Jak się masz

W piątek byłam na grillu, w otoczeniu przeważnie Francuzów, choć gospodarz był interesującym Marokańczykiem, szalenie miłym i pięknookim, ożenionym z blond Niemką, co jednak nie zdarza się codziennie. Według jego słów „mieszkaliśmy już w Maroku, mieszkaliśmy w Berlinie, ale w Berlinie mi się nie podobało, to teraz mieszkamy we Francji”. Jego sąsiad (młody Francuz) zapytał skąd jestem, uzyskał odpowiedź, i rzekł z dumą całkiem zrozumiale po polsku
– Jak się masz!
Należycie pochwaliłam zdolności lingwistyczne, a potem poczekałam na jakieś standardowe „a bo moja babcia jest z Krakowa”, jak mi się to tu zdarza w połowie przypadków; ale chłopak trochę mnie jednak zaskoczył, gdy rzekł
– Bo ja pracowałem w Anglii!
Przytaknęłam z całkowitym zrozumieniem, a potem wybuchnęłam śmiechem widząc miny reszty, dla której to zabrzmiało mniej więcej jak „czeskiego nauczyłem się oczywiście w Finlandii”. Na ich użytek dorzucił wyjaśnienie
– Pracowałem tylko z Polakami, a w ogóle to tam są całe miasteczka zamieszkane wyłącznie przez Polaków…
Francuzi bardzo się zdziwili. Trochę mniej miło się zrobiło, kiedy dodał, że Anglicy są z tego powodu wściekli, ale wtedy już chytrze zmieniłam temat.

Street View

Jedno z najdziwniejszych przeżyć ostatnich miesięcy oferuje mi googlowy street view (w google maps, żółty ludzik). Sprawdzam sobie tam otóż czasem jak wygląda okolica, którą mam odwiedzić, i szukam adresu, a potem wysiadam na nieznanej mi stacji. W tym miejscu jestem po raz pierwszy i doskonale o tym wiem, a jednak jest mi już znane: wiem z góry, gdzie mam skręcić i co będzie za rogiem. Uczucie jest trochę takie jak czasem zdarza się we śnie, kiedy jednocześnie znamy wyśnione miasto, i świetnie wiemy, że nigdy tam nie byliśmy. Nie bardzo wiem czym się to różni od oglądania obcych miejsc na przykład w telewizji czy na zdjęciach – być może jednak podstawową różnicę czyni możliwość interaktywnego obejrzenia sobie dowolnie wybranego kawałka okolicy, a nawet wirtualnego poszukania numeru domu…

Interpretacja potrzebna

Mogliby mi Państwo jakoś logicznie wytłumaczyć, dlaczego mianowicie śniło mi się, że byłam bardzo młodą i bardzo drobną Azjatką, panienką do towarzystwa na gigantycznym promie kosmicznym, która postanowiła, że aby zapewnić sobie przyszłość musi znaleźć kandydata na męża i skłonić go do ożenku. Kandydata nawet jednego znalazłam, nieco starszego Azjatę, ale po bardzo udanej eleganckiej kolacji oświadczył, że niestety nie możemy dzisiaj kontynuować tej znajomości i związku skonsumować, albowiem feng shui mówi, że to nie jest odpowiedni moment i mogłoby to ściągnąć wielkie nieszczęście na nasze głowy. Jego postawa zbulwersowała mnie tak, że sobie poszłam prychając gniewnie, skreśliłam go z listy kandydatów na męża, i się obudziłam.

Pisane budyniem

Mój synu, już ponad rok minął, odkąd jesteśmy razem, a ja nadal czasem
nie mogę uwierzyć, że jesteś – a już wcale, że kiedyś Cię nie było.
Każdego dnia uczysz się czegoś ode mnie i świata, każdego dnia uczysz
mnie czegoś. Bałam się kiedyś głupio, jak ja właściwie sobie będę
radzić z jakimś dzieckiem, przecież ja nie umiem i dzieci nie lubię – a
nikt mi nie mówił, że to nie będzie jakieś dziecko, że to będziesz Ty.

A choćbym mówiła językami ludzi i aniołów, a Ciebie bym nie miała, stałabym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.

I kto by pomyślał, że tak mi będzie dobrze z facetem, który interesuje
się głównie klaskaniem własnymi stopami, a jego zdolności konwersacyjne
ograniczają się do – prawda, że pełnego ekspresji – „maa” lub „bababa”
czy „dzia-dzia”. I kto by przypuścił, że zakocham się tak bardzo i tak
nieodwracalnie w drobnym niebieskookim blondynie, zdecydowanie przecież
nie mój typ faceta. Jestem rozdarta między niecierpliwością, żebyś już
urósł i żeby można było z Tobą pogadać po ludzku, a między pragnieniem,
żebyś został na zawsze taki malutki ze stópką w paszczy. Jeszcze tego
nie wiesz, ale lubię Cię bardzo, mój synu.

Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą.