Dziś o poranku

Jowialny starszy pan, któremu pomogłam zwalczyć oporny bankomat, wziął mnie za mieszkankę…
– Jugosławia! Nie, to już nie Jugosławia… Chorwacja!
– Nie…
– Serbia! Bo ja mam tylu przyjaciół w Jugosławii…
– Nie, bardziej na północ.
– Na północ, na północ… Hmm… Litwa!
– Blisko. Pologne!
– Och Pologne, no tak! Tam pijecie wódkę i nie ma gdzie odstawić kieliszka i trzeba stać z kieliszkiem w ręce i wszystko wypić! A jak to się mówi po waszemu, jak się wznosi toasty?
– Na zdrowie.
– O tak właśnie, na zdrowie, tak. Na zdrowie!

I tym miłym akcentem żegnam się z Państwem, udaję się bowiem na zasłużone wakacje – oczywiście tam, gdzie nikt mnie nie zapyta, skąd jestem.

Czego można się dowiedzieć w upalny wieczór

Kiedy wyjść z Les Halles w kierunku północnym, i iść rue Montmartre na północ, czyli w stronę Montmartre, to po lewej stronie napotyka się sklep La Coccinelle, i chyba niewielu ludzi z Polski nie wybuchnie na ten widok radosnym i niewytłumaczalnym śmiechem, ku konsternacji swego towarzystwa francusko – marokańsko – hinduskiego.

Kiedy następnie zasiąść nieco dalej po parasolami Café Noir, gdzie zainstalowane są spryskiwacze skrapiające klientów co parę minut wodą – duża przyjemność, bo to właśnie najgorętszy wieczór tego lata – można się dowiedzieć, że „ale przecież nie ma alternatywy dla iPhone!” i zrobić dziwną minę, powstrzymując się przed wyciągnięciem osobistej nokii, która za chwilę skończy lat pięć. A wcześniej można się dowiedzieć, że istnieją ludzie, którzy od lat trzech zamieszkują okolice paryskie, pracowali półtora roku w ścisłym centrum miasta Paryż, i nigdy nie widzieli kościoła St. Eustache ani nie byli w Luwrze. Lecz przynajmniej wyrażają niekłamany zachwyt kościołem.

A na sam koniec absolutnie nie do przebicia okazuje się informacja, że mianowicie mój osobisty szef, a nawet właściciel całego tego biznesu, w którym pracuję, posiada również… klub nocny. W centrum Paryża. A ponieważ nasza firma zarządzana bywa rozmaicie, by ująć to bardzo eufemistycznie, i podobno na ogół przynosi przychód zdecydowanie bardziej ujemny od rzeczonego klubu, od wczorajszego wieczoru bawię się myślą, KTO mianowicie płaci moją pensję, przynajmniej w części. I kto by się tego spodziewał.

Nacja

Uznałam, że jedynym pisarzem, który nie będzie mnie drażnił po Stephensonie jest Pratchett, i miałam rację, oraz nawet wstrzelił mi się w tematykę, bo „Nacja” się dzieje mniej więcej w XVIII wieku. Wprawdzie mocno alternatywnym, ale Newton jest tam wymieniony parokrotnie. Poza tym to jest bardzo sympatyczna i niegłupia książka dla młodszej młodzieży (tej zdecydowanie nastoletniej), którą dorośli też mogą sobie przeczytać, chociaż bez takiego zachwytu jak Świat Dysku (nie tłumaczył jej PWC, co też pewnie swoje robi). Ona ma w sobie coś takiego jak książki Edith Nesbit albo te o Mary Poppins, więc podejrzewam, że gdyby Pratchett ją był napisał, kiedy miałam 10 lat, byłabym zauroczona. Ale skoro ją napisał teraz, musiałam przeczytać ją teraz, i mogłabym się do tego wcale nie przyznawać, ale może ktoś będzie szukał fajnej lektury dla swego potomstwa lub innych zaprzyjaźnionych dzieci w odpowiednim wieku, i skorzysta.

Człowiek-żaba

Jako stworzenie w dużej mierze wodne, o czym już niedawno pisałam, powinnam była przez Matkę Naturę zostać wyposażona przynajmniej w płetwy i błony pławne. Przez jakieś urzędnicze niedopatrzenie nie zostałam, nad czym ubolewałam długo, aż w końcu udałam się do sklepu sportowego, a w nim do działu ze sprzętem do pływania – w poszukiwaniu takich małych wiosełek przypinanych do dłoni, które zaobserwowałam u współpływaków na moim basenie. Wiosełka znalazłam, i owszem, ale tuż obok nich wisiało coś, co mnie natychmiast urzekło. Wyglądało jak rękawiczka dla żaby.  Uznałam, że to Los sam mnie do sklepu sprowadził i palcem pokazał, bez namysłu wydałam na to ustrojstwo posiadane środki płatnicze, i poszłam na basen wypróbować zakup. Pierwsze 600 metrów zajęła mi nauka posługiwania się nowymi dłońmi. Teoria prosta, z praktyką zaś gorzej, bo na przykład mój łokieć zyskał dziwną tendencję do wychylania się z wody. Kiedy już opanowałam łokieć i przestałam myśleć o tym co mam na dłoniach, okazało się, że w ciągu godziny przepłynęłam 200 metrów więcej niż zwykle, co nie jest zapewne rezultatem oszałamiającym, ale jednak wymiernym. Poza tym przyjemnie mnie bolały mięśnie ramion, zjawisko o tyle zastanawiające, że ich nie mam. Niestety już mniej przyjemnie boli mnie też coś między łopatkami. Ciekawe, czy żaby mają jakieś mięśnie między łopatkami…

