Na scenę wkracza Thelma

Jak sobie policzyłam, w mojej karierze kierowcy miałam przelotne romanse z 12 autami, w czym znalazły się takie cuda jak Renault Express oraz niewiele ode mnie młodszy Golf 1 z automatyczną skrzynią biegów. Najwygodniejsza była zdecydowanie Toyota Avensis, którą właściciel określił mianem auta dla emerytów, a ja optowałam za kołyską na kółkach. Nigdy nie prowadziłam poloneza ani malucha i nie wiem czy mam czego żałować. Natomiast dłuższe związki miałam do tej pory z trzema samochodami, i wbrew popularnemu powiedzeniu wszystkie były na „f” (Fabia, Ford i Folkswagen).

A to tytułem wprowadzenia, bo oto pragnę Państwu oficjalnie przedstawić niejaką Thelmę Yarisewnę, nabytą przeze mnie wczoraj wieczorem (to w tym właśnie celu dwie notki wcześniej potrzebowałam gotówki, a ostatecznie przyjęto ode mnie chèque de banque). Zdecydowanie nie jest na „f”, oraz jest to auto dla kobiet w dużych kapeluszach, więc jakiś muszę sobie szybko nabyć, bo inaczej będę miała poczucie, że bezsensownie marnuje mi się straszna ilość powietrza nad głową. Ewentualnie będę jeździć z parasolką przeciwsłoneczną. Kiedy zobaczyłam ją stojącą w rządku na parkingu, wybuchnęłam śmiechem stwierdzając „ależ ona jest o pół metra wyższa od wszystkich pozostałych aut!” Przejechałyśmy razem jakieś 70 km, na zakrętach nie czułam się jeszcze zbyt pewnie, oraz o ciężki szok przyprawiał mnie całkowity brak informacji o prędkości na wprost (prędkościomierz i inne takie umieszczone są na desce rozdzielczej centralnie). Mam jednak przeczucie, że to może być początek pięknej przyjaźni, i oby.

Między Etoile a Concorde

Z cyklu „wiadomości, bez których nie da się żyć”. Poranne radio podało dziś, że na pierwszym miejscu listy najbardziej kradzionych we Francji samochodów jest Renault Twingo 1. Zaraz za nim Smart. Na części. A na trzecim miejscu Audi Q7, to już chyba nie na części. Natomiast gdyby chcieli mieć Państwo dużo pewności, że auta nikt tu nie ukradnie, to należy się zaopatrzyć w Fiata 500, Seata Leona lub Peugeota 407.

Skoro już tak samochodowo zaczęłam, to pochwalę się, że wczoraj w godzinach szczytu przejechałam po raz pierwszy w życiu SAMA osobiście przez Place de l’Etoile, czyli straszliwe rondo pod Łukiem Triumfalnym. Obiecywałam wprawdzie uprzednio, że jak już do tego kiedyś dojdzie, to zamknę oczy, ale ostatecznie chyba z wrażenia zapomniałam o obietnicy. Późniejsze wyjechanie przez plac Concorde nie stanowiło już żadnego wyzwania, miałam więc czas, żeby się dziwować do woli – jak to możliwe, że oto jadę tak sobie przez to piękne miasto, całkiem jakbym tu należała. A między Etoile i Concorde byłam w „Boeuf sur le Toit” („Wół na dachu”). Niezwykle piękny wystrój sali (restauracja istnieje w tym miejscu od 1941, a w ogóle powstała w 1922 i najpierw była znanym kabaretem, gdzie namiętnie w czasach międzywojennych bywali Jean Marais i Jean Cocteau), jedzenie dobre, i straszliwie zblazowany barman. Przy okazji pierwszy raz widziałam płonący crême brulée, i nawet może bym taki zjadła (choć raczej już po zgaśnięciu), ale nic już mi się w żołądku nie mieściło.

Bank albo bąk

Już niby od paru lat wiem, na co ich stać, ale zirytowałam się wczoraj tak, jak jeszcze nigdy. Poszło o wydobycie pieniędzy (MOICH pieniędzy) z banku. Oczywiście z bankomatu większej kwoty (mówimy o paru tysiącach, żeby nie było wątpliwości) się wyjąć nie da, bo limit. Ale na ogół dają gotówkę, jak się pójdzie. To poszłam. I dowiedziałam się, że ależ to nie jest MOJA AGENCJA i mogę dostać najwyżej 800 €. W mojej agencji mogę dostać więcej, o ile wcześniej uprzedzę. Zapytalam w takim razie o chèque de banque, czek bankowy, czort wie jak to się nazywa po polsku i czy w ogóle istnieje, chodzi w każdym razie o taki potwierdzony przez bank i gwarantujący odbiorcy realizację. Jasne, można zrobić – TYLKO W MOJEJ AGENCJI. Moja agencja jest w moim miejscu zamieszkania, w godzinach jej otwarcia raczej pracuję (dziwne, nieprawdaż) i tak się składa, że 20 km dalej, bo taką miałam niespotykaną fantazję.

