A ja

jestem dziś w pracy, i co Państwo na to? Sama w to nie wierzę. I nie wiem co się właściwie robi w pracy poza pisaniem bloga…

Ostatni raz w kwestii filmu „Slumdog Milionaire”: muszę gwoli sprawiedliwości odnotować świetny artykuł
Mroziewicza, który mi ostatecznie wyjaśnił o co chodziło i dlatego
poruszane w filmie wątki są tak istotne. Mroziewiczowi akurat święcie
wierzę jeśli chodzi o Indie, to pewnie jedyny Polak, który naprawdę je
rozumie, więc gdyby napisał, że to dobry film, to musiałabym się
pokajać. Ale tego nie napisał: żałuję więc, że nie przeczytałam raczej
książki, na której podstawie został nakręcony. W każdym razie artykuł
bardzo proszę przeczytać, bo wyjaśnia wiele.

Milk

Miałam obawy przed „Milkiem” (we Francji występującym pod tytułem „Harvey Milk”, bo inaczej nie byłoby jasne czy to nazwisko, czy może jednak niezrozumiałe słowo w zakazanym obcym języku i musieliby ten film zatytułować „Le lait”. Wyjątkowo mi się natomiast podoba tytuł polski – „Obywatel Milk„), ponieważ wyczytałam gdzieś, że dużo tam scen miłości homoseksualnej. Wprawdzie nie mam zasadniczo nic przeciw gejom, jednak bardzo wiele lat temu nie obejrzałam „Całkowitego zaćmienia” Agnieszki Holland, gdyż w momencie kiedy faceci zaczęli się całować, moja ręka sama powędrowała do wyłącznika na pilocie. Było mi wstyd z tego powodu, ale nijak nie mogłam się z ręką dogadać.
– Hej, ale od tego czasu obejrzałaś już „Brokeback Mountain” z wielkim ukontentowaniem – rzekł Głos Rozsądku w mojej głowie.
– Hmm… – odparłam ja.
– Ej, no przecież to nie będzie gejowskie porno! Najwyżej zamkniesz oczy! Podobno dobry film! Idziemy! – nadużył wykrzykników Głos Rozsądku, i poszliśmy.
I całe szczęście, że mam Głos Rozsądku, bo to naprawdę dobry film. Od razu uprzedzam, wcale nie ma tych scen co to wiecie, parę razy się faceci całują i zaraz jest zaciemnienie, nie musiałam oczu zamykać; natomiast naprawdę nie zauważyłam, kiedy mi przeleciały bite dwie godziny, i to mimo że od początku wiadomo co się wydarzy. A wręcz mam niedosyt. Narracja jest bardzo klasyczna, jako ramówka występuje Milk, który siedzi na krześle i nagrywa swoje wspomnienia, co pozwala bardzo zgrabnie połączyć wątki i wprowadzić różne nazwiska, tak że widz się nie ma prawa zgubić w akcji. Fantastycznie im wyszło pokazanie, jak Harvey staje się politykiem, zaczynając po prostu od lokalnej walki o swoje prawa. Może ociupinę zbyt hagiograficznie i hurraoptymistycznie, ale to i tak niezły film. Rewelacyjne jest zderzenie działaczy gejowskich z tymi, co są przeciw homoseksualistom i powołują się głównie na Boga i Rodzinę. Szalenie jestem ciekawa swoją drogą, czy pokażą ten film w Polsce, i jakie będą reakcje. Trochę się też zakłopotałam, kiedy Harvey namawiał swoich kumpli do powszechnego coming outu, żeby normalni ludzie zobaczyli, że każdy z nich zna jakiegoś geja, i że oni nie gryzą. Powinno to być prawdą ze statystycznego punktu widzenia, ale ja jakoś osobiście nie znam żadnego, lub raczej nic o tym nie wiem. To znaczy jednego owszem znałam, ale parę lat temu umarł na AIDS, bardzo młodo zresztą. Żywego nie znam. Może powinnam dać jakieś ogłoszenie „żywego geja poznam, żeby nadążać za duchem czasu”. Tak czy owak, abstrahując od głównej tematyki – ja mam nadzieję, że ten kto będzie robił film o Wałęsie, zobaczy najpierw „Milka”, bo jest on świetnym przykładem, jak zrobić dobre kino biograficzne, wciągające i dynamiczne.

Trzynastego

W piątek trzynastego wsiadłam w linię metra numer trzynaście i udałam się nią do konsulatu polskiego, gdzie odebrałam nowy świeży pachnący (dobra, rozpędziłam się trochę, nie wąchałam go) akt urodzenia mego syna, obywatela polskiego. Nie jestem wprawdzie absolutnie przekonana, czy państwo polskie zasłużyło sobie na tak wspaniałego nowego obywatela, ale złóżmy to na karb mej wspaniałomyślności. Odnotujmy w dodatku, że metro nie miało awarii, konsulat był czynny, kolejki nie było, panienka w okienku była miła, świeciło słońce, mój hormon tarczycy okazał się być w samym środku normy, a potem obejrzałam „Harvey Milk” i z tego też jestem zadowolona, o czym nie omieszkam napisać oddzielnie.

