Cud mniemany

Niczego się nie spodziewając wyjęłam z skrzynki informację, że jest do mnie paczka, i zamarłam. Paczka? Jaka paczka? „A może… czyżby…” wychynęła z głębi czaszki nieśmiała nadzieja. „Nie, nie, nie, to niemożliwe”, odrzuciłam nadzieję jako niezorganizowaną. „A jednak… może w końcu… przecież nie czekasz na żadną inną paczkę…” obstawała przy swoim nadzieja. „Nie i już. Idź sobie. Już się pogodziłam z tym, że tamta zaginęła, przepadła, nie ma, nie będzie” – przeganiałam nadzieję uparcie.

Dziś rano napadłam dozorcę, czy naprawdę ma dla mnie paczkę. Miał. I TAK. To była TA paczka! Ta z książkami, wysłana 15 czerwca z Polski według stempla pocztowego, a we Francji odebrana dnia 24 czerwca według kolejnej skrzętnie umieszczonej na niej informacji. Co moja paczka robiła w dniach między 25 czerwca a 30 lipca, tego nikt nie wie. Wyobrażam sobie, że zwiedzała Francję, jak ten krasnolud ogrodowy z „Amelii”. Tydzień gdzieś koło Nicei, tydzień w Bretanii, tydzień w Alpach. Wakacje w końcu są, ma prawo. Grunt, że zdecydowała się w końcu dotrzeć w miejsce przeznaczenia, prawda?

Dojazd

Zapałałam nagłą i gwałtowną miłością do mego samochodu, zdecydowałam się w końcu bowiem pojechać nim do pracy. Nie robiłam tego wcześniej, bo przecież KORKI oraz brak miejsc do parkowania. Ale jest lato, co oznacza, że korki w stołecznej okolicy są mniejsze, a z drugiej strony komunikacja miejska kursuje rzadziej, i muszę obecnie: czekać na RER numer 1, tłuc się nim (w upale, nagabywana przez coraz liczniejszych i nachalniejszych żebraków) pół godziny, czekać na RER numer 2, wcisnąć się do niego cudem, co nie zawsze się udaje, w ścisku jechać kolejny kwadrans (przynajmniej dla żebraków nie ma już miejsca), następnie przesiąść się na tramwaj, poczekać sobie na jego przyjazd i odjazd, i przejechać nim kolejne trzy przystanki. Samo opisywanie mnie już zmęczyło, a nie uwzględniłam w tym planie dowozu potomka do żłobka, co samo w sobie jest skomplikowaną operacją logistyczną. Tymczasem do auta wsiadłam dziś o godzinie 8:08, w biurze byłam zaś o 9:06, i odkryłam w ten sposób, że do pracy można PRZYJŚĆ, a nie się dowlec podpierając nosem. Oczywiście nadal spędzam paręnaście minut w korkach, ale i tak bilans nie pozostawia wątpliwości. Nawet mimo cen benzyny. We wrześniu to ulegnie zmianie, więc nie należy się przyzwyczajać do luksusu.

Słabujący prezydent

Rzuciwszy wczoraj okiem na dziennik wieczorny dowiedziałam się, że prezydent francuski w niedzielę podczas joggingu zasłabł i tragfił do szpitala, gdzie go przebadano i w poniedziałek wypuszczono. Telewizor pokazał dokumenty i poinformował, że Sarkozy’emu zrobiono koronografię, nie odkryto żadnego powodu zasłabnięcia, i nie ma ono żadnych konsekwencji dla prezydenckiego zdrowia. Zasłabnięcie było spowodowane wyłącznie upałem, przemęczeniem i stresem, prezydentowi zalecono więc lekki odpoczynek. Nie zostały mu też przepisane żadne leki. Najpierw trochę zdębiałam zastanawiając się czy w tym kraju nie obowiązuje tajemnica lekarska, potem poszłam po rozum do głowy, że w przypadku prezydenta sporego kraju to są jednak informacje, których nie należy ukrywać. A następnie znów trochę zwątpiłam, bo niby co właściwie przeciętny obywatel francuski oglądąjący wiadomości telewizyjne mógłby zrobić z taką informacją? Plan B na wypadek ciężkiej choroby lub wręcz nagłego zgonu głowy państwa na pewno gdzieś jest, i to starannie opracowany, bo być musi. Na co więc nam mogą być potrzebne szczegóły? Osobiście bym nie chciała, żeby o każdym moim zasłabnięciu debatowano w telewizji, ale ja w końcu prezydentem być nie zamierzam, i to w żadnym kraju.

