„Ale nie ma się gwarancji, choćby nawet były z Francji”

Pewnego dnia koleżanka moja przy płaceniu za obiad zorientowała się, że nie ma portmonetki. Płacenie za obiad pół biedy, gotówka w porftelu pół biedy, ale miała tam również, jak to zwykle bywa, karty płatnicze, których utrata to już cała bieda. Opanowana jest bardzo, zabrała się więc natychmiast za poszukiwania. W domu nie ma. Telefon tu, nic z tego, telefon tam, nic z tego. I nagle kolejny telefon przyniósł jej odpowiedź: portmonetka jest u Chińczyka, u którego się żywiłyśmy dnia poprzedniego. Pobiegła tam szybko, wróciła triumfalnie, i oznajmiła, że odzyskała portmonetkę i wszystko w środku, w tym nawet gotówkę, choć portfel beztrosko leżał sobie pod stolikiem na zewnątrz, bo takie wtedy miejsce zajmowałyśmy. Happy end, wydawałoby się. A jednak – od tego czasu koleżanka nie chce już bywać u Chińczyka, obraziła się bowiem na niego, że do niej nie zadzwonił znalazłszy portfel…

„Nie chcę, nie chcę cudzoziemca, cudzoziemiec ma tasiemca”

Wracałam wczoraj ze spaceru z synem, kiedy napatoczyłam się na vide-grenier, znaczy to co Amerykanie nazywają „garage sale”, czyli allegro na żywo. Budzi to zjawisko moją fascynację pomieszaną z obrzydzeniem, a to ostatnie zwłaszcza kiedy widzę, że ktoś usiłuje sprzedać stare znoszone buty, brr. Ale ominęłam je wzrokiem i pooglądałam szczątki cudzych żyć, a nawet nabyłam sobie jedną książkę, bo nie wygląda na to, żeby poczta chciała w najbliższym czasie dostarczyć moje zamówienie z Merlina. Pani z parasolem na głowie, przez co wzięłam ją za Wietnamkę, widząc wózek zawołała do mnie „Chaussons pour le bébé, chaussons!”. Przeszłam mimo, bo moje bébé już trochę za duże na chaussons (coś pomiędzy bucikami a skarpetkami), po czym wykonałam gwałtowny zwrot w tył uświadomiwszy sobie, że mam aktualnie jakiś milion koleżanek w ciąży.
– To ja wezmę te chaussons – zadecydowałam.
– A skąd pani jest? – zapytała pani z parasolem na głowie, inkasując należność.
– Pologne – ujawniłam.
– Ja też – uśmiechnęła się pani w języku moim ojczystym i dopiero wtedy się zreflektowałam, że wcale nie jest Wietnamką mimo oryginalnego nakrycia głowy.

Ludzie to dziwni są jednak

Musiałam ostatnio spędzić trochę czasu na peronach wielkiej stacji metra i RERu – mianowicie Chatelet. Na jednym peronie ciągnął mnie za rękę jakiś chory psychicznie (lub dobrze udający) żebrak tak namolnie, że mało mi jej nie złamał, więc uciekłam na inny peron, nie z wrzaskiem, ale mało brakowało. Zazwyczaj aż tak namolni nie są, ale był upał i cisza przed burzą, może dlatego. Na drugim peronie oparłam się spokojnie o ścianę, z nadjeżdżającego wagonu wysypał się tłum, z tego tłumu jeden podszedł do mnie, czy mówię po angielsku. Zaprezentowałam odruch ucieczki, zrozumiały po wcześniejszych przeżyciach, po czym się zreflektowałam, że przecież człowiekowi trzeba pomóc, a nie od razu homo homini lupus est. Odparłam, że mówię i że no, I’m not afraid. Facet wdał się w długie i zawiłe tłumaczenia, czy mianowicie znam różne stacje na tej linii, i że zginął mu bagaż w RER, że zgłosił to gdzieś, ale kazali mu jechać na ostatnią stację i tam zgłaszać… kiwałam ze zrozumieniem głową, brzmiało to prawdopodobnie znając francuską biurokrację. Dlaczego nie kazałam mu od razu iść na policję nie wiem, byłam zmęczona i ogłupiała od upału. W każdym razie facet kontynuował, wrócił tu, ale tu już było zamknięte i kazali mu wrócić jutro. Nadal kiwałam ze zrozumieniem głową. Po czym się ocknęłam, bo clou faceta brzmiało „czy możesz więc mi pożyczyć trochę francuskich pieniędzy?” Tak właśnie się wyraził, nie euro, tylko „French money”. Naprawdę mnie zdziwiło, że byłam już prawie gotowa uwierzyć w całą tę historię. Automatycznie odparłam, że ależ nie mam żadnych pieniędzy.
– Ach, szukasz pracy? – ucieszył się facet.
– Mhm – przytaknęłam, w sumie nie wiem dlaczego. Nie miałam akurat nic lepszego do roboty, więc czemu by sobie z nim nie pokonwersować. Następnie poprzytakiwałam mu jeszcze chwilę, w wyniku czego okazało się, że jestem pielęgniarką i szukam pracy w szpitalu. Dalibóg nie wiem, wyglądam jakoś szczególnie na pielęgniarkę? A potem facet zapytał skąd jestem – na pewno z Europy Wschodniej… Polska, Rosja? Nie wyparłam się ojczyzny, co jak co ale za Rosjankę proszę mnie nie brać. I tu facet mnie zaskoczył, bo zaczął wymieniać kolejne imiona stricte polskie, mianowicie: Agnieszka, Malgorzata, Ania, Maria… Muszę przyznać, że mnie zatkało, chociaż jeśli był z Londynu to naprawdę nie aż taka sztuka poznać tam teraz takie imiona. Potem rzucił „Tatiana”, na co ja się obruszyłam „O nie, to rosyjskie imię”. I tu facet mi podpadł, odparł bowiem
– Ale to to samo!
Wygłosiłam płomienne przemówienie, że otóż NIE – nie to samo, facet się zgarbił i wkrótce sobie poszedł zrezygnowany. Jestem naprawdę ciekawa, co zamierzał osiągnąć. Zagadać mnie i wyciągnąć mi portfel? A może też miał przerwę w podróży i się nudził…

