Paris Paris

Mówić i pisać sobie mogę co chcę na temat tutejszych korków i pospolitości, co skrzeczy jak wszędzie, ale prawda jest taka, że wycieczka po Paryżu nieodmiennie, niezawodnie i nielogicznie poprawia mi humor. Świetlista kopuła Inwalidów, Eifflica z perspektywy, w której ma trzy nogi, Concorde, gdzie już postawili La Grande Roue, ciepłe światło popołudniowe miękko kładące się na frontonie Madeleine, Champs Elysées zwieńczone Łukiem Triumfalnym: a przy Champs Elysées jarmark świąteczny, gdzie groch z kapustą, grzane wino, chińskie wyroby i francuskie kiełbasy. Wszystko ozdobione straszliwie tandetnymi choinkami przyprószonymi sztucznym śniegiem, co byłoby na miejscu raczej w jakiejś Krynicy niż na najpiękniejszej alei świata, ale Paryż i na to może sobie pozwolić. A kiedy się odpowiednio skręci pod Grand Palais, to w jednym miejscu stamtąd jest taki widok na Pont Alexandre III (mój ulubiony most paryski) i Inwalidów, który na chwilę przywraca mi wiarę w ludzkość.

Grypa vs. higiena

Epidemia świńskiej grypy okazała się mieć dość nieoczekiwane skutki uboczne: mianowicie Francuzi do tej pory traktujący higienę jako coś wymyślone gdzie indziej, z pewnością daleko od ich słodkiej Francji, teraz masowo instalują najnowocześniejsze wynalazki z tej dziedziny. I tak w łazienkach mojego klienta pojawiły się niedawno podajniki mydła na fotokomórkę – wystarczy podstawić łapę, a porcja mydła sama na nią spada i nie trzeba dotykać żadnych nigdy nieczyszczonych wihajstrów. Wiszący tam od wieków ręcznik wielokrotnego prania został ostatnio zastąpiony ręcznikami papierowymi. Pojawił się również zdalnie otwierany kosz na śmieci, który mnie atakuje za każdym razem, gdy przechodzę mimo, to znaczy sam z siebie otwiera się zapraszająco, cokolwiek mnie strasząc. Oczywiście sami Francuzi starannie niweczą te wszystkie wydatki na nowoczesną higienę, tradycyjnie obcałowując się na powitanie i przekazując sobie zarazki nie tylko własne, ale również te zebrane w komunikacji zbiorowej. Jeśli świńska grypa wyleczy ich z tego obyczaju, jestem gotowa nawet postawić jej pomnik.

Rocznica

Z zakamarków mojej pamięci wychynął dzień, wiele lat temu, w którym jak zwykle siedziałam w klubie (pod wiaduktem na Bogusławskiego, mała zadymiona salka, której dodatkowym atutem były regularnie z hurgotem przetaczające się nad głowami pociągi; z perspektywy zastanawiam się, jakim cudem wytrzymywałam tam wtedy tyle czasu) i gadałam z moim przyjacielem, wówczas młodym, ale bardzo zdolnym lekarzem. Choć z lekarzami w ich czasie wolnym nie należy gadać o chorobach, wtedy wyjątkowo mówiłam, na co jest chora moja Mama, a on pocieszał, że to dobrze wyleczalne, o ile wcześnie wykryte. Okazało się niedostatecznie wcześnie wykryte. Umarła trochę później, pewnego ponurego 25 listopada. Mój utalentowany i uroczy przyjaciel również umarł, parę lat później, o wiele za wcześnie, na początku obiecującej kariery, tak bardzo bez sensu.