Kwestia polska a chodnik ruchomy

Polaka w pojedynkę na ulicy nie rozpoznam, wtapia się w tło. Ale
Polaków w grupie już zdecydowanie łatwiej zauważyć, choć nie umiałabym
logicznie wyjaśnić, na czym to polega. I tak, kiedy ostatnio na
ruchomym chodniku na stacji Chatelet spostrzegłam grupkę w mieszanym
wieku, stojącą po lewej stronie chodnika i w ten sposób skutecznie
blokującą przejście innym (przyznaję, napisy „proszę trzymać się
prawej” są wyłącznie w języku francuskim, co mnie zresztą nieraz
dziwiło), natychmiast coś w mojej głowie powiedziało „o, Polacy”. „Eee,
rodacy by tak po lewej stronie nie stali jak głupki” – niepewnie spróbowałam
polemizować z głosem we własnej głowie, ale kiedy się zbliżyłam do grupki, pan o twarzy swojsko
przaśnej nie pozostawił mi miejsca na wątpliwości, bo w języku moim
ojczystym orzekł z wielką satysfakcją
– ONI to się śpieszą, a my nie!
Przeszłam mimo i spróbowałam jeszcze samą siebie przekonać, że na pewno
wracali właśnie z Londynu, stąd ta lewa strona. Na pewno.

Francuzów podejście do kapitalizmu

Spotykają mnie w życiu niespodzianki, niestety niekoniecznie przyjemne. Kolega mój z pracy znienacka postanowił się zwolnić. Bywa, nawet w czasach kryzysu. Problem polega na tym, że jeżeli ja znam powiedzmy 50% naszego projektu, nad którym już od dwóch lat ślęczymy w zmiennej obsadzie, to on zna drugie 50%; a nie jest to wiedza, którą się nabywa beztrosko w ciągu tygodnia. W dodatku koleżanka, która naszą wiedzę uzupełnia, za tydzień idzie na macierzyński, a czwarty kolega jakiś miesiąc temu został przez pracodawcę pożegnany, bo miał zwyczaj przychodzić do pracy pod wpływem alkoholu. Jeśli to wszystko podsumować, okazuje się, że w projekcie zostaje osoba JEDNA i co prawda ona jest z Polski, ale jednak nie cudotwórczyni.

Z koleżanką w stanie podwójnym negocjować się oczywiście nie da, więc zasugerowałam szefowi, żeby w takim razie może ponegocjować z kolegą. Wprawdzie on jest na niezłej pozycji, będąc poniekąd niezastąpionym, ale może być jednak warto trochę ustąpić, żeby go przynajmniej jeszcze jakiś czas zatrzymać. I co mi szef odpowiedział?
– Jak on chce iść, to niech sobie idzie, ja go trzymał nie będę, i w ogóle to nie chcę żeby tu siedział jeszcze trzy miesiące, bo i tak nie będzie pracował!
Ręce opadają. Nie ma to jak się śmiertelnie obrazić na pracownika za wydumany brak lojalności.

Ta historia może trochę tłumaczy, dlaczego na Francuzach nie da się w żaden sposób wymóc na przykład podwyżki metodami, które wszędzie indziej w cywilizowanym świecie się sprawdzają, ale dlaczegoś zupełnie mnie nie bawi.

Blog podobny

Trochę mnie przygnębiło odkrycie, że naciśnięcie „podobny blog” na tej szarej belce, która się znienacka znikąd pojawiła tam na górze, prowadzi do
blogów ludzi, którzy piszą razem „nie wiem”, „na razie” albo „na
pewno”. Prowadzi też do blogów ludzi, którzy piszą „ZDAŁAM MATURĘ”
(poproszę nagrodę za wstrzemięźliwość – udało mi się powstrzymać przed
napisaniem komentarza „ale jakim cudem, skoro nie umiesz poprawnie napisać
‚na pewno’?”; czy byłaby to już starcza zgryźliwość?). Ale to jeszcze
nic. Trafiłam również do ludzi, którzy potrafią napisać „przyczółek”
przez „u” i się tego bynajmniej nie wstydzić. Ale to nadal jeszcze nic. Kolejny
podobny do mojego blog na jaskrawym żółtym tle oznajmiał, że prowadzi
go osoba od dwóch miesięcy pełnoletnia, która uważa, że „życie jest
kurewskie”. Następny bloger zaś miał inny pogląd na tę sprawę, napisał
bowiem co następuje „Życie jest jak pierdolona sinusoida..” Po tym
doświadczeniu trochę bałam się już naciskać guzik o nazwie „podobny blog” i
słusznie, bowiem tym razem trafiłam do osoby wielkimi literami
stwierdzającej „moja psychika jest z niechartowanego szkla” (pisownia
oryginalna). Ale to wszystko to naprawdę jeszcze nic. Poważnego szoku
doznałam, kiedy okazało się, że mój blog podobny jest do bloga fanów
telefonów Sony Ericsson! W którym miejscu, ja rozpaczliwie zapytuję?
Żeby chociaż Nokii, ale nie – Sony Ericsson.

(Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że wśród odwiedzonych przeze mnie
około trzydziestu – przypadkowych, jak mniemam – blogów znalazły się trzy
napisane poprawnie i nawet dość interesujące na pierwszy rzut oka. Nie
jest aż tak źle.)