Bardzo trafia mi do przekonania mówiąc, że pieniądz jest jednostką, w której mierzona jest wartość rzeczy – nie można więc zmieniać jego wartości płynnie, bo to tak jakby się codziennie długość kilometra podawana w metrach zmieniała. Genialne w swej prostocie porównanie. Z drugiej strony wyobrażam sobie reakcję Anglików, gdyby mieli w końcu z ukochanego funta zrezygnować, a bardziej może jeszcze Amerykanów, którym odebrano by dolar, i dochodzę do wniosku, że do takich posunięć jeszcze ludzkość nie dojrzała. Autorzy powieści sf od dawna wprawdzie wyobrażali sobie, że w bliżej nieokreślonej przyszłości będzie jedna waluta, nikt sobie głowy nie zawracał przeliczaniem różnych walut po kursie dnia, ale to chyba jeszcze nie teraz. A szkoda.

Do pięciu razy sztuka

Jeżeli o zmroku w kraju Francja, a przynajmniej w okolicy Paryża,
szukasz dobry człowieku w nieznanej okolicy jakiejś ulicy, nazwanej nie
wiadomo czemu nazwiskiem amerykańskiego prezydenta, to bądź pewien, że
na pięć zapytanych o tę ulicę osób wszystkie pięć miło się do ciebie
uśmiechnie, gorliwie wskaże gdzie masz iść na tę ulicę, doda jeszcze
trzy szczegółowe wskazówki „żeby się pani nie zgubiła”, i zapewni że ależ to
już tam, o za właśnie tymi blokami. I ty pójdziesz za ich wskazówkami
szczęśliwa, i wcale nie znajdziesz ulicy we wskazanym miejscu, więc
znów kogoś zaczepisz, i on ci znów udzieli precyzyjnych wyczerpujących
wskazówek z uśmiechem, i tym razem będziesz już pewna, że dobrze idziesz, ale bynajmniej. A kiedy po takich pięciu razach w desperacji zadzwonisz w końcu do osoby,
z którą się na tej ulicy umówiłaś, to ona złapie się za głowę i
wykrzyknie „ależ to w ogóle nie w tym miejscu pani jest! To trzeba
zupełnie w inną stronę z metra wyjść!”. I tak to. Nie wiem do dziś, czy
te pięć osób było złośliwych, czy nie chciało się przyznać do niewiedzy
wobec obcokrajowca, czy też – i ta hipoteza mnie z niejasnych przyczyn
najbardziej przekonuje – pomyliło solidarnie prezydenta Wilsona z
Winstonem Churchillem. W końcu to prawie to samo, prawda?

Co komu zawdzięczamy

Na drugim roku studiów miałam przedmiot – powiedzmy naukę staroislandzkiego dla uproszczenia narracji. Ujrzawszy podręcznik do przedmiotu oświadczyłam „łeee, ja to się tego nie będę uczyć” dając tym samym dowód wyjątkowej głupoty. To zdecydowanie była najgłupsza rzecz jaką w życiu zrobiłam i do dziś nie mam zielonego pojęcia dlaczego. To że miałam 19 lat, też mnie nie tłumaczy. Jak już powiedziałam, tak byłam konsekwentna, bo tego to mi nigdy nie brakowało. Nie uczyłam się i już. Uczyłam się innych rzeczy, z całkiem dobrymi wynikami, i wpuścili mnie na trzeci rok pod warunkiem, że równolegle do trzeciego roku zaliczę ten staroislandzki. Nie mam pojęcia, co ja sobie wtedy myślałam, i czy cokolwiek, ale twardo nie miałam zamiaru staroislandzkiego dotykać nawet kijem. Poszłam na trzeci rok i bardzo się zdziwiłam, ponieważ się okazało, że jest… kontynuacja, mianowicie (powiedzmy) studiowanie eposów po staroislandzku, a na zaliczenie trzeba napisać fragment własnego eposu. Zamiast się wziąć do roboty i nadrobić zaległości, załamałam się już ostatecznie, na eposy przestałam chodzić i widmo wyrzucenia ze studiów (które skądinąd naprawdę lubiłam) zamajaczyło w bliskiej przyszłości. Zbliżał się koniec semestru.

