30 października

Dzisiaj jest dobry dzień, żeby się urodzić. I choć moja filozofia uparcie twierdzi, że gatunek homo sapiens to straszliwa pomyłka Natury, to i tak wbrew niej ciągle cieszy mnie nius, że ktoś dostał właśnie w prezencie życie i kawałek całkiem niezłego wszechświata. Zwłaszcza jeśli to życie zapowiada mu się fajnie…

Luksemburski pociąg a sprawa polska

Odkryłam wczoraj, jaki wpływ na człowieka może mieć pociąg w Luksemburgu. Otóż w ramach obowiązków profesjonalnych mam klienta, a ten klient ma szefową. Szefowa, jak sama nazwa wskazuje, jest płci żeńskiej, i prawdopodobnie dlatego do kontaktów z nią dotyczących finansów moja firma zatrudniła Pięknego Juliena, o urodzie filmowej i glosie miodopłynnym. Kiedy wypowiada swoje okrągłe zdania ociekające słodyczą i się uśmiecha białozębnie, to interlokutorka musi być bardzo zdeklarowaną lesbijką, żeby się skoncentrować na sensie wypowiedzi. Piękny Julien jednak jest z Luksemburga, i przedwczoraj dwie godziny przed planowanym spotkaniem na szczycie u klienta zadzwonił oznajmiając, że właśnie uciekł mu pociąg i do Paryża nijak nie dojedzie. Żeby więc klient się nie czuł poszkodowany i zignorowany, zamiast niego udał się ze mną mój Szef Szefów (właściciel całego naszego interesu oraz klubu nocnego w Paryżu, o czym już kiedyś pisałam), wprawdzie nie tak piękny i trochę starszy, za to emanujący aurę dużych pieniędzy. Spotkanie się odbyło w miłej atmosferze, a wczoraj rano dowiedziałam się, że Szef Szefów jest bardzo pozytywnie zaskoczony tym, jak dobrze sobie radzę w swojej roli. Ucieszyło mnie to niezwykle, bo jak wiadomo, Francuzi z natury wielce krytycznie patrzą na wszystkich, którzy nie pisywali w szkole esejów w języku Moliera, i nie są skorzy do ich chwalenia. A do tego ucieszenia doszła jeszcze wieczorna wieść, że mianowicie… dostałam podwyżkę. Jeszcze się nie otrząsnęłam z zaskoczenia, bo dawanie podwyżek nie leży w ogóle w naturze francuskiej, a w dodatku mamy przecież kryzys i trąbili, żeby żadnych podwyżek się w najbliższym czasie nie spodziewać… Julienowi będę musiała chyba serdecznie podziękować, że się na ten pociąg spóźnił, bo gdyby był na czas, to Szef Szefów nadal żyłby w nieświadomości, jaki to polski diament mu się trafił.

Mroczne materie

Będąc jeszcze na wakacjach w Polsce, dawno, dawno temu, przeczytałam Pullmana „Mroczne materie”, z których pierwszego tomu zrobiono film,
i które mi już gdzieś ktoś kiedyś zachwalał, a nawet liczni ktosie.
Film mi się podobał. Pierwszy tom w związku z tym też mi się podobał.
Niestety dwa kolejne już wprost przeciwnie. I to tak
bardzo zdecydowanie mi się nie podobały, że zmusiłam się, by doczytać
do końca. Nie podoba mi się głównie to, że Pullman wsadził tam
WSZYSTKO: dajmony, anioły, wielość wszechświatów, Pył, fizykę,
metafizykę, czary, upiory, duchy zmarłych, ohydne potwory, czytnik
prawdy, odmienne rasy rozumne, czarownice, pancerne niedźwiedzie,
harpie, i już nie pamiętam co jeszcze, ale jeszcze parę rzeczy by się pewnie
znalazło. Ja jestem wierną wyznawczynią brzytwy Ockhama i takie
nagromadzenie wszystkiego mnie z założenia odrzuca. Bardzo mnie irytuje
wyjaśnianie postawionych wcześniej problemów czymś, co się nagle w toku
akcji znikąd pojawiło bez żadnego uzasadnienia. Rowling też to
można zarzucić, ale ona to robi jakoś sprytniej, ma się mimo wszystko
wrażenie spójności świata od pierwszego do ostatniego tomu, i gdyby
ktoś mi kazał między nimi wybierać, to wolałabym cykl o Harrym Potterze
(pamiętam skądś opinie, że Pullman jest lepszy od Rowling, stąd to
zestawienie). I nawet zakończenie nie ratuje „Mrocznych materii”, bo
wprawdzie nie jest to klasycznie banalny happy end, ale jest nieznośnie
melodramatyczny. Złości mnie moje wrażenie, że zmarnował kilka
świetnych pomysłów, choćby te dajmony (zwierzęce ucieleśnienie
pierwiastka płci przeciwnej, który każdy w sobie nosi), które są urocze
i świetnie wymyślone, ale summa summarum niewiele z tego wynika.
Przecudne też jest rozwiązanie kwestii dusz zmarłych – mało jak na trzy tomy.

Istnieje również możliwość, że po prostu właśnie wyrastam z fascynacji
fantastyką (niektórzy powiedzą „najwyższy czas”, ale ja mam na ten
temat własne zdanie). Nie omieszkam tego sprawdzić jeszcze parokrotnie.