Nad kukułczym

A na przykład kiedy Państwo ostatnio widzieli Jacka Nicholsona w „Locie nad kukułczym gniazdem”? Bo ja w ten weekend. Co prawda z dubbingiem francuskim, a jakże, ale Nicholsonowi nawet to nie mogło zaszkodzić. Znów się zdumiałam, jaki Nicholson był przystojny, i jak ten film się ani trochę nie zestarzał. Tak tak, wiem, naciągany tu i tam, tendencyjny ówdzie – ale nie ufałabym nikomu, kto twierdzi, że mu się nie podoba…

Epos o hamulcu

Zepsuł mi się nagle hamulec w wózku. Miał chyba prawo po roku używania, choć nie tak znów intensywnego. Oms hamulec rozkręcił i stwierdził, że to tylko kwestia pedału, któremu się pono ułamał jakiś ząbek. Naiwnie uznałam, że to pół biedy, skoro cały mechanizm jest w porządku, i poszłam na internet, jak to człowiek współczesny odruchowo czyni. Na internecie stwierdziłam, że nikt nie miał podobnego problemu, lub się na piśmie nie przyznał. Za to odkryłam, że istnieje podobno bardzo dobry serwis wózkowy, niestety znajdujący się dokładnie po przeciwnej stronie miasta niż mieszkam oraz pracuję, i czynny oczywiście w godzinach 10-18, przez co dla mnie bezużyteczny.

Poszłam na stronę producenta (wiodącego francuskiego), i stwierdziłam, że nie ma tam nic ciekawego poza gorącymi zapewnieniami, że są najlepsi i dbają o klienta jak nikt. Oraz numerem telefonu do obsługi klienta. Zadzwoniłam. Powiedzieli mi „a to niech pani idzie do jakiegoś sklepu, gdzie nasze wózki są sprzedawane, i tam złoży zamówienie na tę część”. Wzięłam listę sklepów z ich strony i poszłam do jednego. Okazało się, że niestety właśnie się zamykają na urlop. Poszłam do drugiego… i zdumiałam się wielce widząc, że wcale nie jest to sklep z wózkami ani niczym zbliżonym tematycznie. W wyniku indagacji okolicznej ludności okazało się, że owszem – kiedyś był. Poszłam do trzeciego, gdzie zafrasowali się wielce i rzekli, że oni się dowiedzą i zadzwonią do mnie. Nie ufając ich oddzwanianiu (słusznie, jak następny tydzień pokazał) poszłam do czwartego, gdzie zażądali ode mnie paragonu. Rzekłam, że paragonu nie mam, bo minęło półtora roku, i ja zapłacę, niech tylko sprowadzą mi ten pedał. Upierali się, że muszę mieć paragon, bez paragonu nie zamówią.

Na tym etapie się już naprawdę zmęczyłam i kazałam Omsowi jakoś załatwić sprawę. Posłałam go do sklepu obok niego. Za pierwszym razem poszedł bez wózka i dowiedział się, że jak przyjdzie z wózkiem, to oni wezmą go do naprawy, która potrwa ze trzy tygodnie, ale dostanie wózek zastępczy. Za drugim razem poszedł z wózkiem i faktycznie oddał go do naprawy, ale wózka zastępczego nie dostał, bo akurat nie było. Mają zadzwonić jak będzie. Aktualnie więc nie mam wózka w ogóle i nie wiem czy ten stan ulegnie zmianie w ciągu najbliższego miesiąca, chyba że kolejne kilkaset euro zainwestuję w całkiem nowy wózek, co pewnie należało zrobić od razu…