I tu na scenę wkracza moja ówczesna przyjaciółka, studiująca oprócz staroislandzkiego jeszcze drugi fakultet, bardzo pracowita dziewczyna. Ona otóż zapytała o co mi właściwie chodzi, a gdy nie udzieliłam jej odpowiedzi, zaciągnęła mnie siłą do prowadzącego ćwiczenia z eposów i zaproponowała mu układ „jak ds napisze ten swój epos, to niech jej pan zaliczy ten semestr mimo braku aktywności na zajęciach”. Facet powinien był zapytać, czy adwokata sobie wynajęłam, ale chyba go jej tupet zaskoczył. Dobrze wiedział, że ja w ćwiczeniach nie uczestniczę, wiedział też że do terminu zaliczenia zostały 2 tygodnie i że to się nie da zrobić – pewnie dlatego się zgodził, unosząc z powątpiewaniem brew. Chyba ta brew mnie ruszyła, oraz fakt, że to było niemożliwe do zrobienia. Natychmiast złapałam za podręcznik do staroislandzkiego, przez następne dwa tygodnie nie jadłam i nie spałam, pisząc z zapałem epos. Był gotowy w terminie i nawet dostałam dobrą ocenę, mimo niedowierzania prowadzącego. Ja zaś zdążyłam w ciągu tego czasu bardzo polubić staroislandzki. Potem poszłam zaliczać przedmiot z drugiego roku, powiedziałam prowadzącemu „wie pan, ja byłam głupia i nie chciałam się uczyć, ale ja już zmądrzałam, umiem i lubię, może mi pan wpisać zaliczenie?” – nie uwierzył mi i sprawdził, ale to oczywiście była bułka z masłem po napisaniu eposu. I tak dzięki mojej przyjaciółce zostałam na studiach, z czego jestem bardzo zadowolona. Gdyby nie ona, prawdopodobnie to by się zupełnie inaczej skończyło i byłabym dziś całkiem gdzie indziej. Skutecznie w każdym razie mnie to wyleczyło z mówienia „nie, bo nie” oraz „nie, bo ja na pewno nie dam rady”, i przekonało że czasem warto kogoś do czegoś zmusić dla jego dobra.

Mają Państwo kogoś, komu bardzo dużo zawdzięczają w życiu? Wybór takiej, a nie innej ścieżki życiowej? Pomoc w sytuacji bez wyjścia? Czy wszystko zawsze tylko własnym sumptem?

Dwie

W metrze naprzeciw mnie siedzą dwie kobiety. Po lewej młodsza czarna, pod oknem starsza blondynka. Obie mają ściągnięte do tyłu włosy: czarne zebrane w elegancki kok, krótki siwiejący blond po prostu zaczesany do tyłu. Młodsza ma ciemne oczy starannie pomalowane na niebiesko, wyblakłe niebieskie oczy starszej nie mają żadnego makijażu. Obie mają w uszach małe kółka, młodsza srebrne z cyrkoniami, starsza proste złote. Czarna ma błyszczyk na wydatnych wargach, biała ma niepomalowane cienkie usta. Obie noszą czarne kurtki, choć ta starszej jest bardziej niekształtna i zniszczona. Obie siedzą pogrążone w myślach, ja wbijam wzrok między nie, przez chwilę marząc, żeby zaczęły ze sobą rozmawiać. Czy znalazłyby wspólny temat? Faceci, wychowanie dzieci, rosnące ceny, jak trudno jest żyć w dzisiejszych czasach? Przeczytana książka, obejrzany film, co było w telewizji? Przeszłość, przyszłość, teraźniejszość? Ale nie zaczynają rozmawiać, siedzą obok siebie obojętne, a ja wysiadam.

50 milionów rodaków

W sobotę w szpitalu napotkałam Polaków, a wczoraj wychodząc od pediatry natknęłam się w poczekalni na dziewczynkę około dwuletnią, która radośnie mówiła „bébé” pokazując na me dziecię. Jej matka przytakiwała „bébé”, ja ubierałam syna, i tak sobie koegzystowałyśmy przez chwilę, aż ja rzekłam uspokajająco
– No już, już idziemy do domu – bo syn miał już wyraźnie dość lekarza i ubierania. Na co matka zakrzyknęła
– Pani mówi po polsku!?
– No tak, co za spotkanie – uśmiechnęłam się, coś tam jeszcze sobie powiedziałyśmy, i poszłam mówiąc „do widzenia”, co strasznie dziwnie zabrzmiało w mych uszach. Dopiero potem pomyślałam, że trzeba było chwilę dłużej z nią pogadać i może telefonem się wymienić, pewnie mieszka gdzieś w pobliżu, dziecko ma, miałabym może jakąś znajomą w okolicy. Ale ja jestem kiepska w zaczepianiu ludzi tylko z tego powodu, że akurat mówimy tym samym językiem. W końcu Polaków jest na świecie z 50 milionów, i nie jest powiedziane że koniecznie z wszystkimi bym się dobrze dogadała.

