Jak DS mózg trenuje

Na moją konsolę Nintendo DS (nomen omen) mam drugą część „treningu mózgu” (po angielsku nazywa się to „Brain Age„, w Polsce chyba nie występuje). Pierwszą dostałam razem z konsolą i trenowałam zawzięcie dopóki mi się nie znudziło, co nastąpiło dość szybko, ale ta druga jest fajniejsza. Ze szczególną pasją robię ćwiczenie, w którym dwie albo trzy osoby wypowiadają jednocześnie różne słowa, i wszystkie należy zidentyfikować i zapisać. Już pal diabli trenowanie mego organu szumnie zwanego mózgiem, ale natychmiast uznałam, że to ćwiczenie jest niezłe na mój francuski. Słowo, bywa że w ogóle mi nieznane, należy po pierwsze usłyszeć, po drugie poprawnie zapisać, co po francusku wcale nie jest bułką z masłem, a najwięcej punktów się otrzymuje za wykonanie tego po pierwszym odsłuchaniu (odsłuchać można pięć razy, a potem już tylko się poddać). Dumna jestem z siebie, że uzyskuję zazwyczaj około 80 punktów na 100 możliwych.

Drugim ćwiczeniem, które gorąco uwielbiam, i robię je na ogół kilkanaście razy w kółko wbrew protestom konsoli, jest Meloman. Konsola zapewnia fragment klawiatury pianina oraz nuty i podkład muzyczny, my zaś musimy odegrać to co jest w nutach, nie myląc się i trzymając rytm. Tu uzyskuję notorycznie co najmniej 95 na 100, albo i 100 na 100, ale to jest oszustwo, bo ja uczyłam się grać na pianinie, fakt że było to dawno, krótko i nieprawda. Dobór melodii jest dość frapujący, są tu bowiem jakieś ludowe piosenki anglosaskie, fragment „Ody do radości” czy… „Kalinka” (tę lubię szczególnie). I w końcu jest ćwiczenie, które doprowadzało mnie na początku prawie do płaczu – są mianowicie pokazane tarcze zegarów cyfrowych albo klasycznych z zaznaczoną jedną godziną, tarcze są obrócone (lustrzane odbicia też są dopuszczalne) i należy z tego błyskawicznie wywnioskować, która godzina jest pokazana. Może to brzmi banalnie, ale jest straszne: dość powiedzieć, że jeszcze ani razu nie udało mi się wykonać tego ćwiczenia bezbłędnie. Na początku moje wyniki w ogóle nie mieściły się w przewidzianej skali, teraz osiągam rezultat na poziomie 4 w skali sześciostopniowej, ale uparłam się, że ja to jeszcze poprawię.

Grafomania na temat miesięcy oraz przemijania

Wystawiam twarz do słońca i gorąco pragnę zatrzymać czas. Żeby tak już zawsze był koniec kwietnia: wybuch zieloności wszędzie, kwitnące kasztany, łagodna pieszczota promieni słonecznych. Rozkoszna jest świadomość, że przed nami jeszcze ciągle wydłużające się dni, jeszcze kilka miesięcy porannego słońca za oknem i długich ciepłych wieczorów. Żeby tak już zawsze był koniec kwietnia – bo w maju to już właściwie czerwiec, a w czerwcu to już męczące upały, żółknące liście, a w lipcu jeszcze gorsze upały i jeszcze bardziej pożółkła trawa, a w sierpniu to już właściwie jesień i robi się coraz chłodniej i dni znowu coraz krótsze, a wrzesień to prawie to samo co październik, a październik, listopad i grudzień natychmiast mnie załamują swoją potrójną nieuchronnością. A potem nagle styczeń i rok 2010, jakkolwiek trudno w to uwierzyć. Tak oto nasze nowe piękne świeże tysiąclecie już dziesiąte urodziny będzie obchodzić?

Récapitulatif

Po trzech latach ciągle nie zaakceptowałam zwyczaju całowania się z obcymi ludźmi na powitanie, nieważna płeć; a już osobliwie z takimi, co palą dwie paczki gitane’ów dziennie, a myją się zgoła rzadziej. Jestem jednak jasnoskórą, zimnolubną, wąskonosą córą Północy („kurs kompasowy 0, tak trzymać”), zachowującą odpowiedni dystans do bliźnich swych w rozumie. Musi się coś z tego odmalowywać w mych szeroko otwartych wypełnionych nieopanowanym przerażeniem oczach, bo nawet jak kto ten błąd z rozpędu popełni i ochoczo zbliży się do mnie z ustami w dzióbek, to więcej już go nie powtarza. Co tam o mnie w kuluarach gadają, to już ich problem.

Po trzech latach odkryłam znienacka, że metro linii 1 bierze dwa niewiarygodne zakręty i zatrzymuje się na stacji Bastille, ona umieszczona jest na moście, a w dole widać Sekwanę, na której srebrzy się poranne słońce. Ściany stacji są wykafelkowane, a na nich wymalowany fresk historyczny. Drobny codzienny prezent w drodze do pracy.

