Osobowość roku

Wykonałam test, bo mnie szyper zbił z pantałyku. Popatrzyłam na zegarek, wzięłam „Awantury na tle powszechnego ciążenia” i zaczęłam czytać od początku. Na stronie 53 (bo 50 wypadało na stronie ze zdjęciami albo pustej) się zatrzymałam i popatrzyłam na zegarek ponownie. 8 minut. Ok, czytałam drugi raz, więc wiadomo że szybciej, oraz nie zatrzymywałam się nad zdjęciami – ale zasadniczo to nie ja jestem taka zdolna, tylko gdyby ten tekst skondensować, to wyszłyby ze trzy kartki standardowego maszynopisu. Mówiłam przecież, że za krótka jest.

Radio poranne doprowadziło mnie niemal do spazmów, bo z całkowitą powagą podało wyniki sondażu na „personnalité de l’année 2009”, osobowość roku. Na dziesiątym miejscu znalazła się znana i w Polsce Anna Gavalda, autorka czytadełek. Na listę trafili też aktor Kad Merad (ostatnio w „Mikołajku”), dobrze znana Polakom aktorka Sophie Marceau, fotograf Yann Arthus-Bertrand, a na drugim miejscu pojawiła się minister ekonomii Christine Lagarde, co mnie bardzo ucieszyło, bo jestem jej wielką wielbicielką. Spazmów dostałam więc dopiero przy miejscu pierwszym. Zgadną Państwo bez problemu, prawda?

Plan jest taki, że jutro wylatuję na ojczyzny łono, ale nie wiem co z tego będzie, bo już wiadomo, że dwa jutrzejsze loty są odwołane. Proszę trzymać kciuki, a ja w zamian życzę takich Świąt i Sylwestra, które będą źródłem przyjemnych wspomnień przez cały następny rok.

Złośliwość losu

Powiadam Państwu, że dobitnie stwierdziłam istnienie zjawiska zwanego złośliwością losu w tę sobotę, gdy wybrałam się do sklepu z zabawkami po prezent dla mej siostrzenicy. Tak, wiem, wybrałam się PÓŹNO, ale wcześniej naprawdę nie miałam czasu, a wybrać się osobiście musiałam z pewnych względów, zamówienie przez net nie wchodziło w grę. Konieczność wdarcia się w tłum rozszalałych rodziców, dziadków, wujków, ciotek, wujenek i stryjenek spędzała mi sen z powiek już dwa tygodnie wcześniej, ale miałam na pociechę jedną myśl „wiem co chcę kupić! Jestem przygotowana, wpadam, łapię i wybiegam!” Uzbrojona w tę myśl wpadłam do sklepu energicznie, a tam okazało się, ze upatrzonego przeze mnie od dawna prezentu… nie ma. NIE MA. Proszę sobie tylko wyobrazić: sklep o powierzchni jakichś dziesięciu hektarów, jest w nim WSZYSTKO, na oko jakieś 3 miliardy zabawek wszelkiego asortymentu dla dzieci i młodzieży we wszystkich fazach rozwoju, a mojego upatrzonego prezentu akurat NIE MA. Ot tak, po prostu, NIE. Odmówiłam jechania do innego sklepu i stanęłam przed koniecznością wyboru czegoś innego. Zazdroszczę ogromnie wszystkim, którym to uczucie jest obce. W każdym razie – przeżyłam. Ale w przyszłym roku będę miała plan B, plan C, oraz w ogóle wszystko zamówię na dwa miesiące wcześniej przez net.

Lem, syn Lema

Zgodnie z nową ustawą wydaną przez Ministerstwo Oświaty, zamiast złych
stopni za błędy ortograficzne, młodzież szkolna będzie kierowana do
obozów koncentracyjnych. Tam odbywać się będą specjalnie obostrzone
dyktaty o chlebie i wodzie. Słówka błędnie wypisane będzie się
młodzieży wypalać na czole białym żelazem. W departamencie rozważano
ewentualność wieszania recydywistów, na razie jednak od koncepcji tej
odstąpiono. Komendant obozu będzie dysponował bogatym repertuarem kar:
włosiennicą, madejowym łożem, hufnalami do podkuwania, a także
wygłodzonymi lwami, które zgodnie z zarządzeniem ministra będą
niepoprawnym wyrywały nogi z miejsca, w którym plecy tracą swoją
szlachetną nazwę. Przewiduje się uwięzienie do lat czterdziestu. Po
odsiadce wypuszczony będzie mógł zdawać maturę.
” (Dyktanda Stanisława Lema)