Si non è vero…

Dodatkiem do obiadowej barrakudy (bardzo smaczna ryba, notabene) była opowieść nastepująca: na Małych Antylach nie ma synagogi, ale zebrało się tam ongiś grono żydów. Zamiast synagogi wynajęli sobie dyskotekę, żeby świętować szabat. Lokal w podziemiu, upał. Jest oczywiście klima, ale… akurat niewłączona. Trzydziestu żydów stoi więc nad klimą i duma, bo w szabat nie wolno im wciskać żadnego guzika, nawet tego od klimy. Jakby był tam jeden, to może by i zgrzeszył, ale wiadomo, w takim gronie żaden się nie wychyli, prędzej wyparuje. W końcu poszedłszy po rozum do głowy zawołali pracownika lokalu, który żydem nie był i mógł im wcisnąć tyle guzików, ile sobie życzyli. Niestety – może z tego gorąca nie przemyśleli sprawy dokładnie, i kiedy się zjawił, zamiast mu wyjaśnić sytuację wskazali guzik i rzekli „wciśnij!”. Chłopak był nie w ciemię bity: w obliczu trzydziestu osób, które nad nim stały wyczekująco, i polecenia „wciśnij!” zrobił to samo, co zrobiłabym ja i pewnie wielu z Państwa. Odrzekł mianowicie „sam wciśnij” i uciekł.

Dumna i uprzedzona

Żeby nie było wiecznie o książkach, to będzie o dvd. Nabyłam sobie ostatnio „Dumę i uprzedzenie” w wersji miniserialu BBC, bo Helena mi kazała, i przystąpiłam do oglądania. Uprzedzona bardzo, ponieważ szalenie podobała mi się nowsza wersja kinowa z Keirą Knightley. Obiektywnie ona jest średnia, ale Keira w moich oczach wszystko rekompensuje, więc wszystko się we mnie buntowało na myśl o tym, że mam oglądać „Dumę i uprzedzenie” z kimś innym w roli Lizzie. Niezbyt długo się jednak buntowało, bo to jest z pewnością jedna z najgenialniejszych ekranizacji czegokolwiek. Jest strasznie śmieszna, i ma w sobie całą ironię Austen, i całe jej ciepło, i czekałam tylko na pojawienie się Collinsa w nadziei, że w końcu będę mogła się do czegoś przyczepić, ale to mi się też zupełnie nie udało. Collins też jest dokładnie taki jak być powinien, albo i trochę lepszy. A w ogóle to podbili moje serce od razu na początku, zgrabnie wkładając najsłynniejsze zdanie angielskiej prozy („It is a truth universally acknowledged…”) w usta Lizzie. W ekranizacji kinowej pada po prostu z offu, co wprawdzie mnie osobiście odpowiada, ale jest jednak pewnym pójściem na łatwiznę. Zamierzam zaoglądać te dwa dvd na amen (ile właściwie oglądań wytrzymuje taki dvd?), a potem kupić sobie nowe.

Że drugi tom Larssona jest lepszy?

Albo wszyscy ulegli zbiorowej hipnozie, albo mnie się przypadkiem dostał jakiś niewłaściwy egzemplarz. W  moim przez pierwsze 135 stron (przez tyle wczoraj przebrnęłam) Lisbeth kupuje trzy stoliki, pięć foteli, ileś par dżinsów oraz papier toaletowy, przy którym nie ma podane ile rolek, nie rozumiem dlaczego, a także masę innych rzeczy. Wszystko wyliczone z niezwykłą drobiazgowością i podanymi nazwami oraz adresami. No dobra, jest jeszcze huragan, ale tak trochę mimochodem. Tego to bym się spodziewała po Murakamim oraz Whartonie…. zaraz, czekajcie… przecież oni też są niezwykle poczytni.

Mężczyźni, którzy coś tam

Zabrałam się za Larssona, ponieważ już naprawdę wszyscy go czytają i w dodatku jednogłośnie chwalą. Dana Browna wprawdzie też chwalili, ale nie aż tak przekonująco, to i mu się oparłam, Larssonowi nie dało rady. Na dobry początek nie mogłam się zdecydować, który z dwóch posiadanych przeze mnie tomów (po polsku, bo były znacząco tańsze od wersji francuskich) jest pierwszy, ponieważ wydawca Santorski z sobie tylko znanych powodów nie umieścił ani na okładce ani w środku ŻADNEJ sugestii na ten temat. Odpalanie internetu tylko po to, żeby sprawdzić kolejność, wydało mi się jednak przesadą. Oparłam się w końcu na roku wydania, słusznie jak sie okazało. Ale Santorskiemu to niech dadzą do przeczytania DUŻO książek ze stronami nie ponumerowanymi ustawionymi w kolejności dowolnej, dobrze?

A potem to mnie już wciągnęło, ponieważ to rzeczywiście wciąga szaleńczo, nie można zaprzeczyć. Tylko niech ja już pamiętam na przyszłość, że jak coś się podoba wszystkim, to nie może być niczym więcej niż sprawnym czytadłem i nie należy się więcej spodziewać. Lisbeth jest wprawdzie osobą absolutnie nieprawdopodobną, ale (może i dlatego) nijak nie da się jej nie lubić i nie kibicować. Poza tym wiadomo: bohaterzy (i Lisbeth i Mikael) to twardziele o złotych sercach i licznych talentach, którzy wprawdzie sami sobie pomóc nie umieją ani życia osobistego porządnie ułożyć, ale niosą pomoc innym nie bacząc na korzyści ani trudy. Fantastyczny nurt, w który wpisują się i Marlowe i Mock, a także Old Shatterhand. Możliwe, że i Święty Mikołaj. Dajcie mi takiego bohatera, a dam wam bestseller.