Nius z akcentem polskim

Poranne radio dziś w ramach ciekawostek i dziwnostek uraczyło moje zdziwione uszy wieścią, że „84-letnia Polka uznana za martwą obudziła się w kostnicy”. Obiło mi się to już wprawdzie o oczy w internecie polskim, ale skąd egocentryczni zazwyczaj Francuzi taki nius wygrzebali, to tylko oni wiedzą. W ramach dowcipu dodali jeszcze, że „celem sprawdzenia co się właściwie stało, przeprowadzono sekcję”. Francuskie poczucie humoru to się nazywa.

Japoński szwedzki stół

Nasz Japończyk lokalny wprowadził nowość. Buffet à volonté, znaczy
szwedzki stół, ale trochę nietypowy. Na stole leży specjalne menu, mniej więcej 50
pozycji w nim, a człowiek dostaje kartkę z tymiż 50-cioma pozycjami
oraz ołówek, i zaznacza sobie na kartce, co mianowicie życzy sobie
zjeść i ile (od jednej do pięciu sztuk, przy czym sushi i maki z natury
swej występują oczywiście już w parach). Następnie kartkę zabierają, a
zamiast niej serwują zamówienie. Kosztuje ta przyjemność 17,90
wieczorem, a bodaj 12 w południe, co nie jest oczywiście bardzo tanio –
ale niech mi kto powie, gdzie można się taniej najeść świeżego pysznego
sushi bez ograniczeń, a na pewno skorzystam. Do wyboru było niemal
wszystko, poczynając od mojej ukochanej zupy miso (zastrzelcie mnie,
nie wiem czemu tak ją lubię, skoro ja w ogóle nie lubię zup – pewnikiem
ta jest zrobiona z glutaminianu sodu, ale już trudno), przez wszelkie
maki, temaki, sushi (wzięłam sobie sushi z ostrobokiem pospolitym, aha)
i sashimi, szaszłyki z różnych rzeczy, tempurę z ryb i warzyw (z
marchewki genialna), udon (azjatycki jeden garnek, zupa z masą
różności) i nie wiem co jeszcze. Nigdy w życiu się tak potwornie nie
objadłam tak różnorodną japońszczyzną. Obiecanie, że ja jeszcze tu
wrócę, wyszło mi całkiem naturalnie i w zasadzie się dziwię, że nie
obiecałam od razu tam zamieszkać. Żeby mi tylko nie zbankrutowali…

Fenomen

Od czasu do czasu różni dziennikarze z braku lepszego tematu zabierają się za fenomen blogów, i wydziwiają że oto egocentryczni  przedstawiciele przypadkowego społeczeństwa czują dziwną potrzebę informowania całego świata o tym, co zjedli na śniadanie i że ich brzuch potem rozbolał. Uśmiecham się wtedy z politowaniem pod nosem i myślę, że jeden pismak z drugim nie pojmie nijak tego, że oto napisałam sobie jakiś czas temu na blogu ot tak, że spodobał mi się Rutkowskiego pierwszy tom, a drugiego nie ma w księgarni – i oto parę tygodni później wyciągnęłam ze skrzynki pocztowej tenże drugi tom, pieczołowicie wysłany mi przez uroczą buenosaireńską M (raz jeszcze dziękuję), której nigdy w życiu na oczy nie widziałam, a znamy się tylko (aż?) z bloga. I w dodatku wcale nie była jedyną mą czytelniczką, która zaoferowała mi upragnioną książeczkę. Oto, proszę Państwa, właściwy fenomen.

Upadek

Przeżyłam wczoraj na jawie koszmar chyba wielu młodych matek, mianowicie spadłam ze schodów trzymając dziecko. Dobra, nie całkiem ze schodów, tylko ze schodka – ostatniego, klasycznie go nie zauważywszy. Kompletnie nie wiem jakim cudem udało mi się upaść tak, że syn nawet nie dotknął ziemi i chyba nawet się nie zorientował, że coś się stało. Za to ja przez dobrą chwilę myślałam, że mam co najmniej skręconą kostkę. Cokolwiek się pozbierawszy oznajmiłam jednak, że pogłoski o mojej śmierci są na razie lekko przesadzone. Wieczorem stopa nieco spuchła i solidnie boli utrudniając chodzenie, ale kostka wydaje się nienaruszona, co w końcu najistotniejsze. Jak to często bywa w moim życiu: więcej szczęścia niż rozumu…

Jak dałam nurka

Nie pochodzę od małpy. Moim przodkiem w prostej linii musiała być jakaś praryba, albo chociaż jakieś stworzenie ziemnowodne. Uwielbiam wodę od zawsze, wcześnie nauczyłam się pływać i korzystam z tej umiejętności zawsze i wszędzie. Bywałam regularnie na basenie w zakopiańskim COS, pływałam w wielu polskich jeziorach i chorwackim morzu, w basenie z morską wodą w Deauville, i w Londynie, gdzie na torze obowiązywał ruch lewostronny. We wczesnej młodości utożsamiałam się całkowicie z posiadającym skrzele zamiast płuca bohaterem jakiegoś straszliwego filmu radzieckiego. Kiedy mnie ktoś nieopatrznie zapyta, czy umiem pływać, uważam to pytanie za równie głupie jak „czy umiem może oddychać” i daję temu wyraz w odpowiedzi. Mam też jakieś patenty żeglarskie. Naturalnym sposobem na pogłębienie mej odwiecznej pasji byłoby oczywiście nurkowanie, co już dawno temu przyszło mi do głowy, ale nigdy jeszcze tego nie spróbowałam zrealizować, bo jakiś się nie składało. W zeszłym roku pracowałam z pasjonatką nurkowania, która wszystkie rozmowy oraz urlopy poświęcała swojemu hobby i chętnie dzieliła się podwodnymi zdjęciami, ale nadal poprzestałam na stwierdzeniu, że ja też muszę kiedyś w końcu tego spróbować.