Dziś w drodze do pracy ujrzałam w oknie obrośniętego pięknie dzikim winem domu zawieszonego tam pewnie od Świąt zapomnianego plastikowego Mikołaja. Mókł smutno na deszczyku wiosennym.

Polacy za granicą

Zapomniałabym odnotować, że w sobotę na ostrym dyżurze w paryskim szpitalu okulistycznym natychmiast przepuścili mnie w kolejce dwaj Polacy uzasadniając to „bo pani z dzieckiem”. Co prawda kolejki bynajmniej nie było wielkiej, ale zawsze to miły gest. Nie jestem zresztą pewna, czy pownnam była korzystać: jeden z nich miał kawałek metalu wbity w oko, a me dziecko się tylko nabawiło zapalenia spojówek jak i matka jego, i jego oczy zamieniły się w dwie niewielkie fabryki ropy. Przeszkadzało to głównie mnie, jemu dużo bardziej nie podoba się leczenie kroplami do oczu, pewnie szczypią. Ale są za to skuteczne.

Meryl

Po obejrzeniu „Wątpliwości” zaopatrzyłam się w cztery flmy, które łączy tylko osoba głównej aktorki. Oraz jeszcze to, że dwa z nich to dość znane romansidła, mianowicie „Pożegnanie z Afryką” i „Co się wydarzyło w Madison County”. Pierwszy oczywiście widziałam parokrotnie, ale dość już dawno temu, więc nagle zaskoczyło mnie że jest taki długi i rozwlekły; to jednak świetny film i bardzo go lubię. A najlepsze w nim jest to, że Karen Blixen istniała naprawdę, była zapaloną opowiadaczką i spisywaczką opowieści, i z pewnością byłaby zadowolona że zagrała ją Meryl Streep. „Madison County” byłoby natomiast chyba nie do oglądania, gdyby nie główna para. Uwielbiam obserwować jak Meryl tworzy swoją bohaterkę z drobnych gestów. I jak stoi w tej kuchni jakby w niej całe życie spędziła, nijak nie da się uwierzyć że to dekoracja filmowa. Fantastycznie było obejrzeć te dwa filmy jeden po drugim, ona nawet mówi z zupełnie innym akcentem.

A poza tym mam prawdziwy rarytas, „Kochanicę Francuza” Karela Reisza, z wiadomo kim oraz Jeremym Ironsem. Rok 1981. Widziałam ten film już kiedyś dawno temu, w londyńskiej tv, a wczoraj ponownie (i mam go teraz na własność i będę go oglądać codziennie, aha). Książka Fowlesa wydaje się absolutnie niemożliwa do sfilmowania, jest ślicznym i inteligentnym eksperymentem literackim, wiktoriańską powieścią postmodernistyczną – a to jest jedna z najlepszych ekranizacji jakiejkolwiek prozy, jaką znam. Jeśli nie najlepsza w ogóle. Scenariusz napisał Harold Pinter, i nie wiem wprawdzie czy zasłużenie dostał literackiego Nobla, natomiast pomysł, żeby równolegle do romansu filmowego pokazać związek aktorów odtwarzających te role, był zwyczajnie genialny. W tym filmie jest niemal wszystko to co w książce, i jeszcze w dodatku ładnie sfilmowane. Meryl (oraz zresztą Jeremy Irons, który też mi się zawsze podobał) ma tu pole do popisu, bo jednocześnie odtwarza tytułową Kochanicę Francuza i aktorkę ją grającą. I nie mogę pojąć jak ona to robi, że to SĄ dwie różne osoby, nawet mówiące z innym – znowu – akcentem. Teraz zostały mi jeszcze „Godziny”, ale ich się boję.