Prasówka nieco zaległa

W Polityce z 9 maja jest rozmowa
z najmłodszą Polką, która samotnie opłynęła Ziemię. Natychmiast
zirytowało mnie zadane niefrasobliwie głupawe pytanie „Co sprawia, że
młoda, 23-letnia, ładna kobieta wyrusza w samotny rejs dookoła świata?”
Żałuję, że mądra i dzielna (sądząc po rozmowie) dziewczyna nie
odpowiedziała zgodnie z prawdą „bo stara i brzydka nie znalazłaby
sponsora”, może pan dziennikarz przez chwilę zastanowiłby się nad sobą.
Doprawdy, panie dziennikarzu – a kiedy człowiek ma takie wyzwania
podejmować, jeśli nie wtedy, gdy jest właśnie młody, czyli zazwyczaj zdrowy i bez
zobowiązań? No chyba że – ale nie śmiem o to posądzać niewątpliwie
wykształconego pana dziennikarza – niektórzy sądzą, że młode i ładne
kobiety w wieku 23 lat powinny raczej męża szukać, a nie w samotne
rejsy dookoła świata się wybierać..?

W tymże numerze polecam pamiętnik z czasów transformacji, czyli przełomu z 1989 roku. Warto.

Elegia o butach

Powiadam Wam, że człowiek to się niczego na własnych błędach nie uczy i już. Trzydzieści z okładem lat po świecie chodzę, a i tak, ledwie upalny dzień majowy przychodzi, ja wkładam beztrosko i radośnie sandałki na bose stopy, by tak się udać na miasto, a co mi się wydaje, to nie wiem. Że sandałki przecież były w użyciu rok temu i jakoś żyłam? Że może mi się tylko wydawało, że one obcierały? Rezultat: po jednym niedługim spacerze z République pod Hotel de Ville, przerywanym w dodatku a to obiadkiem (kacze udo, a co), a to kawą, która w tajemniczy sposób zamieniła się w piwo, a to kolejnym piwem, które w nic się nie zamieniło… po takim otóż spacerze mam na nogach pięć krwawych bąbli i nazajutrz nie mogę już włożyć absolutnie żadnych butów nawet okleiwszy nieszczęście metrem plastra.

Ja tego nie rozumiem. W kosmos homo sapiens lata, albo chociaż sondy posyła, technologie zaawansowane rozwija dumnie i szumnie, a butów wygodnych stworzyć jak nie umiał, tak nie umie. Królestwo oddam za buty, które mnie nie będą w lecie obcierać. No, przynajmniej nie więcej niż w jednym miejscu.

Pora na Was

Dzisiaj wypowiadają się Szanowni Czytelnicy. Proszę o szczerą odpowiedź nawet tych, którzy zazwyczaj unikają komentarzy jak wampir czosnku. Pytanie jest następujące:
W przedostatniej notce ds napisała coś o „maszynie wytwarzającej chaos”. W związku z tym Ty, drogi Czytelniku i miła Czytelniczko, tak właśnie Ty siedzący przed tym ładnym monitorem:
– domyśliłeś się z kontekstu o co chodzi (a mianowicie o…)
– poszedłeś za podanym linkiem i stamtąd się dowiedziałeś o co chodzi
– nie wiesz o co chodzi i nie chcesz wiedzieć
– nie wiesz o co chodzi, chciałbyś wiedzieć, ale w komentarzach nie zapytałeś bo się wstydzisz
– nie zwróciłeś w ogóle na to uwagi
– jaka przedostatnia notka? 
– inne, rozwiń:…
(niepotrzebne skreślić, wykropkowane miejsca uzupełnić)

