„Tutaj”

Mogę sobie narzekać tu na moją ciocię, co już nieraz czyniłam w mniej lub bardziej zawoalowanej formie, ale prawda jest też taka, że z całej mojej rodziny tylko ona wpada na pomysł, żeby bez pytania i zbędnych słów wysłać mi nowy tomik Szymborskiej. Na emigracji rzecz bezcenna. A wiersze świetne. Wprawdzie pozostanę już chyba na zawsze wielbicielką Herberta, ale z wiekiem coraz bardziej doceniam dar obserwacji Szymborskiej i jej nieustannie lekko zadziwiony dystans do świata.

W windzie

Jadąca ze mną windą starsza pani odezwała się z uśmiechem
– Ale pani to nie jest Francuzką…
– No nie, a po czym pani wnosi? – zainteresowałam się, bo wprawdzie do syna przemawiam faktycznie w języku ojczystym, ale mruczałam mu raczej akurat nad łepetyną jakieś onomatopeje, z których niekoniecznie dałoby się w ciągu paru minut oczekiwania na windę wywnioskować narodowość.
– A bo jak czekałyśmy na windę, to pani mu dała chyba z pięć buziaków – uśmiechnęła się jeszcze szerzej współpasażerka. Winda dojechała na moje piętro i nie zdążyłam już zapytać, czy Francuzki nie całują swoich dzieci. Jeszcze mnie tu o molestowanie niedługo oskarżą…

Livret de famille, czyli z życia wzięte

We Francji podstawowym dokumentem posiadacza rodziny jest livret de famille, czyli wąska czerwona książeczka zawierająca na paru stronach informacje, że pan taki a taki oraz pani taka a taka mają dzieci, które posiadają imiona, nazwiska i daty urodzenia. Wszystko opatrzone pieczątkami i podpisami, aby odpowiednią moc urzędową miało. W moim livret de famille matka rodziny (znaczy ja) nie jest wcale wpisana na przynależnej jej stronie, jeno kawałek dalej, małymi literami gdzieś w kącie. Jak poszłam na mairie domagać się wyjaśnienia, dlaczego mnie tak potraktowali, to miła pani odparła uprzejmie
– A bo pani nie ma obywatelstwa francuskiego. Jak pani będzie miała, to pani przyjdzie i panią wpiszemy.
Zatkało mnie na tyle, że nawet nie oznajmiłam, że może ja wcale nie chcę ich… łaskawego obywatelstwa, i że to jest dyskryminacja i że pójdę z tym do Strasburga.

To było w każdym razie tytułem wprowadzenia, a teraz historia właściwa.
– A ile Danielle ma właściwie dzieci? – zainteresowałam się wczoraj wieczorem potomstwem naszej sąsiadki, która jest bardzo miłą kilkukrotną już babcią, ale eM właśnie coś wspomniał o jakiejś kolejnej jej córce, której istnienia nie byłam świadoma.
– Dwie córki z pierwszym mężem, i syna z drugim – poinformował mnie szczegółowo eM
– Aha – to mi wystarczyło, ale on ciągnął dalej.
– A ojciec tego jej syna to ma chyba ze czterech synów…
– Z iloma kobietami? – moja ciekawość nagle się obudziła.
– Hmm… dwóch z pierwszą żoną, jednego z Danielle, i potem jeszcze jednego z tą obecną… – szybko policzył eM.
– A dlaczego oni się właściwie z Danielle rozstali? – ciekawość nadal mną rządziła.
– Się nie rozstali, tylko on ją zdradzał, a Danielle nic nie wiedziała – nie wiem skąd znał takie szczegóły eM.
– A to jak się dowiedziała? – domagałam się więcej szczegółów.
– Nowy livret de famille przyszedł pocztą na adres domowy…
No. To się nazywa prawdziwy mężczyzna, nie?

A ja

jestem dziś w pracy, i co Państwo na to? Sama w to nie wierzę. I nie wiem co się właściwie robi w pracy poza pisaniem bloga…

Ostatni raz w kwestii filmu „Slumdog Milionaire”: muszę gwoli sprawiedliwości odnotować świetny artykuł
Mroziewicza, który mi ostatecznie wyjaśnił o co chodziło i dlatego
poruszane w filmie wątki są tak istotne. Mroziewiczowi akurat święcie
wierzę jeśli chodzi o Indie, to pewnie jedyny Polak, który naprawdę je
rozumie, więc gdyby napisał, że to dobry film, to musiałabym się
pokajać. Ale tego nie napisał: żałuję więc, że nie przeczytałam raczej
książki, na której podstawie został nakręcony. W każdym razie artykuł
bardzo proszę przeczytać, bo wyjaśnia wiele.