Ale to jeszcze nic. Wróciłam z niczym, lecz optymistycznie zabrałam się za dzwonienie, zeby w MOJEJ agencji zamówić odpowiednią kwotę na za dwa dni. I co się okazało, jak już się po drobnej godzince dodzwoniłam? Oczywiście – że zamówić przez telefon NIE MOŻNA. Mam iść i zamówić pieniądze osobiście, a potem udać się po odbiór osobiście. Wyjaśnienie, że ktoś w tym kraju musi jednak pracować, a nie w kółko latać do agencji, nie znalazło zrozumienia. Ale byłam dzielna i panowanie nad sobą straciłam dopiero wtedy, kiedy panienka z telefonu impertynencko oznajmiła „c’est pour votre securité”, „to dla pani bezpieczeństwa”. Mam wrażenie, że wyjaśniłam jej dokładnie, gdzie może sobie włożyć wszelkie bezpieczeństwo, tylko nie jestem pewna, w jakim języku. Pieniądze na moim koncie są w każdym razie z pewnością bezpieczne, skoro nawet ja nie jestem w stanie ich wydostać. Zazdrościcie mi tego komfortu, prawda?

Zamek z piasku

Larssona trzeci tom oczywiście musiałam przeczytać, chociaż po pierwszych dwóch miałam już 99% pewności, że to czas stracony, ale zawsze zostaje ten dręczący 1% wątpliwości. Jeśli ktoś będzie musiał jak ja, to niech zacznie od strony 380, gdzie Lisbeth dostaje laptopa przemyconego do szpitala, bo wtedy coś przynajmniej zaczyna się dziać, ale i to bez specjalnego przekonania. Jedynym niezłym i przekonującym kawałkiem na tych chyba 800 stronach jest sądowa obrona Lisbeth przez Annikę, ale to naprawdę nie wystarczy na powieść. Dobra – ja mogę się zgodzić, że gdyby dokonać porządnych skrótów, to mogłoby być niezłe czytadło, cała ta seria. Ale w obecnej formie nie jestem w stanie pojąć, czym zachwycają się ludzie, którzy z wypiekami na twarzy czytają dziesięć stron typu „wstała o 5:35. Poszła do łazienki. Umyła zęby. Zjadła śniadanie składające się z białego chleba, plastra bekonu, i czarnej kawy. Włożyla strój do biegania. Przebiegła 9 kilometrów słuchając w tym czasie muzyki na swoim odtwarzaczu mp3. Wróciła do domu. Wzięła prysznic mydląc sobie plecy gąbką kupioną w Ikei siedem miesięcy wcześniej. Włożyła czarne spodnie, czerwony żakiet i białą bluzkę. Pojechała do redakcji. Tam spotkała Ygreka, z którym rozmawiała 30 minut”. I niech mi kto teraz ośmieli się powiedzieć, że zdecydowana WIĘKSZOŚĆ narracji Larssona tak nie wygląda. Wyzwę na ubitą ziemię. A w dodatku ja doskonale wiem, dlaczego on uporczywie podaje te wszystkie upierdliwe, nużące, męczące, do niczego niepotrzebne szczegóły. Przejrzałam go. Mianowicie – żeby uprawdopodobnić resztę tej naciąganej fabuły, która ogołocona z tego wszystkiego wyglądałaby całkiem idiotycznie i nikt przy zdrowych zmysłach nie mógłby się nią zachwycać. Istnieje też możliwość, że to rodzaj zbiorowej hipnozy, na którą tylko ja jestem odporna. Mogę w ogóle pojąć, że robi się marketing komuś w rodzaju Rowling, która może się stać kurą znoszącą złote jajka. Ale dlaczego wydawcy w licznych krajach zdecydowali się robić taki hałas wokół książek faceta, który już nie żyje, pozostaje dla mnie całkowitą zagadką. Chyba że za pół roku okaże się, że na laptopie Larssona cudem odnalazły się kolejne cztery części Millennium…

Chińczyki trzymają się mocno

Radio poranne wczoraj oznajmiło, że już nie rosyjscy turyści wydają we Francji najwięcej kasy, tylko… „no przecież z pewnością Japończycy”, pomyślałam
– Chińczycy! – dokończyło radio. Podało kwotę, której nie pamiętam dokładnie, ale jeśli nic nie pomyliłam, to było to niewiele ponad tysiąc euro na głowę chińskiego turysty, i odrobinę mniej na rosyjskiego. Japończycy podobno już od paru lat tu nie przyjeżdżają.