W metrze niedawno wprowadzili nowe naklejki na szyby, w formie okrągłych radośnie tęczowych baloników z dziobkiem, że niby dymki komiksowe. I te dymki przyjaznymi białymi literami bez kantów głoszą w pierwszej osobie liczby pojedynczej mądrości w stylu „Odsuwam się od drzwi po sygnale dźwiękowym” czy „przygotowanie swojego wyjścia ułatwia wysiadanie” (ja przepraszam, ale w oryginale to brzmi równie bezsensownie). Jest to ten typ komunikatu, który na pewno został opracowany przez sztab dobrze opłacanych psychologów, i który w każdym chyba normalnym człowieku budzi nieprzepartą ochotę, aby postąpić dokładnie odwrotnie niż to, co jest napisane. Albo chociaż powiedzieć „baloniku, rób sobie co chcesz, a ode mnie się odczep, ty baloniku ty”. Albo przynajmniej wziąć dużą szpilkę i balonik znienacka przekłuć. Tęczowe baloniki są zawsze czyste, porządne, uprzejme i grzeczne, zawsze wiedzą co należy zrobić, nie śmiecą, nie utrudniają innym życia, nigdy się nie upijają, nie zakochują nieszczęśliwie, nie blokują drzwi w metrze, nie błądzą i niczego nie gubią. Na pohybel tęczowym balonikom!

Bajka o udawaniu

Dawno, dawno temu było sobie pewne forum. Dość zamknięte i nadzorowane, może nie bardzo ściśle, ale jednak. Ze względu na tematykę bywali tam głównie faceci (jednym z nielicznych wyjątków byłam oczywiście ja). Pewnego dnia pojawiła się tam nowa dziewczyna, powiedzmy Ewa, młoda, wolna, swawolna i frywolna. Pisywała sobie różne lekko prowokujące rzeczy. Starzy bywalcy oczywiście zaczęli się wirtualnie ślinić oraz poddawać w wątpliwość istnienie takiej Ewy. Wtedy jeden z nich, nazwijmy go Adam, rzekł, że właśnie się wybiera w interesach do jej miasta, to się z nią spotka. Faktycznie się spotkali, napisali na ten temat parę słów, że było fajnie, i nikt już w Ewę nie wątpił. Z jakichś przyczyn, których nie pamiętam za dobrze, rzeczona Ewa zaczęła mnie zagadywać na gg. Zdaje się, że tylu tam facetów i że dziwnie ją traktują, a co ja o tym myślę. Od słowa do słowa, ucinałyśmy sobie rozmaite pogawędki, nie żeby jakieś bardzo wylewne, bo ja nie jestem specjalnie skora do zwierzeń, ale skoro zagadywała, to uprzejmie odpowiadałam. I nagle pewnego razu przy jakiejś zupełnie niewinnej rozmowie – ona miała iść na jakiś ślub czy inną imprezę, ja pytałam czy ma już sukienkę i jaką – zdaje się że szczegóły sukienki ją przerosły. Nagle się przyznała, że wcale nie jest Ewą. Jest Adamem. Tym, który się rzekomo z Ewą spotkał. Wszystko to sobie zmyślił, żeby Ewie nadać pozór istnienia. Muszę przyznać, że zaniemówiłam, bo po akcji ze spotkaniem nie przyszło mi już do głowy, żeby w jej istnienie wątpić. Nie zareagowałam chyba na to jakoś gwałtownie, bo Adam potem jeszcze wydzwaniał do mnie (zdaje się, że numer w dobrej wierze podałam jeszcze Ewie) oczekując zrozumienia, ale ostatecznie spławiłam go i tak to się skończyło. Trzeba przyznać, że nieźle to sobie wymyślił, i ciekawe gdzie teraz w wirtualnym świecie przebywa…

Osobiście odczuwałam nieraz pokusę – pewnie jak każdy – żeby wykorzystać Internet do pobycia kim innym niż ja. Za każdym razem poprzestawałam jednak na pierwszej myśli, bo zwyczajnie jestem za leniwa, żeby zmyślać jakieś historie mające pozory prawdopodobieństwa, i jeszcze je pamiętać. Poza tym zawsze brakowało mi celu. Kusiło mnie wprawdzie stworzenie faceta, który zapisałby się na jakiś portal randkowy i uwodził tam dziewczyny, żeby sprawdzić czy jakaś laska da się nabrać, ale to nie było jednak wystarczająca motywacja. W dodatku przemyślawszy sprawę doszłam do wniosku, że musiałabym przecież stworzyć osobę lepszą od siebie – bez sensu byłoby tworzyć gorszą albo taką samą. I jakbym już się przyzwyczaiła do tej lepszej osoby, która miałaby wszystko to, czego ja nie mam, to mogłabym następnie mieć problem z własną swoją osobą i skrzeczącą rzeczywistością. W ten sposób nigdy nikogo nie udawałam i może trochę szkoda.

