Klucz

Jeżeli, człowieku, posiadasz siostrzenicę lat dwa i ćwierć, dziecko z natury bardzo ruchliwe, pełne fantazji i nie obawiające się realizacji swoich pomysłow, ani w ogóle niczego, i jeżeli pewnego dnia z walizką pojedziesz tę siostrzenicę odwiedzić, to naprawdę nie dziw się, człowieku, gdy po powrocie włożywszy dłoń do kieszeni w walizce wyciągniesz z niej klucz, którego nigdy przedtem na oczy nie widziałeś, lecz niewątpliwie klucz wyglądający poważnie. Jeżeli jesteś mną, to oczywiście natychmiast wykonasz telefon do rodziny i z niepokojem zwierzysz się, że niechybnie masz początki alzheimera wraz z kleptomanią, a rodzina beztrosko odpowie, że z całą pewnością nie, to tylko dziecko. Oraz pocieszy, że i tak nie wie, od czego dany klucz może być, więc masz go przechować czas jakiś. W ten oto sposób, człowieku, masz problem z rodzaju kluczowych: gdzie schować tak niezwykłe znalezisko, by na amen nie przepadło?

Bagaż

Nie mają Państwo pojęcia, co ja tym razem wymyśliłam. A plan wydawał się taki piękny! Otóż umyśliłam sobie, że skoro lecę tylko na weekend, to się spakuję w małą walizkę i zabiorę ją jako bagaż podręczny (tak, można się już śmiać, proszę bardzo), w związku z czym nie będę następnie stać godzinami czekając na wydanie bagażu, tylko radośnie sobie wyjdę z lotniska. Dalej już nie myślałam, bo i po co, tylko zachwycona planem go wykonałam, to znaczy spakowałam się w małą walizkę i udałam z nią na lotnisko (czy mam zrobić przerwę w relacji, aby mogli Państwo otrzeć łzy śmiechu?). Na lotnisku też nie myślałam wiele, napiłam się kawy i udałam w kierunku właściwej bramki. A gdy tam zobaczyłam pana bramkarza, to mnie olśniło. W końcu. Zamarłam z otwartymi ustami, nie odpowiedziawszy nawet na uprzejme „bonjour”.
– Czy pani nie mówi po francusku? – zatroszczył się bramkarz.
– Mówię – wydusiłam z siebie – ale właśnie do mnie dotarło, jaką wielką lukę ma mój genialny plan…
Na takie dictum pan bramkarz gorąco zapragnął mi pomóc, niestety nic nie mógł zdziałać mimo dobrych chęci. W moim bagażu znajdowały się bowiem oczywiście płyny w pojemnikach większych niż dopuszczalne 100 ml. Z racji stwarzanego przez nie zagrożenia terrorystycznego zmuszona byłam wykonać w tył zwrot i walizkę oddać na bagaż rejestrowany. A w Warszawie oczywiście wyjechała na pas jako ostatnia, ale wcale mnie to nie zdziwiło.

Zaszczepiwszy

Informacyjnie będzie, nikogo do niczego nie namawiam. Szczepiłam się przeciw grypie sezonowej (też nie namawiam, wiem że są zwolennicy i przeciwnicy, ale dyskusje moim zdaniem są bezcelowe) i przy tej okazji zostałam zapytana prze lekarkę, czy z innymi szczepieniami jestem na bieżąco. Wybałuszywszy oczy odparłam, że nie mam zielonego pojęcia – od czasów dzieciństwa żadnych szczepień sobie nie przypominam, oprócz WZW typu B, które zrobiłam parę lat temu całkiem świadomie i z własnej woli. Okazało się wtedy, że na tężec (plus polio i dyfteryt, tu jest kombinowana szczepionka na te trzy) należy szczepić co 10 lat, a nie, jak ja sądziłam, raz czy dwa w dzieciństwie starcza na całe życie. Szczepionkę nabyłam i dałam sobie wstrzyknąć, a teraz informuję, bo a nuż komuś się wiedza przyda.