Po trzech latach nie przywykłam jeszcze do potwornego tłumu ludzi przelewającego się codziennie przez stację Chatelet. Dwa ruchome chodniki biegnące w jedną stronę, jeden w drugą, i na tym wszystkim urzeczywistniony koszmar mizantropa: płynąca rzeka ludzi we wszystkich możliwych kolorach i rozmiarach. Porywa mnie i unosi ze sobą. Zawsze się zastanawiam co by było, gdybym się tam niezdarnie potknęła i upadła. Pewnie jak w finale „Pachnidła”, z całkiem solidnej baby zostałyby tylko wdeptane w podłogę strzępki ubrania. Absurdalna wizja, a jednak tam wydaje się jedyną możliwą.

O tym, o czym się nie da

W soboty wstaję teraz rano. Trochę później siadam na brzegu basenu z
kolanami pod brodą i usiłuję uwierzyć, że pluskające się tam w
ramionach swego ojca dziecko to naprawdę mój syn. Mój syn. Największy
codzienny mały cud, nieustanne zadziwienie: że jest. Że skądś się
wziął. Że rośnie. Że nagle umie rzeczy, których wczoraj nie potrafił.
Jakieś pół miliarda kobiet dzieli ze mną przekonanie o absolutnej
wyjątkowości tego, co nam się zdarza, i wszystkie mamy rację. Zupełnie
inaczej wraca się teraz z pracy do jego ciepłych małych rączek, które
łapczywie chwytają mnie za włosy i niepewnie macają po policzku. Zupełnie inaczej
wstaje się rano do jego uśmiechu, okrągłej jedwabistej pachnącej łepetyny, i cieplutkiego brzuszka, do którego przytulam policzek i łaskoczę ku radości małego człowieka, mojego synka.

Gran Torino

Tak mnie zaskoczyła informacja zaserwowana mi przed chwilą przez bloga, że jeśli mój blog zawiera treści tylko dla dorosłych, to mogę włączyć ostrzeżenie, że zapomniałam co chciałam napisać. Oraz mam teraz zagwozdkę: czy on zawiera treści tylko dla dorosłych? Może i z definicji nie, ale małoletni mogą nic z niego nie zrozumieć (nie żeby bycie wieloletnim automatycznie gwarantowało jego zrozumienie.) I czy jak włączę ostrzeżenie, to natychmiast zleci się tu tłum żądnych mocnych wrażeń nieletnich?

Dobrze, przypominam sobie z niejakim trudem, że chciałam napisać o „Gran Torino„, który to film podobał mi się niezwykle, choć szłam nań bez przekonania. Ja jednak nie doceniałam Clinta Eastwooda. Gra tu jednym grymasem, splunięciem, i cedzeniem słów kącikiem ust, ale to jakoś magicznie DZIAŁA. A więc stary Clint Eastwood raz jeszcze zadziwił świat, stary staruch, genialny cap! (To jest cytat albo parafraza cytatu, bo z głowy, czyli z niczego.) Doskonale teraz rozumiem Pietrasika, który w Polityce się skręcał usiłując napisać recenzję nie zdradzając zakończenia – to się rzeczywiście nie da. To jest film bazujący na stereotypach – o stereotypach, rasizmie, przyjaźni, życiu i śmierci. Jest hollywoodzki i co z tego. Jest prześmieszny, i może doprowadzić do płaczu nieco łatwiej się wzruszających niż ja (a i ja – przyznaję – z trudem się powstrzymałam przed laniem śloz). Podziwiam Clinta, że umie sam wyprodukować, wyreżyserować i zagrać główną rolę, i to działa. Podziwiam Clinta, że jest tu zupełnie innym facetem niż w „Madison County”, które przecież świeżo widziałam. Ale najbardziej mnie fascynuje, jak polski tłumacz poradził sobie z bardzo bogatym repertuarem wyzwisk obficie w filmie występujących. Po francusku takiego słownictwa akurat nie brakuje, ale po polsku nic mi do głowy nie przychodzi. Jak ktoś z Państwa widział lub zobaczy wersję polską, to niech mi koniecznie napisze.

This bag is not a toy

W zamierzchłych czasach, gdy byłam jeszcze beztroskim bezdzietnym singlem, często zastanawiałam się nad sensem umieszczanych na foliowych torbach stanowczych ostrzeżeń typu „nie dawaj tej torby dzieciom do zabawy”. Nie żebym wątpiła w potencjalną śmiercionośność tego wynalazku naszej cywilizacji – samobójstwo Jerzego Kosińskiego nie pozostawia wątpliwości, choć on dzieckiem już nie był. Zastanawiałam sie jednak, kto w czasach wielkiej obfitości zabawek projektowanych przez specjalistów i znawców dziecięcej psychiki w ogóle wpadłby na pomysł, żeby dziecku dawać akurat zwykłą reklamówkę do zabawy. I jakie wychowane na wielofunkcyjnych zabawkach dziecko byłoby zainteresowane czymś takim. Otóż odkąd jestem posiadaczką mego syna, wszelkie moje wątpliwości się rozwiały. Dziecko moje potrafi bowiem wyciągnąć torbę plastikową z najodleglejszego zakamarka, oraz bawić się nią przez pół godziny z pasją, której nie budzi w nim żadna z ekologicznych, certyfikowanych, komputerowo projektowanych zabawek, choć one też miewają szeleszczące części. Co więcej, wygląda na to, że się złamię i umieszczę specjalnie torbę foliową za pralką, żeby po kąpieli zajął się raczej nią, a nie trenowaniem wspinaczki po kablu od pralki. Dziwi mnie tylko, że na kablu od pralki nie ma ostrzeżenia „nie dawać dzieciom do zabawy”…