A Państwo – udawali kiedyś kogoś? Wiem, że żądać takich zwierzeń w komentarzach to lekka przesada, z przyjemnością przyjmę więc ewentualne opowieści na mail, a dyskrecję gwarantuję. Zwłaszcza jeśli któraś z Pań udawała kiedyś faceta na portalu randkowym – nie bardzo wierzę, że nikt nigdy tego nie zrobił…

Dlaczego kocham moją lekarkę

Nabawiłam się zapalenia spojówek. Prawdę mówiąc nabawił go mnie zapewne eM, który w piątkową noc pojechał na ostry dyżur okulistyczny i w sobotę miał już zestaw antybiotyków, ja zaś w sobotę wieczorem nagle odkryłam, że me oczy przybrały niezwykle atrakcyjny czerwony kolor. To jest, atrakcyjny wyłącznie gdybym była białą króliczycą, a obejrzawszy się w lustrze nie stwierdziłam aż tak daleko idącej przemiany, a może szkoda. eM zaoferował uprzejmie, że mnie zawiezie na ostry dyżur, ale odparłam, że nie jestem przecież facetem i naprawdę mogę poczekać do poniedziałku. W poniedziałek zadzwoniłam do mego okulisty, który zaproponował mi kwiecień.
– I ja do kwietnia mam chodzić z czerwonymi oczami, co z nich ropa cieknie strumieniem? – nieco przesadziłam, ale tylko nieco.
– Yyyyy…  ale co ja mogę… A widziała się pani już ze swoim généraliste?
 Nie widziałam, gdyż ja jestem z Polski i z zapaleniem spojówek chodzę raczej do okulisty, a nie do internisty, ale cóż czynić, zadzwoniłam do mojej lekarki i pożaliłam się na oczy, okulistów i zły świat.
– Ale ja dziś wieczorem mam już komplet… – zatroskała się ona. – A nie mogłaby pani przyjść natychmiast?
No ba, pewnie że mogłam przyjść natychmiast, okazać oczy i dostać antybiotyk. To jest drugi raz w tym roku, kiedy ją tak naszłam z zaskoczenia, poza godzinami wizyt, i naprawdę muszę jej kiedyś wyznać, jak bardzo ją kocham, za kompetencję i życzliwość, a poza tym jest jeszcze ładna, miła i uśmiechnięta. I ma gabinet za rogiem. Oczy dzisiaj miewają się już lepiej, o czym świadczy fakt, że piszę tę notkę.

Fajny film, a nawet dwa

Zobaczyłam trailera „Miss Pettigrew” i od razu wiedziałam, że MUSZĘ to zobaczyć. Banalne, przewidywalne, leciutkie jak pianka na kawie, ale wiecie – romantyczna komedia o ubogiej starzejącej się angielskiej guwernantce w przededniu I Wojny Światowej to jest mój rodzaj rozrywki, bardzo mi przykro. Bardzo brytyjski humor, choć to jest film z serii „ZUZ”: zobaczyć, uśmiechnąć się, zapomnieć. Natomiast bardzo pozytywnie zaskoczył mnie „Last Chance Harvey” (po francusku nazywa się „Last Chance for Love”, po FRANCUSKU to jest, podkreślam. Obstawiam, że polski tytuł będzie brzmiał „Ostatni poryw serca”, ewentualnie „Ostatni raz Love”). Poszłam, bo jednak duet Dustin Hoffman i Emma Thompson nie trafia się codziennie i kto wie czy jeszcze będziemy mieli szansę ich razem zobaczyć. Przed filmem się trochę zakłopotałam, gdyż wyraźnie zaniżałam średnią wieku na sali kinowej, ale jakieś dziesięć sekund przed zgaszeniem świateł wszedł jakiś odziany w czarną skórę z białym kaskiem w ręku. Zachodzę w głowę co tam robił, pewnie banalnie pomylił tytuły, ewentualnie jest zawodowym recenzentem. Dobra, wracając do filmu: to jest oczywiście tylko lekka komedia melodramatyczna o Amerykaninie w Londynie, ale jest momentami naprawdę zabawna, i to według moich kryteriów, co na tym świecie nie zdarza się często. Mnie bawił szczególnie uroczy motyw nowego sąsiada matki Emmy, który jest rzekomo Polakiem ( i grilluje, bo „to ich narodowy zwyczaj” jak stwierdza ona surowo), a którego ona podejrzewa o bycie mordercą. Nie wiem czemu nikogo na sali kinowej nie śmieszyło to tak bardzo jak mnie, ale reszta też znalazła sobie powody do śmiechu. I ten duet aktorski – powiadam Państwu, że dla nich jednak warto obejrzeć ten urokliwy ciepły filmik, zwłaszcza jeśli jest się kobietą po trzydziestce. Poza tym ja akurat utożsamiam się całkowicie z Emmą Thompson i jestem w zaszokowanym zachwycie, że ktoś zrobił film o mnie. A Dustin jest od niej oczywiście niższy o dobre 10 cm, nawet jak Emma zdejmuje buty na obcasach – i nikomu to nie przeszkadza, ani nie cudują z ujęciami żeby mu dodać wzrostu, co też mnie bardzo ujęło.