I oto spełniły mi się raz w życiu przysłowia „siedź w kącie, a znajdą cię” oraz „nie przyszła góra do Mahometa, to przyszedł Mahomet do góry”. Na moim basenie zagadnęli mnie znienacka, czy chciałabym może ot tak sobie odbyć „baptême de plongé” („chrzest nurkowy”).
– Znaczy w sensie… pod wodą? Z taką butlą? I płetwami? Naprawdę? – upewniłam się na wszelki wypadek – No oczywiście, że bym chciała! Zawsze chciałam!

W sobotę rano nie miałam szczęścia, bo dostała mi się miła instruktorka zamiast bardzo przystojnego instruktora, ale może to i lepiej, bo przynajmniej skupiłam się należycie na zapamiętaniu jak się daje znaki towarzyszowi. Dostałam maskę, płetwy i butlę, a potem pokonując tremę zanurzyłam się na całe 2 metry, czyli na dno basenu. I tam odkryłam, że po pierwsze woda usiłuje człowiekowi z paszczy zabrać ustnik do oddychania, więc należy go trzymać zębami porządnie, co mnie bardzo zaskoczyło. Po drugie w płetwach nie da się pływać żabką, a może i się da, ale należy umieć. Po trzecie, że instruktorka wcale nie żartowała mówiąc „tylko proszę nie zapomnieć o oddychaniu”. Po czwarte, że chyba jednak nie jest to sport dla mnie, bo jak tylko się zanurzyłyśmy na głębszej części basenu, natychmiast rozbolało mnie ucho, czego się spodziewałam znając nieprzyjemne reakcje mych uszu na starty i lądowania samolotów. Po piąte, że pływanie w płetwach jest bardzo fajne. W końcu doszłam do wniosku, że jakbym miała możliwość spędzenia takich wakacji, gdzie by się trochę żeglowało, a trochę nurkowało w jakiejś czystej i ciepłej wodzie, to mogłyby to być prawie wymarzone wakacje mego życia. Acz prawdę mówiąc, nadal uważam, że najlepszym rozwiązaniem byłby przeszczep skrzela…

Takie tam

Dziś wychodząc z metra minęłam młodzieńca na oko może lat 10, który szedł i czytał książkę. Książkę – w sensie papier i druk czarny na białym. Jest jeszcze ciągle nadzieja dla homo sapiens.

Dwadzieścia lat temu moja Mama głosowała w wiadomych wyborach. W najbliższą niedzielę ja pójdę głosować w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Nie wiem czy istnieje lepsze podsumowanie ostatnich dwudziestu lat.

Trampki

Wytrąciła mnie niedawno z równowagi pani, za którą szłam ulicą, a która miała na nogach kolorowe trampki. (To się zdaje się teraz nazywa „Converse”, ale w czasach mej młodości mówiło się na ten obuw „trampki” i nie wiem co to komu przeszkadzało.) A kiedy piszę „kolorowe”, mam na myśli różnokolorowe, mianowicie jeden był pomarańczowy, a drugi zielony. Obydwa w odcieniu, który w potocznej polszczyźnie obrazowo zwany jest „żarówiastym”. Ten brak pożądanej w obuwiu symetrii zaskoczył mnie na tyle, że nawet przyspieszyłam kroku, aby się upewnić, że to nie jest jedynie jakiś figiel płatany mi przez prawa optyki, ale nie. Odrzuciłam przypuszczenia, że pani jest daltonistką, co było bardzo mało prawdopodobne, oraz że ktoś jej złośliwie schował po jednym bucie od pary, albo po prostu nie mogła ich znaleźć w bałaganie, co było zbyt prozaiczne. Ponieważ górny wystrój pani był też bardzo kolorowy, doszłam do wniosku, że nietypowe zestawienie obuwnicze jest zamierzone, i przypomniałam sobie, że w niesłychanie zamierzchłych czasach mego dzieciństwa posiadałam parę adidasków. Na czubku jednego było napisane „Go!”, a drugi głosił „Stop”. Bardzo mnie to wtedy bawiło. Zadumałam się przy tej okazji nad precyzyjną definicją pojęcia „para butów”, bo nasuwające się „dwa buty, z których jeden jest lustrzanym odbiciem drugiego” jak widać do moich adidasków się nie stosowało, definicję należałoby więc rozszerzyć. Otwartym pozostaje tylko pytanie, czy różnokolorowe trampki powinny się w tej definicji mieścić czy już nie…