Francuski, angielski

Budzę się mając jeszcze w uszach słowa ze snu, i w końcu wiem na pewno,
że śni mi się po francusku. Czas chyba najwyższy, bo za parę dni minie
3,5 roku od kiedy tu mieszkam. Choć trudno w to uwierzyć,
to kalendarz chyba nie kłamie, choć patrzę nań z ukosa i podejrzliwie.

Dla przeciwwagi językowej zabieram więc do auta Durrella
w oryginale, i chichoczę stojąc w korkach, i śmieję się pełną piersią
stojąc w korkach, i na przestrzeni 30 km aut stojących jedno za drugim
jestem z całą pewnością jedyną osobą, która żałuje, że już
ruszamy. Oraz jedyną, która z tego poranka zamiast spalin i
niekończącego się cyklu „jedynka – hamulec – jedynka” zapamiętuje
grecką wyspę i willę w kolorze truskawki. „Kto czyta, żyje
wielokrotnie” – a przynajmniej przez chwilę gdzie indziej.

Eskorta

Ależ miałam dziś śliczną eskortę w drodze do pracy. Czterech na motorach, jeden miał piękny biały motor z wielkimi lusterkami, które wyglądały jak skrzydła, i do tego biały kask oraz granatowy mundur policyjny, a trzej pozostali zielone kamizelki odblaskowe i skromniejsze motocykle. Jechali karnie w idealnym szyku tworząc zgrabny kwadrat, z prędkością 70-80 km/h, i mieli w sobie coś takiego, że nikt nie ośmielał się jechać szybciej. Niestety potem wpadliśmy w korek i znikli mi z oczu.

Samochodowy atlas kobiet

Korki, te podparyskie tłuste, dobrze odżywione, straszliwe korki, postrach wszystkich, zmora i koszmar senny na jawie dręczący nieszczęsnych kierowców. Wszystko już o nich napisano, i cóż więcej dodać. A jednak mają jedną zaletę. Jedną jedyną. Można w nich otóż czynić to, czego normalnie prowadząc auto robić się nijak nie da: czytać. W ten właśnie sposób w ciągu ostatnich trzech tygodni udało mi się strona po stronie przeczytać „Kieszonkowy atlas kobiet” Sylwii Chutnik i pewnie już zawsze będzie mi się kojarzył ze smrodem spalin wokół i odgłosami niecierpliwych klaksonów.

Jak zawsze wzdragam się przed pisaniem o czymś, co zostało szeroko rozreklamowane, bo wiadomo – pochwalę, powiedzą, że chwalę tylko dlatego, że wszyscy chwalą; zganię, powiedzą, że się czepiam i usiłuję na siłę być oryginalna, bo wszyscy chwalą. Postaram się zatem zachowac umiar i powiem, że podobało mi się – nawet na początku uznałam, że Paszport Polityki jest zasłużony, a to już coś, bo ja oczywiście od lat wiernie kibicuję w tej materii Dukajowi. Potem zresztą pomyślałam „Paszport to oznacza, że powinni ją tłumaczyć, ale mam nadzieję, że na francuski jej nie przetłumaczą, bo bym się musiała wstydzić” – i zaraz się sama zganiłam, bo kto jak kto, ale Francuzi akurat też miewają kloszardów i wariatów. To było przy tej pierwszej części, o Mańce-wariatce, nieudanej handlarze bazarowej. Ruszyło mnie też, że Chutnik, urodzona 35 lat po wojnie, ośmiela się pisać o Powstaniu Warszawskim, i JAK to robi – że człowiek, który czytał już i Borowskiego i Grzesiuka, jednak znów czuje się osobiście dotknięty. Może zresztą nie człowiek, tylko kobieta, i w tym sedno.

Bardzo szczególna jest konstrukcja tej książki, w ogóle trudno to nazwać literaturą – niby to są 4 opowiadania powiązane miejscem akcji, ale z Chutnik co chwila wyłazi temperament publicystyczny. To miejscami bardziej reportaż niż proza. Stąd zresztą tytuł, bo co chwila pojawiają się wytłuszczone nazwy kolejnych kategorii kobiet polskich, zabieg bardziej prasowy niż literacki. Zdarzają się zresztą w tym tekście takie gazetowe uproszczenia, nazbyt oczywiste skojarzenia, passusy z satysfakcją dowodzące założonej z góry tezy, i to chyba najpoważniejszy zarzut. Ale to nie styl rzuca się tutaj najbardziej w oczy, tylko naprawdę niewiarygodny zmysł obserwacji i cudownie uchwycony sposób mówienia ulicy (i nie ma to nic wspólnego z Masłowską, tylko za to już chapeau bas się należy). Samo to dostarcza przy czytaniu wiele niekłamanej radości. Jestem ciekawa, co dalej zaprezentuje nam Chutnik, i czy na coś zamieni ten publicystyczny styl. Ale mam nadzieję, że ten jej dar obserwacji się nie zmarnuje.