Nikogo raczej nie zdziwi, że pochłonęłam „Awantury na tle powszechnego ciążenia” w ciągu dwóch godzin bez przerw na oddychanie, za to z przymusowymi przerwami na ocieranie łez ze śmiechu. To jest za krótka książka i to jest jej jedyna wada, chociaż rozumiem doskonale, dlaczego Tomasz Lem postarał się o zwięzłość. W każdym razie szalenie się cieszę, że ją napisał. Na jego miejscu miałabym zrozumiałe wątpliwości. Ale to jest druga przeczytana przeze mnie ostatnio rzecz, która udowadnia niezbicie, że o własnym rodzicu (trudnym) da się napisać w miarę obiektywnie, a na pewno ciepło (pierwszą była Nowak o Dorocie Terakowskiej). A dodatkowo uśmiechałam się z pełnym zrozumieniem widząc zdjęcia gabinetu wypełnionego półkami z książkami oraz czytając o nieustannym stukocie maszyny do pisania i o polonistce, która się mściła na dziecku, ponieważ nie lubiła ojca (osobiście bym sobie tego nie wymyśliła, moja otwarcie powiedziała to mojej Matce na pewnej wywiadówce). Poza tym ja też nauczyłam się czytać w wieku trzech lat na ojcowskiej „Polityce”. Mogę się w takim razie poczuć prawie jak córka Lema.

Kataklizmuś śniegowy

Malusi kataklizm tu mamy od wczoraj, że tak sobie stworzę oksymoron bardzo dobrze oddający sytuację. Rzeczywiście śniegu napadało wczoraj rano więcej niż przez trzy ostatnie grudnie razem wzięte (to jest mój czwarty grudzień tutaj i ja nie wiem, jak to się stało, oraz kategorycznie odmawiam jakichkolwiek rozważań na ten temat). To oznacza ładne parę centymetrów białego puchu, który mnie zresztą szalenie ucieszył i cieszy mnie nadal, chociaż dzięki temu wczoraj rano na przejechanie 5 km potrzebowałam godziny, bowiem wszyscy stali. A jak już się ruszali, to nie szybciej niż 6 km/h, jak bowiem powszechnie wiadomo, ŚNIEG jest straszliwie niebezpieczny. Do pracy w południe udałam się zatem RERem, który zasadniczo strajkował, ale jakoś był dla mnie łaskawy.

Dziś rano najpierw wyjrzałam za okno i ujrzałam, że śniegu od wczoraj nie przybyło, ucieszyłam się więc, że pojadę spokojnie autem do pracy. Potem radio zaczęło roztaczać apokaliptyczne wizje ŚNIEGU z gołoledzią, i orzekło, że najlepiej w ogóle nie wychodzić z domu. Włączona specjalnie na tę okoliczność tv pokazywała w kółko samochody w ośnieżonych rowach i informowała, że jest stan alarmu trzeciego stopnia (z czterech możliwych, tak zwany „alerte orange”). Dobrze, że nie stan wyjątkowy, mruknęłam do siebie, i z domu wyszłam zdecydowana jednak na użycie strajkującego transportu publicznego. Stąpnęłam na czarny chodnik, i mnie tknęło. Zamiast w stronę stacji RER udałam się na osiedlową uliczkę, która też była czarna i miejscami zupełnie sucha.
– Nikt mnie nie przekona, że jeśli moja osiedlowa uliczka jest czarna, to główne drogi będą ośnieżone i oblodzone! – poszłam po rozum do głowy i odpaliłam silnik. Słusznie, bo dojazd do pracy zabrał mi raptem 45 minut, a to i tylko dlatego, że po drodze zaczęło prószyć, więc wszyscy na wszelki wypadek zwolnili jeszcze bardziej. Przy czym na zdrowy rozsądek tutejszych kierowców naprawdę nie należy liczyć: przy zjeździe z dość stromej i krętej górki na jednak mokrym asfalcie wszyscy obficie używali hamulców. Niewykluczone, że jestem tutaj jedyna, która potrafi hamować silnikiem, i nic tu nie pomaga przypomnienie umieszczone przy wjeździe na górkę. Poza tym wszystkie tablice informacyjne po drodze zamiast normalnie powiedzieć, gdzie są korki i ile czasu będzie trwał przejazd, mówiły „uwaga, możliwe opady śniegu”, które to opady akurat świetnie widziałam w świetle reflektorów i nie potrzebowałam jeszcze o nich czytać.