Spójniki

Proszę mi łaskawie wyjaśnić, dlaczego przez dobre pół nocy śniłam, że
objaśniam mojej bardzo już podrośniętej siostrzenicy tajniki gramatyki
polskiej, ze szczególnym uwzględnieniem rozbioru zdania oraz części
mowy. Nalegałam długo na zrozumienie różnicy między częściami zdania
oraz częściami mowy, kazałam jej podawać przykłady rzeczowników oraz
przymiotników, a następnie zaproponowałam, żeby w ramach ćwiczenia wykonała rozbiór na
zdaniach z „Kongresu futurologicznego” Lema (w starym wydaniu WL, tym w
żółtej papierowej obwolucie). Nie powiem, nawet przeczytałabym sobie „Kongres
futurologiczny” w dowolnym wydaniu, jeno nie mam go pod ręką. Ostatni
raz rozbiór zdania wykonywałam jakieś umsnaście, jeśli nie w ogóle
dzieścia lat temu, a z gramatyką polską na co dzień mam styczność… niewielką, łagodnie rzecz ujmując. Obudziłam się z myślą „Spójniki! Zapomniałam jej wytłumaczyć o spójnikach!”.

Ludzie

Ludzie, którzy wyłażą mi przed maskę niczym te święte krowy, w chwili gdy już dla mnie zapala się zielone, a oni mi wyłażą przed maskę, ponieważ koniecznie muszą iść na skróty, gdyż do pasów mają aż 40 metrów, a poza tym na pasach mają czerwone światło, i w ten sposób wylazłszy przed maskę nie pozwalają mi ruszyć wtedy, kiedy mogłabym, więc nie zdążam na MOIM zielonym świetle przejechać i musze czekać kolejne pięć minut na czerwonym, bo to jest wyjątkowo długie czerwone światło… Ci ludzie otóż niech zaczną się teraz spodziewać, że ja będę do nich strzelać. Uprzedzam lojalnie. I będę celować w te ich głowy, a one będą pękać z suchym trzaskiem jak gałęzie, a wysypywać się będą z nich wyłącznie trociny i błoto. Ot co.

Może…

Ja się chyba starzeję. Wniosek wyciągam z tego, że przeczytałam ostatnio trzy książki i wszystkie podobały mi się co najwyżej średnio albo i wcale. Fabera „Ewangelia ognia” podobała mi się średnio, ponieważ uważam, że stać go na więcej, co zasadniczo jest najobrzydliwszym możliwym rodzajem krytyki i jest kompletnie bez sensu, ale nic nie poradzę na to, że tym razem naprawdę tak uważam. To jest niewielka satyra, opowieść o tym co by było, gdyby ktoś odnalazł prawdziwą ewangelię, napisaną po aramejsku przez naocznego świadka życia i śmierci Jezusa. Najzabawniejszymi fragmentami tej książki są recenzje czytelników tej nowej ewangelii umieszczone na Amazonie, które i Państwo i ja mogliby napisać mając akurat przypływ weny na jakimś nudnym zebraniu. A w ogóle to takie rzeczy się pisywało w liceum, kiedy to jeszcze wprawdzie nie było Amazona, ale apokryficzne recenzje już były. Poza wszystkim innym to istnieje książka Gore Vidala „Na żywo z Golgoty”, która dzieło Fabera przewyższa we wszystkich możliwych aspektach. Może gdybym jej nie czytała…

Masłowskiej „Między nami dobrze jest” też podobało mi się co najwyżej średnio, ale można się upierać, że jest to sztuka, więc z natury swojej nieprzeznaczona do czytania (a Beckett? A Becketta się da!). W każdym razie na samym wyczuciu językowym niewiele da się zbudować i nie widzę tam nic odkrywczego. Ubawił mnie wprawdzie reżyser kręcący film o tym, jak to chłopak spotyka głuchoniemą i niewidomą, lecz całkiem do rzeczy wyglądającą dziewczynę, bo to chyba nieprzypadkowa aluzja do gniota wszech czasów wykonanego przez niejakiego Janusza Leona (niech jego nazwisko zostanie zapomniane na wieki wieków), a wyśmiewania się z tego nigdy dość; ale to też było na czasie jakieś 10 lat temu. W każdym razie sztuka powstała na zamówienie, i tak właśnie wygląda – jak coś pisanego na zamówienie. Może na scenie wygląda lepiej…