Nie

Nie uwierzą Państwo, co zrobili Francuzi tym razem. W to się nie da na trzeźwo uwierzyć, nawet znając Francuzów i ich możliwości. I to nie jest żart primaaprilisowy. Nakręcili film. Tak, to niby jeszcze nic, ale… oni nakręcili film na podstawie Mikołajka.
Tak, tego Mikołajka.
Normalny film z aktorami.
Widziałam reklamy na autobusach. Musiałam je dziesięć razy obejrzeć, aby uwierzyć…

Z pocztą głosową uważaj

Straszliwy pomysł ma takie jedno radio lokalne (które się nazywa Fun Radio, więc od razu wiemy z czym mamy do czynienia i jak bardzo autorzy poważają ustawę nakazującą używać wyłącznie języka francuskiego do nazywania różnych rzeczy), a mianowicie uruchamia numer komórki, który każdy słuchacz może podać dowolnej osobie. Osoba ta zadzwoniwszy natrafia na standardową pocztę głosową, więc się nagrywa, a nagranie następnie puszczane jest na antenie ku niewątpliwej radości słuchaczy. Najpierw uznałam pomysł za potworny, ale potem wysłuchawszy mimochodem paru takich wiadomości zrozumiałam, dlaczego ludzie podają bliźnim swym fałszywy numer telefonu. Dziś na przykład mieliśmy do czynienia z osobnikiem płci męskiej, ktory jękliwym głosem wysnuwał następujące zwierzenia:
– Cześć Caroline, gdzie jesteś, bo jest 19:45 i ja od dwóch godzin stoję i czekam, jestem pod twoją pracą, nikogo tu nie ma, światła są pogaszone, ciemno wszędzie, a ja wspominam ten wieczór, który spędziliśmy razem, jak dobrze było być z tobą, patrzeć na ciebie…
Rozumiecie, ludzie nagrywają takie rzeczy na komórkę osoby, której prawie nie znają (skoro nie wiedzą, że podany numer jest fałszywy).

Może bym to uznała za sfabrykowane, ale sama co najmniej raz w życiu miałam do czynienia z osobnikiem, który po naszym jedynym spotkaniu pisywał do mnie maile przez następne bodaj 3 lata. Jakoś zupełnie mu nie przeszkadzało, że ja nigdy nie odpisywałam. I to wcale nie był głupi facet, obiektywnie patrząc.  A inny mój znajomy miał zwyczaj się nieszczęśliwie zakochiwać i wystawać następnie godzinami pod oknem ukochanej, na pogodę nie zważając. To też nie był ani głupi facet, ani nawet żaden nastolatek, a z zawodu dyrektor. Czyli zgodnie z zasadą „nic, co ludzkie, nie jest mi obce”, nie powinniśmy się z cudzych przywar ani nagrań na pocztę głosową wyśmiewać, jeno nad nimi zadumać…

Tylko dla wariatów

Rozwinęłam nieco twórczo metodę podnoszenia do kwadratu, którą zaprezentowała odwodnik, i tak mi się podoba, że muszę się nią z Państwem podzielić. Najpierw streszczenie uogólnionej metody odwodnik.

Jeśli chcemy podnieść do kwadratu liczbę a, to odejmujemy od niej 25, dopisujemy do tego dwa zera i zostawiamy na chwilę. Od a odejmujemy 50, podnosimy wynik do kwadratu i dodajemy do tego co nam wyszło poprzednio, i koniec. Drobną wadą tej metody jest fakt, że kwadraty liczb od 1 do 25 należy znać na pamięć, albo umieć sobie szybko policzyć innym sposobem, ale mnie ich w szkole podstawowej nauczyli skutecznie z tabliczką mnożenia i umiem do dziś. Niewykluczone, że jestem jedyna, ale staram się nie tracić wiary w ludzkość. Przykład: 62. 62-25 = 37, dopisać dwa zera: 3700. 62-50=12, 122 = 144, dodać do poprzedniego 3700+144 = 3844 i już.

A teraz moje rozwinięcie, dla liczb w okolicach 100. Otóż należy liczbę a pomnożyć przez 2 i odjąć od niej 100, dopisać do tego dwa zera i zostawić na chwilę. Następnie od a odejmujemy 100, wynik podnosimy do kwadratu i dodajemy do poprzedniego wyniku. Przykład: 109. 109 * 2 = 218, 218-100 = 118. Dopisujemy dwa zera i zostawiamy: 11800. 109 – 100 = 9, 92 = 81, dodajemy do poprzedniego: 11881. Gotowe.

Drobny pech

Niedzielny poranek zaczął się od odkrycia, że mój kostium kąpielowy, zmoczony dnia poprzedniego na basenie z synem, nadal jest mokry. Przez chwilę się ucieszyłam, że może mnie to zwalnia z obowiązku wybrania się na basen, miałam bowiem chwilowego niechcieja, ale zaraz sobie wytłumaczyłam, że i tak zaraz po włożeniu go zmoczę i żadnej różnicy nie będzie, więc nie jest to dostatecznie dobry powód, żeby wrócić do łóżka. Spakowałam wilgotny kostium i zataszczyłam swój rower na półpiętro, gdzie się okazało, że nie działa winda. Rower swoje waży i nie ma mowy o lataniu z nim po schodach, więc mamrocząc pod nosem słowa obelżywe zniosłam rower z powrotem na jego miejsce i poszłam pieszo, zabierając po drodze parasolkę, bo pogoda była niezachęcająca. Był to błąd, ponieważ niestety  beztrosko zostawiłam ją w basenowej szatni i po wyjściu już jej oczywiście nie znalazłam (niech mi teraz kto powie, że Polacy kradną, to mnie popamięta). To trzecia parasolka, którą straciłam w tym roku: pierwsza się połamała, a druga została w Warszawie, więc teraz nie mam już naprawdę absolutnie żadnej. A wkładanie na siebie wilgotnego kostiumu kąpielowego jest zdecydowanie na czele listy Rzeczy, Których Serdecznie Nienawidzę (jest tam również Piasek. Nie pytajcie.)

A potem było już tylko gorzej, i w wyniku poranka poniedziałkowego nie mam już nie tylko parasolki, ale również samochodu. Boję się myśleć, co będzie dalej.