Kawałek Serbii w Paryżu

Pewnego wieczoru chcieliśmy się napić piwa, bywa i tak. Rzucił nam się w oczy dość intrygujący szyld „Specialites franco-yougoslaves„,
więc niewiele myśląc weszliśmy. Przemiła młoda blondynka zaserwowała
nam piwo i ani się obejrzałam, a już z nią dyskutowałam w języku
serbsko-polsko-francuskim (należy tu zauważyć, że jej polski był lepszy
niż mój serbski) o różnicach w naszych potrawach regionalnych. W tym
celu wyciągnęła kartę po serbsku, nad którą umarłam zobaczywszy
„pohovana sznicla”, znaczy panierowana. Tak nas dziewczyna urzekła, że
nazajutrz wróciliśmy tam na obiad. Powitała nas pani będąca
niewątpliwie matką wczorajszej dziewczyny, oraz wystrój, na widok
którego ja radośnie zakrzyknęłam
– O rany, całkiem jak w Polsce w latach 70-tych! – z tym że w Polsce w latach
70-tych nie było pewnie papierowych obrusów na stołach, ale wiecie:
boazeria, jakiś fantazyjny malunek na szybie, każdy obrazek w innym
stylu, długie kwieciste zasłony, solidne krzesła na wysoki połysk…

Ja jadłam ser smażony, specjalność moim zdaniem słowacką – i prawdę
mówiąc niech słowacką pozostanie, albo może francuski gruyère nie
nadaje się na to danie. Natomiast pozostali biesiadnicy dostali sałatkę
szopską (we francuskim menu figurowała sobie jako „chopska”), która
wyróżniała się tym,że feta była starta na wiórki, a nie pokrojona w
kostkę. Ludzie, jakie to było pyszne! Ta starta feta rozpływała się w
ustach. Na główne danie kazałam sobie dać pljeskavicę,
znaną mi do tej pory jedynie z melodyjnej nazwy – otóż jest to kotlet
mielony, ale znacznie bardziej rozpłaszczony niż nasze. Do tego surówka z
dwukolorowej kapusty, bardzo w polskim guście, i międzynarodowe frytki.
Porcje były tak olbrzymie, że nijak nie dało się tego zjeść w całości, więc o deserach nie mam pojęcia, ale myślę że jeszcze kiedyś tam zajrzymy.

