Requiem dla moich ulic

A ta, w której zwycięski Prusak spod Waterloo się pojawił, to bardzo śliczna książka, Rutkowskiego „Requiem dla moich ulic „. Mniej udziwniona stylistycznie niż pozostałe z serii „Paryskich pasaży”, miejscami najzwyczajniej w świecie wciąga, jak na przykład ten opis przywożenia z Luksoru obelisku i stawiania go na placu Zgody, i jak Ludwik Filip długo się zastanawiał, czy go w ogóle postawić, gdzie go postawić, i co na to Lud paryski, tego bowiem obawiał się panicznie. Obelisk przez ponad dwa lata leżał więc sobie w krzaczorach nieopodal, mniej więcej tam, gdzie teraz stacjonują autokary, między innymi te z Polski. Plac Zgody znam na co dzień jako Concorde, ale Rutkowski uparł się tłumaczyć wszystkie nazwy ulic na własny język. Przyznam, że po paru kartkach wyciągnęłam plan Paryża i zaczęłam po nim zachłannie jeździć palcem, jakbym nie mogła po prostu wsiąść w RER i obejrzeć sobie w naturze. Niby na żywo już parę razy widziałam te bulwary Montparnasse i inne, ale mam podejrzenie, że po lekturze tego Rutkowskiego nawet ten znany mi na pamięć obelisk nagle nabierze innego kształtu.

Waterloo pod Austerlitz

Dziękuję bardzo, potwierdzili Państwo me podejrzenia. Pytanie padło, bo dawno temu jakoś mgliście mnie dziwiło, że w Londynie mają Waterloo Station. Dlaczego oni sobie nazwali dworzec od porażki,
migało mi niewerbalnie na obrzeżach świadomości. Nie na tyle wyraźnie mi migało, żebym poświęciła temu choć pół myśli, ale ostatnio czytałam Rutkowskiego, i tam padło określenie
„zwycięzca pod Waterloo” (Prusak taki jeden). Coś mnie strasznie zdziwiło, wróciłam do
frazy, i przez chwilę usiłowałam zrozumieć, co tam jest napisane:
przecież pod Waterloo przegraliśmy, więc skąd nagle zwycięzca. I nagle do mnie dotarło, że
wcale nie przegraliśmy, kto przegrał ten przegrał, ale akurat nie MY;
wiadomo, jedni przegrali, inni wygrali, ale czemu akurat z tymi przegranymi mamy się
utożsamić… Uświadomiłam sobie, że to musi być wpływ Napoleona na
Polskę, oraz ogólnie naszej XIX fascynacji Francją. Zapragnęłam sprawdzić, na ile to faktycznie jest stereotyp, stąd pytanie. Nota bene, w Paryżu jest dworzec Austerlitz,
musi być równowaga w przyrodzie. I tak nie całkiem prawdziwe się okazało powiedzenie, że historię piszą zwycięzcy…

Skojarzenie historyczne

Pytanie będzie z serii „z czym Wam się kojarzy…”. Nie sprawdza ono Państwa stanu wiedzy, stanu nauczania w szkołach, ani nic z tych rzeczy, więc serdecznie proszę nie guglać, nie poszukiwać w źródłach, nie pytać znajomych, nie zastanawiać się, nie dzielić włosa na czworo, tylko podzielić się ze mną naprawdę pierwszym skojarzeniem, jakie pojawi się w głowie. Mowa o dwóch dość znanych bitwach: która z nich kojarzy się Państwu z wygraną, która z przegraną, a może w ogóle z niczym? Mianowicie Austerlitz i Waterloo.

