Upadek

Przeżyłam wczoraj na jawie koszmar chyba wielu młodych matek, mianowicie spadłam ze schodów trzymając dziecko. Dobra, nie całkiem ze schodów, tylko ze schodka – ostatniego, klasycznie go nie zauważywszy. Kompletnie nie wiem jakim cudem udało mi się upaść tak, że syn nawet nie dotknął ziemi i chyba nawet się nie zorientował, że coś się stało. Za to ja przez dobrą chwilę myślałam, że mam co najmniej skręconą kostkę. Cokolwiek się pozbierawszy oznajmiłam jednak, że pogłoski o mojej śmierci są na razie lekko przesadzone. Wieczorem stopa nieco spuchła i solidnie boli utrudniając chodzenie, ale kostka wydaje się nienaruszona, co w końcu najistotniejsze. Jak to często bywa w moim życiu: więcej szczęścia niż rozumu…

Jak dałam nurka

Nie pochodzę od małpy. Moim przodkiem w prostej linii musiała być jakaś praryba, albo chociaż jakieś stworzenie ziemnowodne. Uwielbiam wodę od zawsze, wcześnie nauczyłam się pływać i korzystam z tej umiejętności zawsze i wszędzie. Bywałam regularnie na basenie w zakopiańskim COS, pływałam w wielu polskich jeziorach i chorwackim morzu, w basenie z morską wodą w Deauville, i w Londynie, gdzie na torze obowiązywał ruch lewostronny. We wczesnej młodości utożsamiałam się całkowicie z posiadającym skrzele zamiast płuca bohaterem jakiegoś straszliwego filmu radzieckiego. Kiedy mnie ktoś nieopatrznie zapyta, czy umiem pływać, uważam to pytanie za równie głupie jak „czy umiem może oddychać” i daję temu wyraz w odpowiedzi. Mam też jakieś patenty żeglarskie. Naturalnym sposobem na pogłębienie mej odwiecznej pasji byłoby oczywiście nurkowanie, co już dawno temu przyszło mi do głowy, ale nigdy jeszcze tego nie spróbowałam zrealizować, bo jakiś się nie składało. W zeszłym roku pracowałam z pasjonatką nurkowania, która wszystkie rozmowy oraz urlopy poświęcała swojemu hobby i chętnie dzieliła się podwodnymi zdjęciami, ale nadal poprzestałam na stwierdzeniu, że ja też muszę kiedyś w końcu tego spróbować.

I oto spełniły mi się raz w życiu przysłowia „siedź w kącie, a znajdą cię” oraz „nie przyszła góra do Mahometa, to przyszedł Mahomet do góry”. Na moim basenie zagadnęli mnie znienacka, czy chciałabym może ot tak sobie odbyć „baptême de plongé” („chrzest nurkowy”).
– Znaczy w sensie… pod wodą? Z taką butlą? I płetwami? Naprawdę? – upewniłam się na wszelki wypadek – No oczywiście, że bym chciała! Zawsze chciałam!

W sobotę rano nie miałam szczęścia, bo dostała mi się miła instruktorka zamiast bardzo przystojnego instruktora, ale może to i lepiej, bo przynajmniej skupiłam się należycie na zapamiętaniu jak się daje znaki towarzyszowi. Dostałam maskę, płetwy i butlę, a potem pokonując tremę zanurzyłam się na całe 2 metry, czyli na dno basenu. I tam odkryłam, że po pierwsze woda usiłuje człowiekowi z paszczy zabrać ustnik do oddychania, więc należy go trzymać zębami porządnie, co mnie bardzo zaskoczyło. Po drugie w płetwach nie da się pływać żabką, a może i się da, ale należy umieć. Po trzecie, że instruktorka wcale nie żartowała mówiąc „tylko proszę nie zapomnieć o oddychaniu”. Po czwarte, że chyba jednak nie jest to sport dla mnie, bo jak tylko się zanurzyłyśmy na głębszej części basenu, natychmiast rozbolało mnie ucho, czego się spodziewałam znając nieprzyjemne reakcje mych uszu na starty i lądowania samolotów. Po piąte, że pływanie w płetwach jest bardzo fajne. W końcu doszłam do wniosku, że jakbym miała możliwość spędzenia takich wakacji, gdzie by się trochę żeglowało, a trochę nurkowało w jakiejś czystej i ciepłej wodzie, to mogłyby to być prawie wymarzone wakacje mego życia. Acz prawdę mówiąc, nadal uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłby przeszczep skrzela…

Takie tam

Dziś wychodząc z metra minęłam młodzieńca na oko może lat 10, który szedł i czytał książkę. Książkę – w sensie papier i druk czarny na białym. Jest jeszcze ciągle nadzieja dla homo sapiens.