Notka feministyczna

Odkryłam ładną nową reklamę społeczną (jeśli tak się to nazywa) w radiu. Rozmawiają dwa głosy, pozornie banalnie: jeden głos nieśmiało mówi partnerowi, że chyba jest w ciąży, drugi odpowiada „ale z kim?”, pierwszy się oburza „za kogo mnie bierzesz, przecież wiesz że z tobą!”, drugi z namysłem mówi „no, niefajnie jest być na twoim miejscu…”, i na tej kanwie podobnych rozmówek jest kilka. Wszystko jasne? Otóż niezupełnie. Głos osoby będącej w ciąży jest męski, i wszystkie role tutaj są odpowiednio zamienione, łącznie z ojcem krzyczącym na swojego syna „ile razy ci mówiłem, żebyś się nie zadawał z dziewczętami w twoim wieku!”. Zaś morał za każdym razem brzmi: „czy dopiero kiedy mężczyźni będą zachodzić w ciążę, będziemy rozmawiać o antykoncepcji?”. Bardzo to jest ładny pomysł, mocno zaskakujący, wcale nie taki śmieszny, jaki się wydaje po pierwszym wysłuchaniu, i po raz kolejny uświadomił mi, że żadnej równości między płciami nigdy nie będzie – przynajmniej dopóki mężczyźni w ciążę nie zachodzą. Dlatego nigdy nie należy przestawać o tę równość walczyć.

Godot i jego cień

Bardzo to jest piękna i nietypowa książka, „Godot i jego cień” Libery. Nie jest wolna od młodzieńczej egzaltacji (z końcowych stron wynika, że napisana została, kiedy Libera miał 28 lat, niejako „na żywo” po jego spotkaniu z Beckettem), ale mimo to czyta się świetnie. Pewnie powinnam od razu dodać, że ja Becketta… tu brakuje mi czasownika, bo trudno szczerze napisać „lubię” w odniesieniu do jego twórczości – podziwiam, szanuję, uważam za jednego za najwybitniejszych twórców XX wieku, jeżeli nie w ogóle najwybitniejszego. Możliwe, że to się przełożyło na mój odbiór tej książki, ale poza tym to jest rzecz o niemal chorobliwej fascynacji czyjąś twórczością, co jest mi bliskie od zawsze. Uśmiechałam się, kiedy Libera w Paryżu (lata 70-te) za ostatnie parę groszy kupował nieosiągalne w kraju wydania Becketta – jak ja to doskonale rozumiem! Jest to również piękna opowieść o Polsce i Zachodzie tamtych dekad, ja jakoś zapomniałam jak to było za żelazną kurtyną i jak bardzo nieosiągalny wydawał się taki Paryż naszym rodzicom, ledwie pokolenie temu. I w końcu rzecz jest o samym Becketcie, człowieku niewiarygodnie skromnym i tworzącym z wewnętrznego przymusu, a nie z chęci sławy. Nie ma już takich ludzi. Takich fascynacji też już chyba nie.

O ohydku szaleju

Dawno nic we mnie nie wzbudziło takiego obrzydzenia, jak reakcje mediów na sprawę zatrzymania znanego reżysera w Szwajcarii, i to są tylko te reakcje, które zostały mi przed oczy i uszy wepchnięte, bo sama nie szukałam. Przywołując cały swój zasób tolerancji (bardzo duży) jestem jeszcze w stanie jakoś zrozumieć Gazetę, która opublikowała raport policyjny sprzed 30 lat oraz zdjęcia nastoletniej ofiary – wiadomo, czytelnictwo spada, finanse coraz marniejsze, a tonący brzytwy się chwyta. Ale szczytem szczytów hipokryzji jest wpis na blogu Passenta, który pryncypialnie krytykuje Gazetę za opublikowanie szczegółów tego, co Polański dziewczynie robił, i te szczegóły starannie CYTUJE w pierwszym zdaniu. Jeżeli teraz jeszcze Polityka zamieści ten wpis w ramach felietonu Passenta, to moja tolerancja dla ludzkich słabości się wyczerpie ostatecznie. Nie mogę sobie nie przypomnieć, że Lem sklasyfikował gatunek zwący siebie homo sapiens jako ohydek szalej. Nigdy nie wydawało mi się to prawdziwsze.