Głowa Minotaura

Już jakiś czas temu przeczytałam „Głowę Minotaura„: Krajewski jak zwykle w formie, chociaż mało tu Wrocławia, ale to może i niezły pomysł, taka odmiana. Żeby nie zanudzić czytelników, tym razem proponuje nam Lwów (oczywiście przedwojenny) i Katowice, a zamiast na Mocku skoncentrował się na jego alter ego, lwowskim komisarzu Edwardzie Popielskim, który też jest twardzielem po przejściach, też zafascynowany jest filologią klasyczną (jak zresztą sam Krajewski), też gra w szachy, lubi dobrze zjeść oraz towarzystwo kobiet. Czyli Mock wersja 2.0, tyle że Popielski ma córkę, której oczywiście Mockowi nie dało się nijak wcisnąć, a która odgrywa tu istotną rolę. Autor nieźle z tego wybrnął. Zasadniczo nie przepadam za kryminałami, ale Krajewski jest wyjątkowy ze swoją wyobraźnią i klimatem, i – jak się teraz przekonałam – niekoniecznie potrzebuję umieszczenia akcji w mrocznym międzywojennym Breslau, żeby dać się wciągnąć. A w dodatku tu pojawiają się matematycy, ze Stefanem Banachem i Hugonem Steinhausem na czele.

25

Poranne radio poinformowało mnie o kolejnym samobójstwie pracownika France Telecom – to jest już 25 w ciągu ostatnich 19 miesięcy. Naprawdę przeraziła mnie wieść, że w liście pożegnalnym napisał – 48-letni facet – o swoim rozczarowaniu z powodu nieotrzymania stanowiska, o które się ubiegał! Ze wszystkich rzeczy niepojętych na tym najlepszym z możliwych światów ta jest dla mnie najbardziej niepojęta. Jak można z takiego powodu w ogóle pomyśleć o targnięciu się na swoje życie, nie jestem w stanie zrozumieć. A w dodatku jeśli to się wpisuje w jakiś trend, to chyba trzeba już myśleć o zbiorowej psychozie. Nawet gdyby to była najgorzej zarządzana firma na świecie, w co jestem w stanie uwierzyć, to przecież nikt cyrografu z nią nie podpisał. France Telecom to jak wiadomo nasza TPSA, mam więc nadzieję, że polscy pracownicy są odporniejsi niż francuscy i nie ulegną tej dziwnej manii.

Żebrak biurokratyczny

Jadąc ostatnio na lotnisko RERem natknęłam się na zupełnie nowy typ żebraka. Jak wiadomo, a może nie wiadomo, tutejsi licznie występujący żebracy RERowi wsiadają i po zamknięciu drzwi (żeby nikt nie uciekł) zaczynają na cały głos snuć opowieść typu „mam pięcioro dzieci, nie mam pracy i nie mam gdzie mieszkać, dajcie mi parę centów albo czek do restauracji”. W metrze ich chyba nie ma, bo stacje za krótkie, żeby dramatyczną opowieść rozwinąć i po wagonie się przejść zbierając datki. Nowy typ żebraka zaczął klasycznie: o tym, że ma czworo dzieci, a pracy nie, natomiast potem znienacka oznajmił, że może okazać dokumenty: dowód tożsamości albo livret de famille (pisałam o tym francuskim wynalazku – książeczce, którą się dostaje, jak się posiada dzieci), a nawet kopie faktur za hotel, w którym nocował! Muszę przyznać, że ten żebrak biurokratyczny chyba przekonał swoich rodaków, sądząc po brzęku monet, który nastąpił. O okazanie dokumentów nikt go nie poprosił.

Klucz

Jeżeli, człowieku, posiadasz siostrzenicę lat dwa i ćwierć, dziecko z natury bardzo ruchliwe, pełne fantazji i nie obawiające się realizacji swoich pomysłow, ani w ogóle niczego, i jeżeli pewnego dnia z walizką pojedziesz tę siostrzenicę odwiedzić, to naprawdę nie dziw się, człowieku, gdy po powrocie włożywszy dłoń do kieszeni w walizce wyciągniesz z niej klucz, którego nigdy przedtem na oczy nie widziałeś, lecz niewątpliwie klucz wyglądający poważnie. Jeżeli jesteś mną, to oczywiście natychmiast wykonasz telefon do rodziny i z niepokojem zwierzysz się, że niechybnie masz początki alzheimera wraz z kleptomanią, a rodzina beztrosko odpowie, że z całą pewnością nie, to tylko dziecko. Oraz pocieszy, że i tak nie wie, od czego dany klucz może być, więc masz go przechować czas jakiś. W ten oto sposób, człowieku, masz problem z rodzaju kluczowych: gdzie schować tak niezwykłe znalezisko, by na amen nie przepadło?