Dwadzieścia lat temu moja Mama głosowała w wiadomych wyborach. W najbliższą niedzielę ja pójdę głosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie wiem czy istnieje lepsze podsumowanie ostatnich dwudziestu lat.

Trampki

Wytrąciła mnie niedawno z równowagi pani, za którą szłam ulicą, a która miała na nogach kolorowe trampki. (To się zdaje się teraz nazywa „Converse”, ale w czasach mej młodości mówiło się na ten obuw „trampki” i nie wiem co to komu przeszkadzało.) A kiedy piszę „kolorowe”, mam na myśli różnokolorowe, mianowicie jeden był pomarańczowy, a drugi zielony. Obydwa w odcieniu, który w potocznej polszczyźnie obrazowo zwany jest „żarówiastym”. Ten brak pożądanej w obuwiu symetrii zaskoczył mnie na tyle, że nawet przyspieszyłam kroku, aby się upewnić, że to nie jest jedynie jakiś figiel płatany mi przez prawa optyki, ale nie. Odrzuciłam przypuszczenia, że pani jest daltonistką, co było bardzo mało prawdopodobne, oraz że ktoś jej złośliwie schował po jednym bucie od pary, albo po prostu nie mogła ich znaleźć w bałaganie, co było zbyt prozaiczne. Ponieważ górny wystrój pani był też bardzo kolorowy, doszłam do wniosku, że nietypowe zestawienie obuwnicze jest zamierzone, i przypomniałam sobie, że w niesłychanie zamierzchłych czasach mego dzieciństwa posiadałam parę adidasków. Na czubku jednego było napisane „Go!”, a drugi głosił „Stop”. Bardzo mnie to wtedy bawiło. Zadumałam się przy tej okazji nad precyzyjną definicją pojęcia „para butów”, bo nasuwające się „dwa buty, z których jeden jest lustrzanym odbiciem drugiego” jak widać do moich adidasków się nie stosowało, definicję należałoby więc rozszerzyć. Otwartym pozostaje tylko pytanie, czy różnokolorowe trampki powinny się w tej definicji mieścić czy już nie…

Disparition & désinformation

Przyznam, że kiedy dziś w radiu porannym usłyszałam kątem ucha jedno zdanie o zniknięciu Airbusa, najpierw pomyślałam, że to jakiś kiepski żart. Potem, że chodzi o porwanie – francuskie „disparition” ma znacznie szersze znaczenie niż polskie „zniknięcie”. W RER dosłuchałam się więcej, ale nadal trochę nie mieści mi sie w głowie, że samolot mógł tak o sobie zniknąć i nikt nie wie gdzie on jest, w dobie satelitów, gpsów, komunikacji bezprzewodowej i innej zaawansowanej techniki. Czyli znowu dałam się ponieść nadmiernej wierze w ludzki postęp i naukę. Homo sapiens to nadal zwierzę, które nauczyło się posługiwać ogniem i elektroniką, a wobec żywiołów ciągle tak samo jest bezradne.

Pisałam tu jakiś czas temu o nowych tęczowych balonikach umieszczanych na szybach w metrze, które łagodnie informują o pożądanych wzorcach zachowania obowiązujących w środkach transportu. Dziś taki balonik mocno mnie zaskoczył, głosił bowiem kategorycznie „Le gouvernement désinforme”, czyli po ludzku „rząd kłamie”. Po przyjrzeniu się zjawisku odkryłam, że na standardowy balonik została nalepiona nieco mniejsza okrągła naklejka, utrzymana w bardzo podobnej do oryginału tęczowej kolorystyce, z tymi samymi białymi literami. Zachwyciły mnie staranność wykonania i prostota przekazu. Oddałam się rozważaniom, co też ja mogłabym przekazać ludzkości, gdyby ktoś mi taki balonik ofiarował do zapisania, ale nic nie wymyśliłam – zresztą takim problemem zajmował się już Barańczak w cudownej „Tablicy z Macondo”, gdzie analizuje napisy na amerykańskich tablicach rejestracyjnych usiłując znaleźć najzwięźlejszy napis niosący możliwie dużo treści.