Oficjalne rozdwojenie jaźni

Coraz częściej zdarza mi się kasować rozpoczęte notki, zamieszczać tu notki niewidoczne, lub żałować, że coś jednak napisałam. Nadszedł więc czas, żebym dokonała oficjalnego rozdwojenia jaźni i założyła drugi blog, przeznaczony wyłącznie na prywatne pranie brudów. Proszę się nie niepokoić: tu zostanie w zasadzie jak jest, będą notki o książkach, filmach i innych obserwacjach z życia codziennego, oddalone nieco od spraw osobistych. Podejrzewam, że na tym rozwiązaniu skorzystają wszyscy.

Dla zainteresowanych lekturą drugiego bloga, w kwestii organizacyjnej: osoby, które znam co najmniej korespondencyjnie, proszę o kontakt w dowolny sposób. Osoby, które znam wyłącznie z komentarzy na blogu, proszę o pozostawienie swego adresu w komentarzu pod tą notką (można stosować pułapki antyspamowe, dam sobie radę). Ewentualnych milczących czytelników serdecznie zapraszam do pozostania tutaj.

Jak się kąpać, to tylko w wannie

Powiadam Państwu, że nie ma to jak wybrać się w niedzielę rano na basen i odkryć, że basen jest nieczynny. Samo poranne wstawanie nawet w niedzielę nie sprawia mi wprawdzie problemu od kiedy mam dziecko, ale żeby iść popływać, to trzeba się jeszcze zebrać w sobie, podjąć decyzję, spakować rzeczy, wyjść z domu, dojść na basen, a na miejscu natknąć się na tłumek zdezorientowanych ludzi przekazujących sobie informację
– Nie otworzyli basenu, bo maître nageur (dosłownie mistrz pływacki, a chodzi o jakiegoś głównego ratownika) nie przyszedł, i nie ma od niego żadnej informacji…
Pokręciłam się chwilę w hallu i poszłam jak niepyszna, bo co było czynić. W domu eM, któremu złożyłam zażalenie na organizację francuskich basenów, oznajmił
– Ale co się dziwisz, to jest publiczna funkcja… – i wszystko jasne.

Nie mogę się w żaden sposób pogodzić z zachwytami nad „Slumdog millionaire”, a zachwycają się już prawie wszyscy łącznie z recenzentami Polityki. To jest pierwszy raz w moim życiu, kiedy mam tak diamentralnie różną opinię od ogółu, bo do tej pory stwierdzałam „to dzieło mi się osobiście nie podoba, ale nie jest złe, i coś ma w sobie”. A tym razem jestem absolutnie pewna, że ten film jest naprawdę zły. ZŁY. Mogę się jeszcze zgodzić, że zdjęcia i montaż są dobre, natomiast historia jest obrzydliwie melodramatyczna (i to słowo naprawdę nie oznacza „baśniowa”, ustalmy), grafomańska na miarę Janusza Leona (notabene jeżeli „Slumdog” jest taki świetny, to ja proszę 10 Oscarów dla „Samotności w sieci” plus Nobla literackiego raz). Mogę nawet nie polemizować na temat przesłania, które jest wybitne idiotyczne, ale to kwestia tego, czy ktoś święcie wierzy w Przeznaczenie – ale na litość boską, to przesłanie już nawet nie jest do głowy wbijane łopatologicznie. Powiedzieć tak to byłaby obraza dla łopaty. Ono jest wbijane przy pomocy kafara i napisane wielkimi literami dla niekumatych Amerykanów, aby im przypadkiem głębia obrazu nie umknęła. Zachwyt niekumatych Amerykanów mogę w takim razie jeszcze zrozumieć, ale co w ich gronie robią szacowni recenzenci Polityki? Jeszcze mi się nie udało sobie wmówić, że zostali przekupieni, choć dokładam starań.