Milk

Miałam obawy przed „Milkiem” (we Francji występującym pod tytułem „Harvey Milk”, bo inaczej nie byłoby jasne czy to nazwisko, czy może jednak niezrozumiałe słowo w zakazanym obcym języku i musieliby ten film zatytułować „Le lait”. Wyjątkowo mi się natomiast podoba tytuł polski – „Obywatel Milk„), ponieważ wyczytałam gdzieś, że dużo tam scen miłości homoseksualnej. Wprawdzie nie mam zasadniczo nic przeciw gejom, jednak bardzo wiele lat temu nie obejrzałam „Całkowitego zaćmienia” Agnieszki Holland, gdyż w momencie kiedy faceci zaczęli się całować, moja ręka sama powędrowała do wyłącznika na pilocie. Było mi wstyd z tego powodu, ale nijak nie mogłam się z ręką dogadać.
– Hej, ale od tego czasu obejrzałaś już „Brokeback Mountain” z wielkim ukontentowaniem – rzekł Głos Rozsądku w mojej głowie.
– Hmm… – odparłam ja.
– Ej, no przecież to nie będzie gejowskie porno! Najwyżej zamkniesz oczy! Podobno dobry film! Idziemy! – nadużył wykrzykników Głos Rozsądku, i poszliśmy.
I całe szczęście, że mam Głos Rozsądku, bo to naprawdę dobry film. Od razu uprzedzam, wcale nie ma tych scen co to wiecie, parę razy się faceci całują i zaraz jest zaciemnienie, nie musiałam oczu zamykać; natomiast naprawdę nie zauważyłam, kiedy mi przeleciały bite dwie godziny, i to mimo że od początku wiadomo co się wydarzy. A wręcz mam niedosyt. Narracja jest bardzo klasyczna, jako ramówka występuje Milk, który siedzi na krześle i nagrywa swoje wspomnienia, co pozwala bardzo zgrabnie połączyć wątki i wprowadzić różne nazwiska, tak że widz się nie ma prawa zgubić w akcji. Fantastycznie im wyszło pokazanie, jak Harvey staje się politykiem, zaczynając po prostu od lokalnej walki o swoje prawa. Może ociupinę zbyt hagiograficznie i hurraoptymistycznie, ale to i tak niezły film. Rewelacyjne jest zderzenie działaczy gejowskich z tymi, co są przeciw homoseksualistom i powołują się głównie na Boga i Rodzinę. Szalenie jestem ciekawa swoją drogą, czy pokażą ten film w Polsce, i jakie będą reakcje. Trochę się też zakłopotałam, kiedy Harvey namawiał swoich kumpli do powszechnego coming outu, żeby normalni ludzie zobaczyli, że każdy z nich zna jakiegoś geja, i że oni nie gryzą. Powinno to być prawdą ze statystycznego punktu widzenia, ale ja jakoś osobiście nie znam żadnego, lub raczej nic o tym nie wiem. To znaczy jednego owszem znałam, ale parę lat temu umarł na AIDS, bardzo młodo zresztą. Żywego nie znam. Może powinnam dać jakieś ogłoszenie „żywego geja poznam, żeby nadążać za duchem czasu”. Tak czy owak, abstrahując od głównej tematyki – ja mam nadzieję, że ten kto będzie robił film o Wałęsie, zobaczy najpierw „Milka”, bo jest on świetnym przykładem, jak zrobić dobre kino biograficzne, wciągające i dynamiczne.

Trzynastego

W piątek trzynastego wsiadłam w linię metra numer trzynaście i udałam się nią do konsulatu polskiego, gdzie odebrałam nowy świeży pachnący (dobra, rozpędziłam się trochę, nie wąchałam go) akt urodzenia mego syna, obywatela polskiego. Nie jestem wprawdzie absolutnie przekonana, czy państwo polskie zasłużyło sobie na tak wspaniałego nowego obywatela, ale złóżmy to na karb mej wspaniałomyślności. Odnotujmy w dodatku, że metro nie miało awarii, konsulat był czynny, kolejki nie było, panienka w okienku była miła, świeciło słońce, mój hormon tarczycy okazał się być w samym środku normy, a potem obejrzałam „Harvey Milk” i z tego też jestem zadowolona, o czym nie omieszkam napisać oddzielnie.