Noc Muzealna

W ramach Nocy Muzealnej wylądowałam oczywiście w mym kultowym Cité des sciences.
Ja wiem, że są inne ciekawe muzea i imprezy, ale jak człowiek nie może
się załapać na Wszystko, to idzie tam gdzie lubi najbardziej,
przynajmniej jeśli ten człowiek to ja. Pokłoniłam się rytualnie maszynie do wytwarzania chaosu
– jej nieprzewidywalność jest jedyną stałą rzeczą w naszym
Wszechświecie, co wpływa na mnie bardzo kojąco. Mogłabym tam przed nią
stać i kontemplować godzinami, zresztą zdaje się że nie tylko ja, bo
widziałam jeszcze jednego podobnego maniaka, zdaje się że wrósł tam w
podłogę, a może po prostu stanowi część ekspozycji… Ale najpierw
pognaliśmy na naprawdę fajną wystawę, Crim’expo,
gdzie zainscenizowane zostało morderstwo dyrektora muzeum: przed
wejściem dostaje się karnet dochodzeniowy i należy samodzielnie
prowadzić śledztwo w tej sprawie, korzystając z rozmaitych
laboratoriów. Dzięki temu dowiedziałam się na przykład więcej, niż kiedykolwiek
chciałam wiedzieć, o metodzie badania, w jakim stanie rozkładu są
zwłoki, ergo kiedy nastąpiła śmierć. Rzecz w kryminałach sprowadzana do
zdania „według biegłego śmierć zadano w piątek między 16 a 20”,
tymczasem szczegóły są równie obrzydliwe co fascynujące. Poza tym nie
wiem czy wiecie, że z odcisku podeszwy buta zostawionego nieopatrznie
na miejscu zbrodni można ocenić ile złoczyńca miał wzrostu (od razu
ustaliłam sama ze sobą, że gdybym miała kiedyś kogoś mordować, to na
pewno włożę na tę okazję buty o 3 numery za duże). Za wystawę wystawiam
Francuzom piątkę z plusem, bo wyjątkowo zatroszczyli się o biednych
turystów i wszystko jest w czterech językach, mianowicie oprócz francuskiego angielskim, hiszpańskim i włoskim. Strony po angielsku za
to nie ma, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Potem zajrzeliśmy do
kina 3D, gdzie dawali strasznie nachalnie dydaktyczny filmik pt.
„Ratujmy Ziemię”, gdzie można sobie było pooglądać w trzech wymiarach i
w zbliżeniu wysypisko śmieci. Cieszyłam się bardzo, że jeszcze nie
wynaleźli kina olfaktorycznego. Ale pokazywali też w kolorach i
wymiarach rafę koralową, więc summa summarum wyszłam na plus. Następnie
wkręciłam się na warsztat pt. „Co można zrobić z banana oraz trzciny
cukrowej”, gdzie dali mi do degustowania chipsy bananowe słodkie oraz
słone, a także kazali odróżniać cukier z trzciny cukrowej od tego z
buraka, tylko po to, żeby potem objaśnić, że nie ma między nimi żadnej
różnicy. Dowiedziałam się bardzo dokładnie, jak się wytwarza cukier z
trzciny, jakie są rodzaje bananów, jak się je dojrzewa sztucznie, i jak
się bananowce rozmnażają. Wiem też, że w roku 1830 Francuz spożywał
przeciętnie 2 kilo cukru rocznie, dziś natomiast spożywa 37. Jeśli już o wadze i spożyciu cukru mowa, to miła panna prowadząca
warsztat ważyła na oko jakieś 35 kilo w butach, i w drugiej minucie
zajęć oświadczyła, że ona bananów NIE LUBI. Gorąco jej współczuję pracy
zarobkowej, ale podziwiam też jej profesjonalizm. Na koniec
zahaczyliśmy o Epidemik
– grę modelującą rozprzestrzenianie się epidemii, muszę przyznać że
niby nic oryginalnego, ale robiło wrażenie. Głównie dlatego że w razie
zagrażającej epidemii nasze zdrowie, a może i życie, zależy
niestety od postępowania bliźnich w gatunku homo sapiens, a jak wiadomo
ich działania nie są przeważnie kierowane rozumem ani zdrowym
rozsądkiem. A potem już niestety zamykali. Czy ja już pisałam, że
kocham Cite des sciences? Co najmniej Crim’expo gorąco polecam, jeśli
ktoś się w tym roku wybierze do Paryża.

A potem stwierdziłam, że o godzinie 1:11 nadal jeździ metro w Paryżu,
od roku nie miałam okazji tego zbadać na własnej skórze. Bardzo dziwne
uczucie.

Koń to był zaiste trojański

Zrealizowałam najgłupszy pomysł w życiu, mianowicie z własnej woli i przez nikogo nieprzymuszana obejrzałam „Ile waży koń trojański”. Żałuję. Wiedziałam, że ten film nie miał świetnych opinii, ale mimo wszystko, jak człowiek słyszy „Machulski”, to oczekuje jednak pewnego minimalnego poziomu, a tu nic nawet z tego. Już sam pomysł jest oklepany, a scenariusz kompletnie nieśmieszny – czy tam w ogóle jest choć jedna scena, która chociaż w zamyśle MIAŁA BYĆ zabawna? Bo ja się żadnej nie dopatrzyłam. Przeniesiona wstecz w czasie bohaterka upierająca się przy dzwonieniu „na komórkę” – to miał być gag? Ale już mniejsza o scenariusz, zdarzają się w końcu na świecie niezłe albo chociaż rozrywkowe filmy z kiepskim scenariuszem… ale one mają przynajmniej aktorów. Kto to jest pan Maciej Marczewski (filmowy Kuba) i skąd Machulski go wytrzasnął, na niebieskie oczy dziesiątej muzy? Ten facet nie tylko nie ma prezencji, on również nie ma szans dowiedzieć się co to jest dykcja, nawet gdyby sprawdził w słowniku, a w ogóle to kij od miotły by lepiej zagrał niż on. Chciałabym móc napisać, że Więckiewicz ratuje ten film, ale niestety tego filmu nic nie może uratować. Więckiewicza tylko nie mogę skrytykować, ale to i tak dużo na tym tle. A najsmutniejsze jest to, że pan Machulski najwyraźniej nie wstydził się zadedykować tego gniota swojemu ojcu –  a może on go nie lubił i to wszystko dlatego?