Bagaż

Nie mają Państwo pojęcia, co ja tym razem wymyśliłam. A plan wydawał się taki piękny! Otóż umyśliłam sobie, że skoro lecę tylko na weekend, to się spakuję w małą walizkę i zabiorę ją jako bagaż podręczny (tak, można się już śmiać, proszę bardzo), w związku z czym nie będę następnie stać godzinami czekając na wydanie bagażu, tylko radośnie sobie wyjdę z lotniska. Dalej już nie myślałam, bo i po co, tylko zachwycona planem go wykonałam, to znaczy spakowałam się w małą walizkę i udałam z nią na lotnisko (czy mam zrobić przerwę w relacji, aby mogli Państwo otrzeć łzy śmiechu?). Na lotnisku też nie myślałam wiele, napiłam się kawy i udałam w kierunku właściwej bramki. A gdy tam zobaczyłam pana bramkarza, to mnie olśniło. W końcu. Zamarłam z otwartymi ustami, nie odpowiedziawszy nawet na uprzejme „bonjour”.
– Czy pani nie mówi po francusku? – zatroszczył się bramkarz.
– Mówię – wydusiłam z siebie – ale właśnie do mnie dotarło, jaką wielką lukę ma mój genialny plan…
Na takie dictum pan bramkarz gorąco zapragnął mi pomóc, niestety nic nie mógł zdziałać mimo dobrych chęci. W moim bagażu znajdowały się bowiem oczywiście płyny w pojemnikach większych niż dopuszczalne 100 ml. Z racji stwarzanego przez nie zagrożenia terrorystycznego zmuszona byłam wykonać w tył zwrot i walizkę oddać na bagaż rejestrowany. A w Warszawie oczywiście wyjechała na pas jako ostatnia, ale wcale mnie to nie zdziwiło.

Zaszczepiwszy

Informacyjnie będzie, nikogo do niczego nie namawiam. Szczepiłam się przeciw grypie sezonowej (też nie namawiam, wiem że są zwolennicy i przeciwnicy, ale dyskusje moim zdaniem są bezcelowe) i przy tej okazji zostałam zapytana prze lekarkę, czy z innymi szczepieniami jestem na bieżąco. Wybałuszywszy oczy odparłam, że nie mam zielonego pojęcia – od czasów dzieciństwa żadnych szczepień sobie nie przypominam, oprócz WZW typu B, które zrobiłam parę lat temu całkiem świadomie i z własnej woli. Okazało się wtedy, że na tężec (plus polio i dyfteryt, tu jest kombinowana szczepionka na te trzy) należy szczepić co 10 lat, a nie, jak ja sądziłam, raz czy dwa w dzieciństwie starcza na całe życie. Szczepionkę nabyłam i dałam sobie wstrzyknąć, a teraz informuję, bo a nuż komuś się wiedza przyda.

Notka feministyczna

Odkryłam ładną nową reklamę społeczną (jeśli tak się to nazywa) w radiu. Rozmawiają dwa głosy, pozornie banalnie: jeden głos nieśmiało mówi partnerowi, że chyba jest w ciąży, drugi odpowiada „ale z kim?”, pierwszy się oburza „za kogo mnie bierzesz, przecież wiesz że z tobą!”, drugi z namysłem mówi „no, niefajnie jest być na twoim miejscu…”, i na tej kanwie podobnych rozmówek jest kilka. Wszystko jasne? Otóż niezupełnie. Głos osoby będącej w ciąży jest męski, i wszystkie role tutaj są odpowiednio zamienione, łącznie z ojcem krzyczącym na swojego syna „ile razy ci mówiłem, żebyś się nie zadawał z dziewczętami w twoim wieku!”. Zaś morał za każdym razem brzmi: „czy dopiero kiedy mężczyźni będą zachodzić w ciążę, będziemy rozmawiać o antykoncepcji?”. Bardzo to jest ładny pomysł, mocno zaskakujący, wcale nie taki śmieszny, jaki się wydaje po pierwszym wysłuchaniu, i po raz kolejny uświadomił mi, że żadnej równości między płciami nigdy nie będzie – przynajmniej dopóki mężczyźni w ciążę nie zachodzą. Dlatego nigdy nie należy przestawać o tę równość walczyć.