Poza tym mam wrażenie, że świat dojrzał do stworzenia portalu informacyjnego oraz programu tv, na którym byłyby wyłącznie nudne wiadomości, takie jak przytoczona powyżej. Żadnych zwłok spadających z wózka pijanym sanitariuszom, żadnych zakatowanych dzieci. Trzesięnie ziemi w Haiti może być, ale oględnie i bez dosłownych zdjęć. Oraz żadnych szczegółów przeszłości Polańskiego, ani osób pokroju Joli Rutowicz w ogóle. Za dostęp do takiego portalu byłabym nawet skłonna płacić. Do tej pory myślałam o sobie „homo sum, humani nihil a me alienum puto”, a teraz wyraźnie zaczynam zmieniać zdanie, i w dodatku jakoś wcale mi nie wstyd. Może to po prostu starość?

Notka hermetyczna

Zakochałam się straszliwie. Wybranek zna się na wyższej matematyce, umie użyć nazwiska Gödel we właściwym kontekście, i pisze opowiadania s-f, więc sami rozumiecie, że to jest moje przeznaczenie. Nazywa się Ted Chiang. Trochę głupio, bo natychmiast mi się to kojarzy z francuskim „chiant”, co oznacza „upierdliwiec”, ale w sumie mógłby się nazywać jeszcze gorzej, a i tak bym się zakochała. Już mi to nazwisko wpadło w oczy w jakichś zbiorach opowiadań, więc kiedy przeglądając Solaris natrafiłam na cały jego zbiór, natychmiast sobie kupiłam, i słusznie (a powiadają, że miłości nie można kupić). Śliczna klasyczna fantastyka, każde opowiadanie to perełka, każde bez trudu spełnia kryterium brzytwy Lema, a niektóre nieźle dają do myślenia.

A swoją drogą siedziałam na stronach Solarisu, bo zaczęło mi się zdawać, że fantastyka już umarła. W zeszłym roku był wprawdzie Stephenson oraz „Lód” Dukaja, ale żadnej do klasycznej sf nie da się zaliczyć. Uprzejmie i z radością informuję zatem, że pogłoski o śmierci gatunku są przesadzone, a ja też wyraźnie jeszcze z niego nie wyrosłam. Przekonałam się o tym zresztą już pochłonąwszy „Kroki w nieznane 2008„, które nadal nie są wprawdzie tym samym, co stare „Kroki w nieznane”, ale Mirek Obarski dał radę znacznie lepiej niż redaktor poprzednich tomów, które nie podobały mi się tak bardzo, że kolejnego miałam już zdecydowanie nie kupować. W tym natomiast najbardziej mnie rozczarował stary dobry Gene Wolfe, który clou swojego opowiadania chyba żywcem przepisał z „Kongresu futurologicznego” Lema. To się ukazało po angielsku w 1974 i nie bardzo wierzę, że Wolfe mógł tego w ciągu 30 lat nie przeczytać. Kto inny tak, ale akurat nie Wolfe.

Krytyka medycyny oraz Chmielewskiej

Dziecię zostało wypuszczone wczoraj pod wieczór, bo widać nie znaleźli już żadnego powodu, żeby go tam dalej trzymać. W ogóle nie wykryli nic, ale to mnie nie dziwi, bo ja nie od dziś wiem, że medycyna nie zalicza się do grona nauk ścisłych. Właściwie wszystkie lekarstwa powinny mieć na sobie informację „działa na około 90% ludzi” oraz „w zasadzie działa, chociaż nie bardzo wiemy czemu”. I proszę mi powiedzieć, dlaczego niby do tej pory nie znaleziono skutecznego lekarstwa na katar. Oprócz kataru mam również zapalenie spojówek, nihil novi.

Z przykrością muszę stwierdzić, że Joanna Chmielewska, autorka poczytnych powieści, to jest jednak durna baba i nie żywię do niej już najmniejszego szacunku. Do wniosku tego doszłam usłyszawszy w audiobooku „(Nie)boszczyk mąż” kawałek prozy brzmiący mniej więcej tak: bohaterka miała dziwną minę, jednocześnie zniesmaczoną i zadowoloną, i druga bohaterka pomyślała, że tamta może została zgwałcona, co napawa ją satysfakcją i niesmakiem… Po czymś takim człowiek (kobieta?) jest w stanie tylko pomyśleć „ty durna, durna, durna idiotko” pod adresem autorki, której nawet wiek nie usprawiedliwia (powieść wydana w 2002, czyli Chmielewska miała pod 70, gdy to pisała).