Następny film Machulskiego ośmielę się obejrzeć tylko jeśli wyraźnie usłyszę od trzech różnych osób, ze można. A i to z odległości i przez palce.

Żywe srebro

– Wielkiego króla. Ludwika XIV. Jego oficjalna koronacja odbyła się w tysiąc sześćset pięćdziesiątym czwartym roku. Został namaszczony specjalnym anielskim balsamem, który liczy sobie tysiąc lat.
– Rety… Ależ musi cuchnąć!
– We Francji to rzecz względna.

Cytat oznacza, że wyciągnęłam dziś w RER z plecaka „Żywe srebro część 1” i zatopiłam się w lekturze, a doradziła mi to chyba ma nieoceniona intuicja, bo staliśmy w polu chyba z pół godziny. Kropi deszczyk, w związku z czym Francuzi natychmiast przestają umieć jeździć. To znaczy, jeszcze mniej umieją jeździć niż normalnie. Korka dziś było w okolicy stolicy 380 km (w normalne dni jest poniżej 200), wypadki liczne, a komunikacja publiczna oczywiście solidarnie też ma problemy w takich sytuacjach. Z „Żywego srebra” wysunęła mi się zapomniana kartka z rysunkiem pewnej trzylatki wykonanym specjalnie dla mnie, do której się bardzo ciepło uśmiechnęłam. Niezbyt-wysokie-obcasy, przesyłam jeszcze raz podziękowania i uśmiechy.

Paryskie pasaże

Przeczytałam w końcu „Pasaże paryskie” Krzysztofa Rutkowskiego. Po tytule sądziłam, że będą bardziej ściśle związane z Paryżem i jego historią, ale to teksty (drukowane na początku lat 90-tych w Gazecie Wyborczej, choć wtedy nie natknęłam się na nie, lub nie pamiętam) dość luźno inspirowane francuską stolicą i kulturą. Erudycja autora jest godna podziwu, ale najbardziej w tej książce podobał mi się bardzo specyficzny styl – nieoczekiwane brawurowe metafory, zabawne gry słów, a czasem lekko denerwujące manieryzmy – nie da się tego przekartkować obojętnie. Wciąga, i chwilami miałam wrażenie, że i o książce telefonicznej umiałby opowiadać zajmująco z tematu na temat przeskakując – to ten właśnie rodzaj prozy. Frankofilom polecam, a sama oddaję się rozpaczy, że tom drugi, „Raptularz końca wieku”, w księgarniach już nie występuje. Ale kiedyś go jeszcze zdobędę, nie odpuszczę.