W metrze niedawno wprowadzili nowe naklejki na szyby, w formie okrągłych radośnie tęczowych baloników z dziobkiem, że niby dymki komiksowe. I te dymki przyjaznymi białymi literami bez kantów głoszą w pierwszej osobie liczby pojedynczej mądrości w stylu „Odsuwam się od drzwi po sygnale dźwiękowym” czy „przygotowanie swojego wyjścia ułatwia wysiadanie” (ja przepraszam, ale w oryginale to brzmi równie bezsensownie). Jest to ten typ komunikatu, który na pewno został opracowany przez sztab dobrze opłacanych psychologów, i który w każdym chyba normalnym człowieku budzi nieprzepartą ochotę, aby postąpić dokładnie odwrotnie niż to, co jest napisane. Albo chociaż powiedzieć „baloniku, rób sobie co chcesz, a ode mnie się odczep, ty baloniku ty”. Albo przynajmniej wziąć dużą szpilkę i balonik znienacka przekłuć. Tęczowe baloniki są zawsze czyste, porządne, uprzejme i grzeczne, zawsze wiedzą co należy zrobić, nie śmiecą, nie utrudniają innym życia, nigdy się nie upijają, nie zakochują nieszczęśliwie, nie blokują drzwi w metrze, nie błądzą i niczego nie gubią. Na pohybel tęczowym balonikom!

Bajka o udawaniu

Dawno, dawno temu było sobie pewne forum. Dość zamknięte i nadzorowane, może nie bardzo ściśle, ale jednak. Ze względu na tematykę bywali tam głównie faceci (jednym z nielicznych wyjątków byłam oczywiście ja). Pewnego dnia pojawiła się tam nowa dziewczyna, powiedzmy Ewa, młoda, wolna, swawolna i frywolna. Pisywała sobie różne lekko prowokujące rzeczy. Starzy bywalcy oczywiście zaczęli się wirtualnie ślinić oraz poddawać w wątpliwość istnienie takiej Ewy. Wtedy jeden z nich, nazwijmy go Adam, rzekł, że właśnie się wybiera w interesach do jej miasta, to się z nią spotka. Faktycznie się spotkali, napisali na ten temat parę słów, że było fajnie, i nikt już w Ewę nie wątpił. Z jakichś przyczyn, których nie pamiętam za dobrze, rzeczona Ewa zaczęła mnie zagadywać na gg. Zdaje się, że tylu tam facetów i że dziwnie ją traktują, a co ja o tym myślę. Od słowa do słowa, ucinałyśmy sobie rozmaite pogawędki, nie żeby jakieś bardzo wylewne, bo ja nie jestem specjalnie skora do zwierzeń, ale skoro zagadywała, to uprzejmie odpowiadałam. I nagle pewnego razu przy jakiejś zupełnie niewinnej rozmowie – ona miała iść na jakiś ślub czy inną imprezę, ja pytałam czy ma już sukienkę i jaką – zdaje się że szczegóły sukienki ją przerosły. Nagle się przyznała, że wcale nie jest Ewą. Jest Adamem. Tym, który się rzekomo z Ewą spotkał. Wszystko to sobie zmyślił, żeby Ewie nadać pozór istnienia. Muszę przyznać, że zaniemówiłam, bo po akcji ze spotkaniem nie przyszło mi już do głowy, żeby w jej istnienie wątpić. Nie zareagowałam chyba na to jakoś gwałtownie, bo Adam potem jeszcze wydzwaniał do mnie (zdaje się, że numer w dobrej wierze podałam jeszcze Ewie) oczekując zrozumienia, ale ostatecznie spławiłam go i tak to się skończyło. Trzeba przyznać, że nieźle to sobie wymyślił, i ciekawe gdzie teraz w wirtualnym świecie przebywa…

Osobiście odczuwałam nieraz pokusę – pewnie jak każdy – żeby wykorzystać Internet do pobycia kim innym niż ja. Za każdym razem poprzestawałam jednak na pierwszej myśli, bo zwyczajnie jestem za leniwa, żeby zmyślać jakieś historie mające pozory prawdopodobieństwa, i jeszcze je pamiętać. Poza tym zawsze brakowało mi celu. Kusiło mnie wprawdzie stworzenie faceta, który zapisałby się na jakiś portal randkowy i uwodził tam dziewczyny, żeby sprawdzić czy jakaś laska da się nabrać, ale to nie było jednak wystarczająca motywacja. W dodatku przemyślawszy sprawę doszłam do wniosku, że musiałabym przecież stworzyć osobę lepszą od siebie – bez sensu byłoby tworzyć gorszą albo taką samą. I jakbym już się przyzwyczaiła do tej lepszej osoby, która miałaby wszystko to, czego ja nie mam, to mogłabym następnie mieć problem z własną swoją osobą i skrzeczącą rzeczywistością. W ten sposób nigdy nikogo nie udawałam i może trochę szkoda.

A Państwo – udawali kiedyś kogoś? Wiem, że żądać takich zwierzeń w komentarzach to lekka przesada, z przyjemnością przyjmę więc ewentualne opowieści na mail, a dyskrecję gwarantuję. Zwłaszcza jeśli któraś z Pań udawała kiedyś faceta na portalu randkowym – nie bardzo wierzę, że nikt nigdy tego nie zrobił…