Trochę głupio mi się przyznać, że właściwie nie znam prozy Doroty Terakowskiej, która była bardzo ceniona przynajmniej jako autorka fantastycznych powieści dla dzieci, a ja trafiłam kiedyś na jej eseje, które mnie zachwyciły. Niestety powieść „Poczwarka” odrzuciła mnie już pierwszym akapitem, ale uparłam się i przeczytałam do końca, a teraz żałuję. Trochę wprawdzie głupio jest napisać, że wyciskająca łzy z oczu książka o ciężko upośledzonym dziecku z Downem jest niedobra, ale przecież nie będę kłamać. Cała ta historia, jak to dziecko widzi Boga i pomaga Mu stwarzać światy mogłaby być urocza, gdyby nie była tak strasznie nachalna i dosłowna, i gdyby nie naprawdę okropne zakończenie. Może uwierzyłabym, że o upośledzonych dzieciach nie da się inaczej napisać, gdybym nie czytała „Celi” Anny Sobolewskiej…

Aïd el-Kebir

Mój współpracownik muzułmanin przed lunchem beztrosko oznajmił, że w przyszłym tygodniu weźmie pewnie dzień wolny, bo ma święto Aïd el-Kebir.
– A jak to obchodzicie? – zainteresowałam się niebacznie, choć kątem umysłu przeczuwałam, jaka może być odpowiedź.
– Podrzynamy gardło baranowi – wyjaśnił równie swobodnie, a mnie zatkało. Słyszałam już o tym, ale miałam nadzieję, że to jakaś przenośnia, tak jak w kościele katolickim komunia niekoniecznie oznacza łykanie czyjegoś ciała.
– Ale że co, żywemu baranowi? I gdzie wy to robicie? – dopytywałam się nieostrożnie, nadal chyba w nadziei usłyszenia czegoś kojącego o symbolu barana, albo o baranie z cukru…
– Oczywiście, że żywemu. Tylko że we Francji w domach nie wolno tego robić. – odparł, a ja westchnęłam z ulgą, trochę za szybko, bo ciągnął – W tym roku można iść do Carrefoura, wybrać barana, zapłacić, i oni podrzynają mu gardło, a potem dają mięso…
Jak już odzyskałam dech, zapytałam z lekką zgrozą
– I ty na to PATRZYSZ?!
– Nie, ja nie – zapewnił mnie błyskawicznie mój sympatyczny kolega – ja tylko raz na to patrzyłem i już więcej nie.
Znów odetchnęłam z ulgą, a on znów kontynuował
– Ale w Indiach jest tradycja, że jak się urodzi dziewczynka, to się ofiarowuje jednego barana, a jak chłopiec to dwa. Więc jak się urodziła moja córka i pojechałem do Indii, to moi rodzice nalegali na ofiarowanie. I ja jako ojciec musiałem podawać nóż temu, kto dokonywał ofiarowania, więc musiałem przy tym być…
– O ile dobrze pamiętam, właśnie oczekujesz chłopca… – zauważyłam słabo, a on się nie wiadomo czemu ucieszył. W sumie to tylko kwestia podania noża, nieprawdaż.
 

Wśród Indian

Gdyby nie napisały o tych książkach co najmniej trzy osoby (w tym najpierw mignona, potem małgośka), których za kryptofanki tego pana nie mogę nijak uznać, to w życiu bym po książki Cejrowskiego nie sięgnęła. Ale napisały i zachwaliły, więc przeczytałam i ja, a teraz muszę przyznać, że miały rację. Nieważne jak bardzo się Cejrowskiego poglądów nie lubi, nie można uczciwie powiedzieć, że to się nie nadaje do czytania. Zaczęłam od „Rio Anaconda„, bo mi pierwsza wpadła w rękę. Do połowy czyta się świetnie, potem chyba mu juz zabrakło tematów, bo pod koniec trochę za bardzo bredzi na temat magicznych zdolności szamana i porozumiewania się z nim bez słów, co mnie znudziło straszliwie. „Gringo wśród dzikich plemion” jest natomiast świetny bez żadnych zastrzeżeń. Chyba najbardziej mnie zaskoczyło, że lubi Pratchetta i otwarcie się do tego przyznaje (osoby o szeroko pojętych poglądach prawicowych raczej za nim nie przepadają), oraz jest to chyba jedyna osoba, której się od czasu do czasu udają bon-moty a la Pratchett. Poza tym ma zwichrowane poczucie humoru w moim typie, i nic na to nie poradzę. Zresztą, lubienie lubieniem, wszystko jest względne, natomiast z całą pewnością nie da się nie szanować faceta, który jadł te żywe pędraki, otwarcie pisze o swoim strachu oraz o tych dzikich Indianach pisze ze szczerym szacunkiem.