Cykl Barokowy

Kończę „Cykl Barokowy„, ale nadal umiem tylko napisać, że kocham Stephensona; i kochałabym go nawet gdybym nie wiedziała, że każdą literkę w tych trzech obszernych tomach (po polsku wydanych jako 8) napisał odręcznie wiecznym piórem. To trzeba być kompletnym wariatem. Ale i tak chciałabym mieć chociaż przez pięć minut w głowie to co miał on, choć jestem przekonana, że każdego, kto nie jest Stephensonem, to musi prowadzić do natychmiastowego obłędu w postaci czystej. Chciałabym wiedzieć jak się konstruuje taki świat, logiczny i przejrzysty, częściowo prawdziwy, częściowo zmyślony, z intrygami godnymi „Trzech muszkieterów” i „Hrabiego Monte Christo”, z postaciami prawdziwszymi niż większość mijanych na ulicy – i nade wszystko z pochwałą Rozumu. Choć jednocześnie Stephenson bynajmniej nie stroni od krytyki homo sapiens, stworzonego przezeń społeczeństwa i jego przesądów. Łagodnie się naśmiewając pokazuje ewolucję Starego Świata w Nowy – a może pokazuje też, że Stary i Nowy wcale nie są tym, czym się wydają. A być może cała prawda o homo sapiens sprowadza się do wieloletniego ognistego sporu Newtona i Leibniza, dwóch wielkich umysłów swej epoki, o bagatelę – pierwszeństwo w wynalezieniu rachunku różniczkowego.

Najzabawniejsze, że on w tych ostatnich tomach dopiero się rozkręca. Jak na kolejce górskiej, coraz szybciej wiezie nas w czasy, w których toczyła się walka o angielski tron i pieniądz, alchemia przemieniała się we współczesną naukę, rudobrody Enoch Root pojawiał się zawsze we właściwym miejscu i czasie, a po wodach mórz i oceanów pływała Minerwa o kadłubie obitym złotem Salomona. Chciałabym bardzo, żeby kontynuował swoją porywającą opowieść. Żałuję strasznie, że to już koniec. Wszystkie inne książki będą mi się po tej wydawać blade.

Jak się masz

W piątek byłam na grillu, w otoczeniu przeważnie Francuzów, choć gospodarz był interesującym Marokańczykiem, szalenie miłym i pięknookim, ożenionym z blond Niemką, co jednak nie zdarza się codziennie. Według jego słów „mieszkaliśmy już w Maroku, mieszkaliśmy w Berlinie, ale w Berlinie mi się nie podobało, to teraz mieszkamy we Francji”. Jego sąsiad (młody Francuz) zapytał skąd jestem, uzyskał odpowiedź, i rzekł z dumą całkiem zrozumiale po polsku
– Jak się masz!
Należycie pochwaliłam zdolności lingwistyczne, a potem poczekałam na jakieś standardowe „a bo moja babcia jest z Krakowa”, jak mi się to tu zdarza w połowie przypadków; ale chłopak trochę mnie jednak zaskoczył, gdy rzekł
– Bo ja pracowałem w Anglii!
Przytaknęłam z całkowitym zrozumieniem, a potem wybuchnęłam śmiechem widząc miny reszty, dla której to zabrzmiało mniej więcej jak „czeskiego nauczyłem się oczywiście w Finlandii”. Na ich użytek dorzucił wyjaśnienie
– Pracowałem tylko z Polakami, a w ogóle to tam są całe miasteczka zamieszkane wyłącznie przez Polaków…
Francuzi bardzo się zdziwili. Trochę mniej miło się zrobiło, kiedy dodał, że Anglicy są z tego powodu wściekli, ale wtedy już chytrze zmieniłam temat.

Street View

Jedno z najdziwniejszych przeżyć ostatnich miesięcy oferuje mi googlowy street view (w google maps, żółty ludzik). Sprawdzam sobie tam otóż czasem jak wygląda okolica, którą mam odwiedzić, i szukam adresu, a potem wysiadam na nieznanej mi stacji. W tym miejscu jestem po raz pierwszy i doskonale o tym wiem, a jednak jest mi już znane: wiem z góry, gdzie mam skręcić i co będzie za rogiem. Uczucie jest trochę takie jak czasem zdarza się we śnie, kiedy jednocześnie znamy wyśnione miasto, i świetnie wiemy, że nigdy tam nie byliśmy. Nie bardzo wiem czym się to różni od oglądania obcych miejsc na przykład w telewizji czy na zdjęciach – być może jednak podstawową różnicę czyni możliwość interaktywnego obejrzenia sobie dowolnie wybranego kawałka okolicy, a nawet wirtualnego poszukania numeru domu…

Interpretacja potrzebna

Mogliby mi Państwo jakoś logicznie wytłumaczyć, dlaczego mianowicie śniło mi się, że byłam bardzo młodą i bardzo drobną Azjatką, panienką do towarzystwa na gigantycznym promie kosmicznym, która postanowiła, że aby zapewnić sobie przyszłość musi znaleźć kandydata na męża i skłonić go do ożenku. Kandydata nawet jednego znalazłam, nieco starszego Azjatę, ale po bardzo udanej eleganckiej kolacji oświadczył, że niestety nie możemy dzisiaj kontynuować tej znajomości i związku skonsumować, albowiem feng shui mówi, że to nie jest odpowiedni moment i mogłoby to ściągnąć wielkie nieszczęście na nasze głowy. Jego postawa zbulwersowała mnie tak, że sobie poszłam prychając gniewnie, skreśliłam go z listy kandydatów na męża, i się obudziłam.