Szczepliwie

Gdy dziecię me otrzymało zalecenie zaszczepienia się przeciw grypie A i nawet specjalny w tym celu bon, to przez chwilę uwierzyłam, że znajduje się wśród wybrańców i że jak się udamy do Centrum Szczepień, co ich naotwierali w całej Francji ostatnio, to nas tam przyjmą z otwartymi ramionami. Za pierwszym razie odbiłam się od zamkniętych drzwi, ponieważ Centrum było czynne w piątki po południu, a i to tylko w czasie pierwszej kwadry Księżyca. Tym bardziej uwierzyłam, że szczepią nielicznych, i że nie będzie z tym problemu, gdy właściwy czas nadejdzie. Za drugim razem jednak okazało się, że już tłum jest na miejscu taki, że nikogo więcej nie przyjmują, i odeszłam z kwitkiem. Trzeci raz był wczoraj, ponieważ zaczęli szczepić również w PMI, czyli czegoś w rodzaju przychodni dla dzieci zdrowych. Pojawiłam się więc tam radośnie wczoraj, godzina była 11, i od pani oczekującej z pociechami na zewnątrz (mżawka i 5 stopni) dowiedziałam się, że czeka tak już od godziny 9. Ja z czekania zrezygnowałam od razu. Telewizja zaczęła w tym czasie informować o oblężeniach wiadomych centrów, oraz obiecywać, że wydłużą godziny przyjęć. Mieli zresztą problem z personelem i podobno pościągali tam nawet jakichś emerytowanych staruszków lekarzy. Godziny przyjęć rzeczywiście wydłużyli, na przykład dziś moje centrum czynne miało być 14-19:30. Rozważywszy sprawę gruntownie pojechałam tam o 15, myśląc że wszyscy się zwalą na 14, i o 15 może być już względny spokój. Niestety: znów okazało się, że chętnych jest już tylu, że w ogóle nie zostanę wpuszczona do kolejki. Zaproponowano mi, żebym spróbowała nazajutrz o 7:30, bo od jutra przez dni kolejne centrum ma być otwarte 8-22. Nie jestem pewna, czy mam aż tyle determinacji. Z drugiej strony wygląda na to, że epidemia nam jednak nie grozi, jeśli aż tylu jest chętnych do szczepienia…

Zwolnieniowo

Napisałabym górnolotnie, że spoczywam aktualnie na łożu boleści, ale byłaby to straszliwa nieprawda – wcale nie spoczywam, bo oczywiście latam tam i z powrotem, a jak nie latam, to przynajmniej urzęduję w kuchni, korzystając ze chwilowego zwolnienia od pracy zarobkowej. Nie ze względu na świńską grypę, bo ja przecież nie cierpię być modna, ale złapałam sobie jakiegoś innego wirusa. Głównie w nosie go mam sądząc po objawach, ale w szczegóły nie będę się wdawać. Praca zarobkowa powinna zresztą moją nieobecność przeżyć bez specjalnej rozpaczy, bo całkiem świeżo udało mi się mojego klienta naciągnąć na nowy kontrakt z nami, w wysokości bagatela 300 tysięcy euro, co sprawiło, że mój bezpośredni szef rozpromienił się dość niezwykle jak na niego, a Szef Szefów napotkany przypadkiem w windzie rzucił się do komplementowania mego wystroju zewnętrznego, choć doprawdy nie było czego komplementować, bo wiadomy wirus uczynił już swoje spustoszenia. W każdym razie uważam, że zasłużyłam na chwilę odpoczynku.

W poczekalni u lekarza dokończyłam Durrella „Moja rodzina i inne zwierzęta”, wożonego do tej pory w samochodzie i podczytywanego w korkach. Pytanie mam w związku z tym do osób, które świeżo to czytały w języku polskim, albo nieświeżo, za to mają dobrą pamięć, albo mają pod ręką źródło i mogą łaskawie sprawdzić. Jak mianowicie na polski zostały przetłumaczone imiona szczeniaków: Widdle i Puke? Jeżeli w ogóle zostały przetłumaczone, bo może i nie, znając pomysły tłumaczy. Poza tym jakie miano zostało nadane dwóm srokom Gerry’ego (w oryginale „Magenpies” – jak Spiro przekręcał „magpies”). I jak w ogóle oddana została specyfika angielszczyzny, jaką się posługuje Spiro (w oryginale każde jego słowo kończy się na „s”)? Z góry dziękuję za pomoc. Książka piękna, co chyba wszyscy wiedzą, mimo że uroczo odbiegająca od prawdy. Zastanawiam się tylko, jak ją naprawdę przyjął Lawrence, powieściowy Larry. Podejrzewam, że wielkodusznie zgodził się na takie przedstawienie swojej postaci myśląc, że ta śmieszna książeczka młodszego brata błyskawicznie pójdzie w zapomnienie, a on będzie sławny jako wielki pisarz. Ciekawa jestem bardzo, czy w ogóle kiedyś przemknęło mu przez myśl, że pół wieku później to Gerald Durrell będzie bardziej rozpoznawalny niż Lawrence, a ten ostatni sprowadzony do roli nieznośnego przemądrzałego Larry’ego…