Une image peut en cacher une autre

Wystawę widziałam. Zatytułowana jest „Une image peut en cacher une autre„, znaczy „Za jednym obrazem skrywać się może inny”. Jest dość fajna, ale bardzo długa (pono 250 obrazów), należy albo ją oblecieć migiem i wrócić potem do najciekawszych rzeczy, albo przewidzieć czas na przerwę. Zamysłem było pokazanie, jakie sztuczki stosowali przez wieki artyści, aby na obrazie schować coś, co niekoniecznie jest dostrzegane na pierwszy rzut oka. Na początek mamy więc całą masę kamieni i skał uformowanych tak aby przypominały twarze. W tym dziale jest też kolekcja pocztówek przedstawiających skały, które przypominają ludzi, zwierzęta, lub wytwory ręki ludzkiej – kto był w Błędnych Skałach, ten natychmiast zrozumie o co chodzi. To ma dowieść, że sama natura podsunęła ludziom ten pomysł. Szczerze mówiąc w niektórych przypadkach podejrzewałam, że organizatorów wystawy poniosła fantazja, a nie akurat takie ukształtowanie namalowanych kamieni było celowym zamysłem artysty, ale oni się pewnie znają lepiej niż ja. Następnie było kilka płócien szesnastowiecznego francuskiego malarza Henri Bles, który w swoje pejzaże wkomponowywał maleńką sówkę. Można tam sobie stać i się przyglądać pejzażom usiłując znaleźć sówkę, a można iść dalej, gdzie są obrazki Mogołów, na których jest na przykład słoń złożony z innych zwierząt – tak samo jak swoje dzieła tworzył Arcimboldo, którego też tam trochę jest. W ogóle podejrzewałam chytrze, że zrobili tę wystawę z powodu sukcesu wystawy właśnie Arcimbolda w ubiegłym roku. Następnie mamy przykłady anamorfozy w malarstwie, czyli obrazy, które należy oglądać pod ostrym kątem, aby zrozumieć co na nich jest. Przydałby się tu sztandarowy przykład tego zabiegu, czyli „Ambasadorowie” Hansa Holbeina, ale ten obraz jest w Londynie. Na koniec są surrealiści oczywiście z moimi ukochanymi Magrittem (za mało go jest) i Dalim, tego ostatniego „L’enigme sans fin„, koło której powiesili szkice, dzięki czemu w końcu zrozumiałam co ten obraz przedstawia. Z grubsza przynajmniej. Na koniec są grafiki Eschera oraz bardzo współczesne gry i zabawy, na przykład chytra instalacja, gdzie napis „Ceci” odbija się w lustrze jako „Cela” („To” i „Tamto”), oraz na podobnej zasadzie napis „Al” jest dopełniony przez swoje lustrzane odbicie układające się w „ice”, co razem daje „Alice”. Zupełnym kuriozum jest natomiast fotografia przedstawiająca… męski brzuch, który niby wyglądać ma jak ludzka twarz. Zachodzę w głowę, czy dziełem sztuki jest tu fotografia, czy może sam brzuch, i jak bardzo dumny jest model z tego, że osobisty jego brzuch wisi sobie w galerii.

Jak widać nawet z mojego streszczenia, wystawa to trochę groch z kapustą – zamysł był ciekawy, ale mam wrażenie, że organizatorów trochę poniosła fantazja. Przydałoby się to trochę okroić i darować sobie jakąś połowę tych obrazków, na których skały przypominać mają twarze lub sylwetki ludzkie, a za to ściągnąć jednak „Ambasadorów”, ale mogę sobie tylko pomarzyć.