Strajkowo

Ukochanej francuskiej rozrywki, czyli strajku komunikacji miejskiej dawno u nas nie było, więc właśnie jest. Od zeszłego czwartku linia A RER obrała dość ciekawy model strajku, bo tym razem jeżdżą prawie normalnie w godzinach szczytu, a poza nimi nie jeżdżą wcale. Mnie to nie dotyczy, bo ja z różnych przyczyn nadal uparcie przedzieram się przez korki, które dzięki strajkowi zresztą się zwiększyły, ale mój kolega uzależniony jest od linii A. Na szczęście dociera do pracy niemal bez problemu, natomiast dziś na imprezie gwiazdkowej nie zostanie, bo i jak, skoro po 19:30 nie ma już transportu do domu. Powiedział mi też podczas obiadu, że czasem jak się wciśnie do RER i jedzie blisko drzwi, to na następnej stacji musi wysiąść, żeby wypuścić ludzi, i zdarza się, że potem nie daje juz rady wsiąść z powrotem, więc musi czekać na następny pociąg. Przyznałam, że mnie to jeszcze nigdy nie spotkało.

Fenomen zwany Johnny

O Johnnym Hallydayu usłyszałam po raz pierwszy we Francji na początku lat dziewięćdziesiątych. Imię wymówione było po angielsku, choć oczywiście z francuskim akcentem na ostatnią sylabę, i padło w kontekście ewidentnie sugerującym, że jest on znany każdemu na całym świecie. Wyglądało w każdym razie na to, że świetnie znają go wszyscy obecni, których przekrój wiekowy był od 10 do 70 lat. Pamiętam swoje ogłupienie: „imię ewidentnie angielskie, facet znany jest wszystkim, dlaczego ja o nim nigdy w życiu nie słyszałam?” Dopiero sporo później zrozumiałam, że jest to jednak Francuz, choć zdaje się, że aktualnie obywatelstwo ma bodaj belgijskie, a długi czas mieszkał w Szwajcarii, żeby uniknąć płacenia francuskich podatków. Już wtedy, te prawie 20 lat temu, Johnny bynajmniej nie był na początku swojej kariery. Kiedy zatem przyjechałam do Francji 3 lata temu, i znów usłyszałam jego nazwisko, zdumiałam się niepomiernie „to on jeszcze żyje?” Ba – nie tylko żyje, ale jest aktywny i nadal jest bodaj najpopularniejszą postacią we Francji, co tłumaczy, dlaczego od tygodnia przez każde wiadomości radiowe jestem solennie informowana o jego stanie zdrowia, trafił bowiem do szpitala w Los Angeles.

Ale w tym wszystkim nie ma jeszcze niczego dziwnego. Naprawdę zaskakujące jest to, że od dawna słysząc jego nazwisko wymieniane w najróżniejszych kontekstach, ja nadal nie mam zielonego pojęcia, co Johnny właściwie śpiewał. Doskonale wiem, jak wygląda, ponieważ pokazywany był obficie w reklamie Optic 2000, w której odśpiewuje tę nazwę z dużym zapałem; wiem, jak wygląda jego żona Laeticia, której nie udało mi się uniknąć, choć telewizję oglądam w ilościach zdecydowanie homeopatycznych. Natomiast nie umiem wymienić ani jednego tytułu ani jednej piosenki Johnny’ego. Ciekawe czemu.

Oburęcznie

Dla odmiany będzie o czynności wielce prozaicznej, a nawet poniekąd fizjologicznej, o czym uprzedzam zawczasu, bo jeśli kto wrażliwy, to może będzie wolał opuścić tę stronę przed przeczytaniem. Żeby potem mi nie było zażaleń w komentarzach! Otóż, moim największym problemem w tym życiu jest, że nie umiem wycierać nosa jedną ręką. Sobie nosa chusteczką, tak doprecyzuję na wszelki wypadek. Muszę trzymać chusteczkę oburącz, aby czynność była skuteczna. W sumie to zasadniczo nie taki problem, bo mam akurat szczęśliwym zbiegiem okoliczności dwie ręce, ale czasem jedna mi jest niezbędnie potrzebna, np. do spoczywania na kierownicy, a teraz mam straszny katar i dużo przebywam za kółkiem (jazdą to się nie da nazwać tego żółwiego tempa), więc jasnym się staje, dlaczego mnie to akurat teraz dręczy. Nieśmiało liczę na to, że ktoś napisze krzepiąco „ależ to się da wytrenować, już po jedenastu latach codziennych treningów…”, albo przynajmniej „nie przejmuj się, też tak mam”, ale właściwie to się nie spodziewam, że może istnieć na tym najlepszym z możliwych jeszcze jedna taka oferma.