Uczucie to

Znacie to uczucie? Kiedy wyciągacie z własnej skrzynki pocztowej przesyłkę z Amazona, i pierwsza myśl brzmi „wielkie nieba czarne i niebieskie, ze mną jest naprawdę już BARDZO źle, skoro kompletnie nie pamiętam, żebym cokolwiek zamawiała na Amazonie!”. Potem oglądacie tę przesyłkę podejrzewając prostą pomyłkę, ale nijakiej pomyłki nie ma, znajdujecie tam własne nazwisko, własny adres, i nawet błędu nie ma. Zaczynacie więc wysnuwać hipotezy następujące: „może Amazon mnie postanowił nagrodzić za bycie wiernym klientem?” „może ja jednak zamówiłam i zapomniałam?” „może to jakaś chytra reklama od Amazona?” „a może to atak terrorystyczny pod płaszczykiem amazonowym??” Przy ataku terrorystycznym się reflektujecie i otwieracie w końcu kopertę, a potem zdziwienie dopada was ze zdwojoną mocą, bo nie jest wam wcale znana płyta, która znajduje się w środku, i z całą pewnością nie mogliście jej sobie zamówić, chyba że macie już naprawdę dobrze zaawansowanego Alzheimera oraz solidną sklerozę. Powiadam – za parę lat koperty na prezenty będą miały zintegrowane kamery, które cichcem sfotografują głupią minę zaskoczonego odbiorcy i od razu kompromitujące te zdjęcia wyślą przez satelitę do googla, aby świat mógł je obejrzeć (jakby co, to to jest MÓJ autorski pomysł i żądam tantiem). W końcu wyciągacie z koperty również karteczkę, na której są życzenia miłego słuchania podpisane ZZ, i w tym ogłupieniu przez całą długą sekundę jesteście pewni, że z całą pewnością nie znacie żadnego ani żadnej ZZ, chociaż jest to jedynie złudzenie, bo otóż znacie. Na płycie pan Gérard Darmon śpiewa bardzo przyjemnym głosem męskim bardzo fajne rzeczy w języku, który ja mimo wszystko nadal lubię.

To znacie to uczucie? Nieopisanej ulgi, że jednak nie – jeszcze nie macie zaawansowanego Alzheimera i że Wszechświat ciągle jeszcze rządzi się w miarę znanymi prawami? Bezcenne jest to uczucie.

Obrzydliwość nad obrzydliwościami i wszystko obrzydliwość

Można podejrzewać, że dla młodej matki, która codziennie wprawnie żongluje pieluchami z ich zawartością, niewiele już jest w życiu rzeczy obrzydliwych. A jednak zdarzają się. Na przykład wczoraj w RER błądzący mój wzrok padł nagle niechcący na nogi siedzącej naprzeciw Murzynki. I ujrzałam, że ma na stopach buty odsłaniające palce, a na tych palcach u stóp (osoby wrażliwe i delikatne mogą nie chcieć dalej czytać; Sze, jestem prawie pewna że nie chcesz dalej czytać) ma wyhodowane długie paznokcie. Naprawdę długie, gdzieś tak ze 2 cm. Oraz zawijające się do dołu z racji długości. Na dodatek paznokcie były pomalowane na kolor czerwony. Nie wiem, dlaczego uważam to za aż tak ohydne – czyżby jakiś niewytłumaczalny atawizm? – ale na samo wspomnienie muszę dokładać starań, aby zapanować nad swoim żołądkiem.