Nie takie złe to renault, jak je malują

Mój samochód, noszący dumnie imię Pastèque z racji rozmiaru, koloru i nazwy marki (kształtu nie), zwany też w chwilach szczególnej czułości Pastekiewiczem lub Pastekoskim – ten otóż samochód postradał niedawno w tajemniczych okolicznościach tylną szybę. Tajemnicze okoliczności miały miejsce na parkingu pod domem, gdzie odstawiłam go starannie wieczorem, i gdzie nadal stał grzecznie następnego dnia, ale już z tylną szybą w drebiezgi. Nie chciał się przyznać, kto mu to uczynił, mniejsza zresztą o to. Został odstawiony do Carglass celem reparacji, ja jednak pilnie potrzebowałam osobistego środka komunikacji. Dostałam więc miniaturowy czerwony pojazd, który z samochodem ma wspólnego wiele, a to cztery koła, silnik i wajchę zmiany biegów. Ma też ssanie.
– Eee, że co?
– No, masz taką wajchę koło kierownicy, przesuniesz ją do połowy, zapalisz, i koło F. wyłączysz – zostałam poinstruowana drobiazgowo.
Wsiadłam do autka będącego pełnoletnią już zdobyczą francuskiej myśli technicznej, i natychmiast odkryłam brak lusterka wewnętrznego. Niedobrze, bo ja kocham lusterka wewnętrzne i korzystam z nich namiętnie, bynajmniej nie w celu podziwiania własnej urody. „Trudno, trzeba się będzie pogodzić z zewnętrznymi, a w ogóle to nie będę jechać szybciej niż 40 na godzinę i nie będę wyprzedzać” – ustaliłam na wszelki wypadek sama ze sobą, włączyłam ssanie jak przykazano, i już po pięciu próbach zapaliłam. Silnik mruczał całkiem zachęcająco, francuska myśl techniczna nosząca szumne miano „super 5” dzielnie potoczyła się do przodu. W połowie drogi zapomniałam o swych ustaleniach i zabrałam się za wyprzedzanie, włączywszy sobie najpierw dla dodania otuchy radio, które miało aż dwa pokrętła – jedno do głośności, drugie do skali (co młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć, że radia miały kiedyś skalę). Dojechaliśmy do celu w całości, a nawet całkiem gładko. Potem przy wyjeżdżaniu z parkingu musiałam użyć karty. Szyba opuścić się dała bez problemu, ale podnieść już nijak. Po siedmiu próbach kręcenia gałką od szyby w obie strony uznałam, że mam jednak w życiu dużo szczęścia: nie ma mrozu, nie pada, jest całkiem przyjemnie, a w ogóle to mógł mi przecież zamiast szyby wysiąść silnik – a nie wysiadł. Pokrzepiona takim stwierdzeniem dojechałam do domu z otwartym na oścież oknem, i w tym stanie mój czerwony pojazd pozostawiłam na parkingu. Dobrze, że deszcz nie padał…

Po długim weekendzie

Po weekendzie pierwszomajowym spędzonym na ojczyzny łonie, a konkretnie głównie pod dębem lub lipą, mam następujące obserwacje:

Po pierwsze matka podróżująca samolotem z dzieckiem niespełna rok powinna mieć ustawowo zagwarantowane ze cztery dodatkowe ramiona oraz muskulaturę godną Herkulesa. Albo chociaż ze dwóch tragarzy. Ale skoro nie ma, to musi sobie radzić bez, i też jakoś dociera do celu.

Po drugie spędzanie weekendu w hamaku zawieszonym między dwiema lipami, z drzemiącym synem wygodnie opartym o me biodro, to jest TO i ja tak uprzejmie poproszę już na resztę życia.

Po trzecie moja przeurocza siostrzenica lat niespełna dwa ma nadal tyle energii, że kiedy na nią patrzę, nieodmiennie przypomina mi się ten pomysł Lema, z „Dzienników gwiazdowych” – żeby zainstalować w domu system dźwigni, które dziecko biegając by popychało i przesuwało wytwarzając w ten sposób energię elektryczną. Myślę, że działalność mojej siostrzenicy wystarczyłaby do oświetlenia połowy miasta. Natomiast inne zaprzyjaźnione dwulatki, które nas odwiedziły, to w porównaniu z nią dzieci nienaturalnie spokojne i niemrawe. Gdyby nie one, ja bym pewnie nie uwierzyła, że dziecko może spokojnie usiedzieć przy stole nawet i kwadrans…

Po ostatnie gdyby nie ja, to biedni zrozpaczeni rodzice rzeczonej niemal dwulatki nigdy by się nie domyślili, co w jej słowniku (coraz bogatszym) oznacza z lubością powtarzane „dugangi”. Można zgadywać. Dla ułatwienia dodam, że nie jest to żaden rzeczownik, jeno związek frazeologiczny odpowiadający na pytanie „jak?”.