Eurostar!

Szalenie mnie bawi, gdy w radiu się reklamuje Eurostar – pociąg do Londynu jeżdżący przez tunel pod kanałem La Manche. Z okazji swojego 15-lecia działalności w następujący sposób zachęca on do korzystania ze swych usług: dzwoni telefon, ktoś odbiera po francusku i słyszy wypowiedziane po angielsku rozmaite zachęty, na przykład „cześć tu Kate, przyjedź szybko do nas do Londynu, jest tu mnóstwo fajnych dziewczyn! „. Odbierający Francuz na to się płoszy, duka że on nie bardzo po angielsku, tu włącza się meritum o zniżkach na Eurostar, a na zakończenie mamy radosne „Eurostar!” z akcentem angielskim i spłoszone francuskie „Quoi?” („Co?”). Bardzo mnie bawi to granie na stereotypie, że Francuzi angielskiego nie znają i się boją, które już parokrotnie w podobnym kontekście tutaj widziałam. W Polsce podejście do języków obcych jest jednak chyba zupełnie inne.

A czy jest to faktycznie stereotyp – przypomina mi się tutaj, jak całkiem niedawno przy lunchu gadaliśmy o filmach, i hinduskiego mojego kolegę z ciekawości zagadnęłam, czy ogląda dvd po angielsku czy francusku. Odparł, że teraz już się zmusza wyłącznie po francusku, żeby trenować język, na co wyraziłam podziw i zgodnie z prawdą przyznałam się, że ja ciągle wybieram filmy w wersji angielskiej, bo mi się nadal zdaje, że po francusku nie rozumiem… Miał to być półżart, ale mój szef zareagował w sposób zupełnie dla mnie nieoczekiwany, rzekł mianowicie
– A bo TY TEŻ znasz angielski?!
Nie popełnijcie mojego błędu i nie wpędźcie swojego szefa niechcący w kompleksy.

Nad Kanałem

W weekend postanowiłam zobaczyć, jak w listopadzie wygląda morze. Otóż jest turkusowo-szare, mewy nad nim niespokojnie latają i gniewnie krzyczą na nielicznych spacerowiczów, leży masa muszelek, których nikt nie zbiera, po mokrym i twardym piasku gładko suną koła wózka, ślad podchodzi wodą, a mój syn spacer po plaży głównie przespał. Kiedy się obudził, masę wody i szum morza przyjął dość obojętnie. Ja mniej, zachwycona widokiem za każdym razem inaczej łamiących się fal, oraz tym, że nie pada, choć zimno było i bardzo wietrznie. Obejrzałam sobie Boulogne-sur-mer oraz Calais, jedno z tych miast, przez które turyści zazwyczaj tylko przejeżdżają, i pewnie nikt nie ogląda ichniego ratusza, który jakoś skojarzył mi się z wrocławskim Urzędem Wojewódzkim, rozmiarem przynajmniej, bo z urody nieco jest inny. Port jest tam olbrzymi i nastraja marzycielsko, jeśli ktoś ma taki stosunek do portów jak ja. A w Boulogne-sur-mer i sąsiednich miasteczkach pełno jest bunkrów na terenach prywatnych, obok nich spokojnie pasą się owce i krowy. Do jedzenia oczywiście i banalnie (za to jak smacznie) świeże mule, a nad A16 są kładki dla pieszych ozdobione rzeźbami wyglądającymi jak gigantyczne origami, a przedstawiającymi różnych sportowców, i długo szukałam w języku polskim odpowiedniego określenia na gracza w golfa. Wygląda na to, że poprawnie jest „golfista”, gdyby kogoś to też dręczyło.