Różowy weekend

Przez cały weekend spożywałam krewetki, zostaliśmy bowiem znienacka obdarowani potworną ich ilością, a krewetka wiadomo – nie ziemniak i w piwnicy pół roku nie poleży. W dodatku podobno były bio, ale ja się nie znam i pojęcia nie mam czym się różni krewetka bio od nie bio, oraz nie chcę nawet mieć pojęcia. W każdym razie były smaczne, chociaż jedzenie krewetki wymaga wykonania czynności barbarzyńskich, jak to oderwania jej nóżek i głowy, co budzi we mnie delikatny wewnętrzny protest, ale go zagłuszyłam winem. Oczywiście pod kolor krewetek, różowym z doliny Loary. Poza tym niech Państwo raczą pamiętać: gdyby przyszło Wam spożywać krewetki, to pozostałe po ich spożyciu resztki (znaczy te nieszczęsne oderwane głowy i łapy) należy natychmiast ściśle zamknąć w torbie foliowej i wynieść gdzieś daleko. Bo jeśli beztrosko wyrzucicie je do kosza na śmieci, to następnego ranka obudzicie się z wrażeniem, że śpicie w sklepie rybnym. Dawno nie sprzątanym. Ani nawet nie wietrzonym.

Jak już całkiem nie mogłam patrzeć na krewetki, to przerzuciłam się na truskawki. Istnieje jedyna słuszna metoda spożywania truskawek. Należy je mianowicie umyć, wrzucić do miseczki i każdą z osobna zgnieść widelcem. Następnie należy wrzucić do tego łyżkę albo dwie dobrej śmietany, dorzucić szczyptunię cynamonu i wszystko wymieszać. Uzyskuje się breję w kolorze, a jakże – różowym, która to breja zachwyca swym smakiem znacznie bardziej niż wyglądem. Na wszelki wypadek podkreślam, że cukier do truskawek to jest takie samo nieporozumienie jak cukier do kawy. Takiego barbarzyństwa dopuszczają się jedynie ludzie małego ducha, o niedorozwiniętych kubkach smakowych.

Na drodze

Spokojnie jechałam sobie wczoraj w godzinach porannych samochodem, aż tu nagle ujrzałam peugeota 206 stojącego sobie na światłach awaryjnych na mojej drodze. Ja to ja, nawet moim kombi mogłabym go chytrze ominąć, ale niestety chwilę wcześnie z lewej strony wyjeżdżał autobus skręcający w lewo, który się nie mógł zmieścić w swym skręcie. Stanął więc sobie w poprzek drogi, z kabiną tuż przy peugeocie, i zaczął trąbić. Zatrzymałam się, bo nie było gdzie dalej jechać, i oddałam się obserwacji. Na trąbienie z domu nieopodal wyszła pani z walizami w rękach i zaczęła te walizy w swej 206 upychać. Kierowca autobusu zatrąbił. Dołączyli się do niego ci, którzy się już zdążyli karnie ustawić za mną. Ja nie, bo wprawdzie czasem zdarza mi się używać klaksonu, ale muszę być w stanie większego wzburzenia niż wtedy. Pani upchała swe walizki i zareagowała na klaksonienie uniesieniem rąk do nieba oraz wykrzykiwaniem czegoś, czego niestety nie słyszałam, bo zatrzymałam się kawałek wcześniej, przed nieodległym przejściem dla pieszych. Następnie obeszła samochód i zaczęła wsiadać na miejsce kierowcy. Odetchnęłam z ulgą, ale przedwcześnie. Kierowca autobusu zatrąbił. Pani wysiadła z samochodu, uniosła ręce i zaczęła nimi wymachiwać coś wykrzykując w kierunku autobusu. Byłam strasznie ciekawa, o co też może mieć taką pretensję, ale niestety się nie dowiedziałam. Kiedy skończyła i zabrała się za ponowne wsiadanie, kierowca autobusu zatrąbił. Pani ponownie wysiadła i podbiegła do kabiny kierowcy wymachując rękami i krzycząc. Z pobliskich sklepów zaczęli wychodzić ludzie, ktoś z nich z nadzieją w głosie rzekł
– Oj, chyba sobie dadzą po mordzie!
Pani jednak nie przeszła do rękoczynów, wsiadła do samochodu ponownie i zapięła pasy. Wstrzymałam oddech. Kierowca autobusu.. tak jest, zatrąbił! Tym razem jednak pani już nie wysiadała, odpaliła swe auto i ruszyła, autobus skręcił, a my pojechaliśmy grzecznie za nim.